Rowerowy dwudzionek na Enduro Trails w Bielsku Białej

HomeSINGLETRACKI W POLSCE

Rowerowy dwudzionek na Enduro Trails w Bielsku Białej

Najlepsze wypady na rower to te spontaniczne. Tak było i tym razem. W sobotę odebrałem rower testowy Giant Reign E+ i wiedząc, że nie ma sensu jeździć nim gdziekolwiek indziej niż tylko w górach zacząłem przeglądać prognozy pogody oraz rozkład jazdy PKP. Wahałem się między Jelenią Górą i Bielsko Białą, ale prognozy w tej drugiej lokalizacji były dużo bardziej obiecujące. Opłaciło się!


Z jednej strony boom na rowery, z drugiej strony rosnące ceny paliw i nagle okazuje się, że kupienie biletu na pociąg dla roweru nie jest tak oczywistą sprawą. W efekcie zamiast jechać Intercity bezpośrednio z Warszawy do Bielska jadę najpierw IC do Katowic, gdzie przesiadam się w pociąg Kolei Śląskich. Plus jest taki, że wysiadam na stacji Bielsko Biała Mikuszowice zamiast na Dworcu Głównym. 

Dzień zaczynam pobudką chwilę po 5 rano, o 6 jestem w pociągu, gdzie jeszcze na dwie godziny urywa mi się film. Po 9 przesiadam się w Katowicach, w międzyczasie rezerwuję nocleg i chwilę po 11 wysiadam z pociągu. O ile na nocleg wybrałem fajnie wyglądającą Chatę na Groniu, to niestety nie sprawdziłem, że czeka mnie tam uphill ze sztajfami ocierającymi się o 20%(strava). Wiele nie pomaga wspomaganie w rowerze, bo nawet na młynku wylewam z siebie wiadro potu. 

Na górze robię przepak, zostawiam duży plecak z większością rzeczy, jeszcze na chwilę podłączam rower do ładowania i chwilę po 13 ruszam w kierunku Enduro Trails wybierając sobie dojazd w oparciu o heatmapę ze Stravy. Miałem w planach pojeździć trochę na platformach i zobaczyć jak sprawują się nowe buty Endura MT500 Burner Flat. Niestety kiedy pakujesz się między kolejnymi odcinkami czwartego sezonu Stranger Things, a dopakowujesz o świcie, to może okazać się, że jednak czegoś zapomnisz. W efekcie zostają mi buty i pedały spd. Trochę średnio na takim rowerze, ale niech będzie.

Plan na te dwa dni miałem dość prosty – dzień jest długi, pogoda dopisuje, więc najwięcej pojeździć. Przy czym zakładałem, że dzięki wspomaganiu nie będę musiał korzystać z kolejki, tylko pod Szyndzielnię podjeżdżać będę rowerem.

Z Chaty na Groniu żółtym szlakiem zjeżdżam do Bystrej, wjeżdżam na Równię pod Kozią i na początek Twister. To dobra trasa na początek, po pierwsze, żeby lepiej wyczuć rower, a po drugie trochę się rozruszać przed bardziej technicznymi zjazdami.

Jest poniedziałek, ale sezon w pełni. To co mnie trochę negatywnie zaskakuje, to fakt, że w zasadzie na dole, w rejonie centrum Enduro Trails wszystko jest zamknięte. Działają tylko wypożyczalnie. Nie ma żadnego serwisu, nie ma gdzie się zatrzymać, żeby coś zjeść czy wypić. Nie pozostaje mi nic innego jak cisnąć na górę. 

W drodze na Szyndzielnię zahaczam o Schronisko Dębowiec, gdzie szybko wciągam porcję pierogów z jagodami i bezalkoholwe piwo jako izotonik ;)

Pierwszy podjazd pod Szyndzielnię idzie spoko, choć pamiętam żeby mocno nie eksploatować baterii, bo dzień długi. W efekcie wtaczanie na górę roweru ze skokiem 170 mm kosztuje mnie kolejne wiadro potu. Nie wiem czy nie byłoby mniejszym wysiłkiem podjechać tą trasę lekkim rowerem do XC bez wspomagania. Może kiedyś sprawdzę.

Na górze okazuje się, że początek Rock’n’Rolla jest w remoncie, więc wybieram objazd i włączam się na pętlę trochę niżej. Nie zjeżdżam jednak do Twistera, tylko na wysokści Koziej Chaty odbijam na Stary Zielony. To jest dopiero moja druga wizyta na Enduro Trails, więc jestem bardzo ciekaw trasy, o której tak wiele słyszałem. 

Czas zmierzyć się z legendą ;) Niewątpliwie pomaga mi w tym rower, a dokładniej to szerokie opony (Maxxis Minion DHF) o szerokości aż 2.6”, ale także duży skok i pełne zawieszenie. To jest dobry rower do przełamywania się na zjazdach. 

Z całego przejazdu zapamiętuję te fragmenty z którymi poradziłem sobie najgorzej. Przede wszystkim dwa czy trzy przejazdy po korzeniach, którymi wypełniona jest ścieżka. Niby nic, ale co jeśli po jednej stronie masz drzewo a po drugiej ścieżka od razu opada o kilka metrów w dół? Poza tym jest flow i dobra zabawa. 

Godziny szybko lecą. Na dole jestem koło 17:30, po drodze zaliczam Żabkę, żeby uzupełnić trochę kalorii i kieruję się ponownie na Szyndzielnię. Niestety wskaźnik baterii zjeżdża do poziomu ⅕ czyli pewnie jakiś 20%, co oznacza, że muszę rozsądnie gospodarować energią, żeby nie tylko wjechać na samą Szyndzielnię, ale dojechać jeszcze wyżej, na Klimczoka, gdzie przez Magurę zjadę do Chaty na Groniu. 

Jazda na minimalnym wspomaganiu pod Szyndzielnię to karkołomne wyzwanie. Kilka razy muszę zrobić przerwę, żeby odpocząć. W trakcie jednej z nich dzwoni do mnie Bogdan Czarnota, okazuje się że będzie we wtorek ze swoimi podopiecznymi na treningu i będzie okazja się spotkać.

Podjazd pod Szyndzielnię mi się dłuży. Obiecuję sobie, że następnym razem wjadę kolejką. Ale to dopiero we wtorek. Póki co docieram do Schroniska pod Szyndzielnią, gdzie sięgam po kolejnego “izotonika”. 

Wskaźnik baterii zaczyna pokazywać rezerwę, a przede mną jeszcze wspinaczka na Klimczok, a potem Magurę. Po drodze zaliczam jeszcze kawałek pętli Gaciok. Bardzo fajna, naturalna i bardzo zielona trasa. Wrażenie bardziej naturalnego wyjeżdżonego singletracka niż przygotowanej starannie rundy. 

Szczęśliwie dla mnie, bazując znowu na heatmapie Stravy oraz oznaczeniom szlaków znajduję drogę omijającą  Klimczoka i kieruję się prosto najpierw na Schronisko Klimczok, a potem na Magurę. Dzień powoli się kończy, słońce coraz niżej, zaczyna się gra kolorów chylącego się ku zachodowi słońca. 

Na grzbiecie Magury fajny szlak, można trochę odpocząć od trudniejszego podłoża. Ale tylko chwilę. Zjazd żółtym i czarnym szlakiem w kierunku Chaty na Groniu okazuje się wysypany dużymi luźnymi kamieniami. Nastromienie momentami też jest bardzo duże. Dla pieszego żaden problem, ale na rowerze – mimo skoku 170 mm – momentami czuję się mało pewnie. Dokłada się do tego zmęczenie i na dosłownie kilkaset metrów przed przysłowiową metą popełniam błąd i upadam, a rower razem ze mną. 

Zawsze kiedy zaliczam upadek to przez ułamek sekundy, zanim jeszcze organizm wyśle wszystkie sygnały, mam czarne myśli…obojczyk…bark…żebra… Na szczęście i tym razem mnie oszczędziło, kończy się na stłuczonym przedramieniu. Przed poważniejszymi szlifami ratują mnie ochraniacze, rękawiczki z długim palcem, ale myślę że także koszulka z długim rękawem. W przeciwnym razie oprócz siniaków polałaby się też krew. 

Pierwszy dzień kończę z bilansem ponad 50 km i ponad 2 tys metrów przewyższenia (strava). Jest mimo wszystko radość i satysfakcja.

Na koniec dnia zostają do nadrobienia sociale i wiadomości. I czas na sen, dużo snu ;)

Śniadanie dopiero o 9:30, więc można się wyspać. Chwilę później dzwoni do mnie Bogdan Czarnota, że razem z zawodnikami są już na trasach. Okazuje się, że szanse na spotkanie nikłe, bo ja dopiero się zbieram a oni już zbierają się do ostatniego powtórzenia. Zbieram się szybko i ruszam tą samą drogą co wczoraj. Tym razem bez pomyłek i zawahania, wiem którędy jechać i czego się spodziewać.

Ponownie zjeżdżam Twisterem na dół i na końcu Starego Zielonego spotykam najpierw Tatianę Gromadę, a później z Cygana dojeżdżają do nas Bogdan z Piotrkiem Hankusem. Nie ma za bardzo czasu na rozmowę, bo Piotrek spieszy się do szkoły. Namawiają mnie tylko, żebym spróbował zjechać Cyganem. I że ponoć więcej korzeni… :)

Nie pozostaje mi nic innego jak sprawdzić. Podjeżdżam drogą szutrową aż do Chaty Koziej, gdzie za nią prowadzą drogi do Starego Zielonego, Cygana i Kamieniołomu. Tego ostatniego nie tykam, bo to ponoć rasowa trasa DH. Ale i tak okazuje się, że muszę choć trochę zasmakować, bo pierwsza sekcja jest wspólna i dla Cygana i dla Kamieniołomu. 

Mam ogólne wrażenie, że na Cyganie jest chyba trochę większe flow niż na Starym Zielonym. Nie brakuje naturalnych przeszkód, kamieni, korzeni, ale mam wrażenie że jedzie mi się lepiej. Za to nie do końca sobie wyobrażam jak chwilę wcześniej jechali tą samą trasę Bogdan z Piotrkiem, na lekkich rowerach do XC ze skokiem 120 i oponami 2.2. No ale jechali, zjechali i to nie raz!

Na wtorek zaplanowałem sobie odhaczenie pozostały tras po których nie miałem okazji jeździć czyli Saharę, Dębowiec oraz prostą Cygankę. Zaczynam od tej ostatniej. Podjeżdżam Daglezjowym, ale zamiast trafić na Cygankę dojeżdżam do skrzyżowania ze Starym Zielonym. Przy okazji trafiam na fajnie miejsce. Idealne, żeby zatrzymać się na chwilę i wsłuchać w las…

Zjeżdżam na dół końcówką Starego Zielonego mierząc się jeszcze raz z sekcją korzeni. Idzie mi czasem trochę lepiej, czasem trochę gorzej. Jak każdej trasy, także tej trzeba się nauczyć. Wiedząc czego się spodziewać zdecydowanie łatwiej utrzymać płynność jazdy. 

Jadę Daglezjowym jeszcze raz, tylko czujniej wypatrując znaków na Cygankę. Niestety znowu przejeżdżam aż do skrzyżowania ze Starym Zielonym i poddaję się. Zjeżdżam na dół do miasta, korzystam z okazji żeby zbić piątkę z Tomkiem Pierwochą z bikestore.bielsko. Przy okazji, jak to z lokalesem często bywa, wybija mi z głowy jazdę oficjalnymi trasami i kieruje na Borsuka z postojem na kawę nad zaporą.

Dwa razy się nie zastanawiam. Mając jednak w pamięci, że muszę złapać pociąg o 16:40, a wcześniej jeszcze zabrać swoje rzeczy, to ten jeden raz decyduję się na wjazd kolejką. Później okazuje się to bardzo dobrą decyzją.

35 PLN za jeden wjazd to nie jest mało, ale trzeba tu dodać, że naprawdę za niewiele więcej jest całodzienny karnet. W tygodniu kosztuje 83 PLN, w weekend 93 PLN, dwudniowy 159 PLN. Za cały dzień, a kolejka jeździ od 9:00 do 19:30. Co pół godziny.

Bardzo łatwo odnajduję zjazd na Borsuka. Jadąc Gaciokiem nagle po lewej stronie pojawia się pięknie wyjeżdżona i wysprzątana ścieżka. Zjeżdża się fantastycznie, jest flow. Myślę, że to jest ten rodzaj trasy, który bym zjechał nawet na swoim rowerze do XCO. Niemniej jednak 170 mm skoku pozwala tu zdecydowanie na więcej. Więcej moich błędów, które sprzęt wybacza. Jest kilka skoczni, które omijam. W sumie to trzeba mieć niezłego skilla, żeby skakać w środku lasu i lądować na korzeniach czy kamieniach. 

Na dole przy zaporze łapię kilka minut oddechu sącząc espresso. Pierwotnie miałem w planach wrócić do Chaty na Groniu tak samo jak w poniedziałek, przez Magurę, w nadziei że znajdę jakiś alternatywny dojazd. Muszę jednak weryfikować plany, bo bateria sygnalizuje już coraz mniej mocy, a 25 kg rower pod górę tylko siłą mięśni wtoczyć to nie jest taka bułka z makiem. 

Fajną szutrową drogą – także za namową Tomka – zjeżdżam do Dębowca a stamtąd już najprostszą drogą kieruję się w kierunku Meszny. Na koniec jeszcze raz uphill 300 m na dystansie kilku km i jestem. To była dobra decyzja, bo bateria sygnalizuje że jest już prawie pusta. 

Drugi dzień kończę mając na liczniku prawie 55 km i kolejne półtora tysiąca metrów w górę (strava). Dwa dni jazdy zamykają się w ponad 100 km i ponad 3500 m przewyższenia. Nie ma wstydu ;)

Teraz czas na szybki przepak, zjazd w dół na stację, gdzie jestem z zapasem ledwie 10 minut do pociągu. 

Podróż powrotna w tej samej konfiguracji – Koleje Śląskie do Katowic, a stamtąd Intercity do Warszawy. 

Okazuje się, że znowu infrastruktura nie nadąża za popytem na usługi. Linię obsługuje polski pociąg Elf, który w swoim składzie ma chyba trzy moduły z czego miejsca na rowery są CZTERY. We wtorek popołudniu pociąg jest przepełniony przez zwykłych pasażerów, chyba sezon na wycieczki szkolne. Jeśli chodzi o rowery to jedzie nas co najmniej 6-7 osób. Nijak nie ma jak zmieścić rowerów w dedykowanej przestrzeni. A przypomnę, że to jest wtorek, środek tygodnia. Trudno mi sobie wyobrazić co tam się może dziać w weekend, a co dopiero w wakacje… Aż dziwne, że na takiej trasie jak ta przez Bielsko Białą nikt na kolei nie wpadł na pomysł chociaż jednego całkowicie rowerowego wagonu. 

W Intercity jest już lepiej. Co prawda też tylko jeden wagon rowerowy, ale za to wieszaków jest coś koło dziesięciu. Rowerów tylko trzy. Mój, z racji szerokości obręczy i opony nie ma szans zawisnąć na haku. Całą podróż stoi w przedziale, na szczęście nikt z pracowników obsługi nie ma z tym problemu. 

Pięć godzin zajmuje mi podróż z Bielska do Warszawy. To zdecydowanie lepsza, bardziej komfortowa i chyba szybsza podróż niż samochodem, choć wymaga przemyślanego i kompaktowego spakowania się w jeden większy plecak. Ekonomiczna strona tego wyjazdu też na plus, na bilety kolejowe wydaję 150 PLN, kiedy za jazdę samochodem na samo paliwo wydałbym blisko 400 PLN, a do tego trzeba doliczyć eksploatację auta oraz zmęczenie wynikające ze spędzenia w sumie co najmniej 9 godzin za kierownicą.

Kolejny przystanek Puchar Polski w kolarstwie górskim w Wałbrzychu czyli Górale na Start, a jednocześnie już myślę o tym, żeby wybrać się tam gdzie mnie jeszcze nie było czyli przede wszystkim Pasmo Rowerowe Olbrzymy w rejonie Jeleniej Góry.

Tegoroczne wyjazdy na zawody na Puchary Polski czy tworzenie relacji jak tam powyżej odbywają się przede wszystkim dzięki wsparciu Was, Czytelników, za pośrednictwem platformy Patronite. Ten portal w dużej mierze jeszcze działa właśnie dzięki Wam! Dziękuję!!!

COMMENTS

DISQUS: 0