Bartosz Borowicz (Cozmobike): „organizator stanął na wysokości zadania” | Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Puławy

HomeSportKomentarze

Bartosz Borowicz (Cozmobike): „organizator stanął na wysokości zadania” | Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Puławy

Komentarz postartowy Bartosza Borowiczka, który zawody w Puławach traktuje szczególnie sentymentalnie. Wygrywał tu już wielokrotnie, prawie zawsze melduje się na starcie, choć tegoroczna trasa – za sprawą sił natury – nie była do końca tym, do czego wszyscy tam jeżdżący byli przyzwyczajeni latami. Poczytajcie.


3-go maja stanąłem na starcie w Puławach w ramach Cisowianka Mazovia MTB Marathon. Miałem małe obawy o ten start, bo wiem, jaka bywa organizacja tego cyklu w ostatnim czasie. Jednak maratony startujące z urokliwej mariny od lat są dla mnie w pewien sposób wyjątkowe. Od zawsze też stanowią pewien rodzynek w kalendarzu organizatora i wierzyłem, że i w tym roku stanie na wysokości zadania. W mojej ocenie tak właśnie było – start odbył się punktualnie, trasa była oznaczona dobrze (z wyjątkiem jednego punktu), a całość przyciągnęła w sumie sporo osób.

Trasa niestety już na papierze trochę zawiodła, bowiem organizator wytyczył jedynie 44 km w najdłuższej, najtrudniejszej wersji „PRO”. Nie wiem dlaczego… Chociaż nie… Wiem. Już kilka lat temu organizator przyznał, że potrzebę zatyrania się w ponad 3 godziny na takich trasach ma garstka z nas. Reszta chce po prostu dobrze się bawić i nie cierpieć zanadto.

Ok, trudno. Wiem, że trasa w Puławach i tak potrafi „zabić”, bez względu na długość. Tego nie da się zawalić. Jednak łezka w oku się kręci na wspomnienie wyścigów Giga sprzed lat, kiedy w czołówce nie domykaliśmy 3h, wycięci totalnie do zera…

Kluczowym elementem jednak muszą też być przeciwnicy. Tym razem selekcja nastąpiła zaraz po wjeździe w teren na 6-tym kilometrze. Czekała nas słynna ściana małego stoku Parchatka. Tu do pieca dał Michał Wyżlic (Kwidzyński Klub Kolarski Dziki Team Kwidzyn). Za nim utrzymał się tylko Karol Sładek (7R ROWMIX TEAM p/b 72D) i ja. Parchatka od zawsze, o ile jest włączona do trasy, stanowi główny i błyskawiczny katalizator wyścigu. W tym wypadku nie było inaczej. We trzech odjechaliśmy niemal całemu sektorowi. Kilka chwil później, jak to w Puławach, zaczęła się kolejna ścianka i kolejna… Moce szły naprawdę niezłe – widać było, że wyścig będzie krótki i można nieco szastać watami.

W końcu zostaliśmy z Karolem sami. Każdy podjazd pokonywaliśmy naprawdę bardzo mocno a zjazdy niestety dość zachowawczo. Ogrom zniszczeń na trasie po ostatnich śnieżycach spowodował wiele naturalnych, nieprzewidywalnych przeszkód. To już nie te same wąwozy, gdzie na zjazdach można było poczuć się jak podczas jazdy bobslejem…

Z Karolem nie mieliśmy okazji się mierzyć wcześniej. Wiedziałem tylko, że jest bardzo mocnym zawodnikiem mającym na koncie wiele cennych zwycięstw na szosie oraz że dominuje w tym roku na mazowieckich wyścigach XCM.

Przeprowadzał niezliczone próby sił, testowaliśmy się i nasze możliwości. Fajne to było – trochę o takim ściganiu zapomniałem. Trasa, choć wyjątkowo pozbawiona w tym roku flow i czystej przyjemności jazdy, dawała ku temu konkretne możliwości.

Nie ukrywam, że był moment około trzydziestego kilometra, że prawie strzeliłem z koła… Karol miał bardzo mocne „chwilówki” (tak nazywam krótkie kilkunasto-kilkudziesięciosekundowe zaciągi). Całe szczęście starczyło mi sił na obronę i spokojne niwelowanie ewentualnych, małych strat.

Ostatnie ok. 10 km trasy prowadziło już głównie w dół i po prostych fragmentach. Obaj z Karolem wiedzieliśmy już raczej, że dojedziemy na kreskę razem i to tam rozstrzygną się losy wyścigu. Po drodze dołączył do nas jeszcze Michał Wyżlic, który wcześniej pomylił trasę… Dotrzymywał nam towarzystwa.

Ostatnie kilometry przebiegały już spokojniej, wolniej i bardziej na współpracy. Im bliżej mety byliśmy, tym powracało więcej wspomnień z wcześniejszych lat i moich zwycięstw w tych wyścigach. Wygrywałem tu w 2015, 2016, 2017 i 2018. W 2019 guma. W 2020 nie startowałem a w zeszłym roku, przy dziwnych okolicznościach, ukończyłem jako 2-gi. Tak czy inaczej, finisz na tej trasie jest bardzo specyficzny i wymaga, w mojej ocenie, mega wyczucia chwili. Do tego warto zaatakować agrafki inaczej niż podpowiada logika. Nie będę wdawał się w szczegóły, bo może z kimś z Was będę musiał walczyć na kresce za rok? ;)

Nie wykazałem się idealnym timingiem tym razem. Zaatakowałem ciut za wcześnie. Nogi nie były już tak świeże jak myślałem. Ale pędziłem jako pierwszy, dobra nasza! Byle do pierwszego nawrotu. Ten okazał się bardziej kluczowy niż zakładałem. Karol złapał piach przednim kołem i zaliczył upadek. Tym samym reszta już nie miała znaczenia, po prostu dojechałem do linii mety, domykając „piątkę” zwycięstw, o której myślałem już dawno.

Teraz chwila oddechu. Muszę wypocząć pod tygodniowym urlopie, który wzięliśmy z żoną na prace przy domu.

Właśnie… W zasadzie decyzję o starcie w Puławach podjąłem rano w dniu wyścigu. Wcześniej nawet nie wyjąłem torby z szafy… Byłem tak styrany, że sądziłem, że nie ma najmniejszego sensu stawać na starcie…

Jednakże, jak to bywało nie raz, uznałem, że im ciężej poza wyścigiem, tym lepiej ;) W końcu moje pierwsze zwycięstwo Open miało miejsce w 2015 roku w Puławach właśnie dzień po własnym ślubie… :D

Teraz wzrok kieruję na południe. Plany obejmują między innymi Bike Maraton.

COMMENTS

DISQUS: 0