Kolarski ANTYporadnik prezentowy – wyniki konkursu

HomeRóżności

Kolarski ANTYporadnik prezentowy – wyniki konkursu

Kilka dni temu opublikowaliśmy ANTYporadnik czyli czarną listę prezentów, których należy się wystrzegać jeśli chodzi o obdarowywanie nimi kolarza. Równolegle razem z Decathlon ogłosiliśmy konkurs na historię na najbardziej trafiony albo nietrafiony prezent, spośród których subiektywnie wybraliśmy trzy najciekawsze, których autorzy otrzymają vouchery.


Oto zwycięskie historie. I przestrogi albo inspiracje!

3. miejsce i voucher na 100 PLN od Decathlon

Piotr Kalużny

Poprosiłem kiedyś chrzestną o torbę na rower, w domyśle mając podsiodłówkę lub coś na kierownicę. Dostałem….. pokrowiec Velosocka. Ostatecznie wyszło na dobre, bo nie dość, że zaskoczenie, to pozytywne. I to akurat wydaje mi się dobrym pomysłem na „rowerowy” prezent, bo to rzecz z gatunku, sam sobie nie kupię, ale bardzo bym chciał mieć.

Warto też uczyć się na czyichś błędach i zaznaczyć, że „skarpetki rowerowe” i „skarpetki w rower” to znacznie większa różnica niż się wielu osobom wydaje… 

2. miejsce i voucher na 150 PLN od Decathlon:

Marta Wengierek

To będzie historia na mieszany czyli trafiony i nietrafiony prezent kolarski. Kupiłam mojemu chłopakowi pod choinkę wyszukany (a raczej wyszukiwany, bo wtedy nie znałam się dobrze na kolarstwie i asortymencie rowerowym) i dość drogi u-lock, ponieważ jeździł swoim MTB-kiem także do pracy i zostawiał go pod galerią handlową. Niestety tak wyszło, że w tę Wigilię galerie były otwarte, a mojemu chłopakowi przypadła świąteczna zmiana. Zadowolona z zakupu, spakowałam go ładnie dorzucając kolarskie skarpetki i jakąś rowerową chemię, ułożyłam prezent pod choinką i przystąpiłam do pomocy przy przygotowywaniu kolacji.

Przeskoczmy teraz do momentu podchoinkowego buszowania. Partner chwycił prezent, zrobił skwaszony uśmiech jakby domyślając się co trzyma w rękach – zresztą nie oszukujmy się, opakowanie u-locka nie było najłatwiejszym zadaniem, bo kombinowałam z papierem prezentowym. Zdzierając papier mina była coraz mniej wesoła. Co się okazało? Wracając z pracy pan D. podszedł do parkingu rowerowego pod świeżo wybudowaną galerią Posnania, jednak po paru minutach poszukiwań okazało się, że kilkuletnia Merida padła łupem nieznanych sprawców.

Żeby nie psuć mi świątecznego humoru D. nie powiedział mi o kradzieży i wrócił komunikacją miejską. Jednak u-lock nie miał już czego przypinać… No cóż, spóźniłam się dobę, a właściwie to złodzieje pospieszyli się o dobę… 

1. miejsce i voucher na 200 PLN od Decathlon:

Maciej Teodorczyk

„Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem…” śpiewał kiedyś Tadeusz Nalepa. Każdy z nas, kiedy takim małym chłopcem był, miał jakieś swoje dziecięce pasje, marzenia. Ja na przykład lubiłem haratać w gałę i marzyłem, żeby w przyszłości być jak Maciej Żurawski (o Lewandowskim wtedy nikt nie słyszał, a jeśli słyszał to raczej nie o Robercie, a o Mariuszu). Zbliżały się święta Anno Domini 2004 i pewnego dnia wysłałem zaadresowany do Laponii list z prośbą do Świętego o sprezentowanie ochraniaczy piłkarskich. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy pod choinką znalazłem coś, co ochraniaczy do kopania na boisku (a właściwie do bycia kopanym) za grosz nie przypominało! Na etykiecie widniała wprawdzie nazwa „ochraniacze”, ale zakładało się to jakoś dziwnie, na kolana. Na opakowaniu zamiast Beckhama pozował jakiś rowerzysta ubrany w kask do motocrossu. Ewidentnie nietrafiony prezent – pomyślałem – i wrzuciłem go na spód szafy.

Minęło 11 lat, ja urosłem, a piłkę zamieniłem na pierwszy „prawdziwy rower”. Hardtail Rometa na 26-calowych kołach, 140 mm skoku z włoskim rodowodem i napisem Marzocchi na goleniach oraz rider, który po obejrzeniu paru filmów na YouTube i kilku zjazdach z górki w parku widzi w sobie następcę Sama Hilla. Jednym słowem, połączenie dość nieoczywiste. Zbliżał się weekend majowy, a ja szukając planów na jego spędzenie, natrafiłem na zawody enduro. Postanowiłem spróbować i jakoś odpychałem od siebie myśl, że na bielskich singlach może być nieco ciężej niż na leśnych duktach Polski centralnej. Pakując się przed wyjazdem znalazłem dawny, nietrafiony, jak w dalszym ciągu sądziłem, prezent. 

Po dotarciu do stolicy Podbeskidzia wybrałem się na objazd dwóch z czterech oesów, żeby nie jechać ich całkowicie na ślepo. Co tu dużo mówić, łatwo nie było. Postanowiłem, że na dzień zawodów profilaktyczne zabiorę ze sobą ochraniacze. Była to chyba jedna z najlepszych decyzji w moim życiu! W nocy przed zawodami strasznie padało, co w połączeniu z moimi umiejętnościami, a właściwie ich brakiem, nie mogło wróżyć nic dobrego. W ciągu jednego dnia zaliczyłem więcej OTB niż w całej dotychczasowej rowerowej karierze. Gleba za glebą. Miałem wrażenie, że stałem się etatowym testerem twardości beskidzkiej ściółki. Przejechałem dwa oesy, po których całkowicie odcięło mi prąd w nogach. DNF.  Po zejściu z roweru nie mogłem nawet kucnąć – nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem!

Decyzja o debiucie w zawodach enduro przy okazji pierwszej wizyty z rowerem w górach w życiu była wyjątkowo nietrafiona. W przeciwieństwie do bożonarodzeniowego prezentu, któremu moje kolana wdzięczne są do dzisiaj! Święty Mikołaj ewidentnie miał nosa, a ja od tamtej pory stałem się miłośnikiem maratonów MTB rozgrywanych w „płaskopolsce”!

Dziękujemy wszystkim za uczestnictwo, a ze szczęśliwcami skontaktujemy się drogą elektroniczną w celu przekazania nagród.

COMMENTS

DISQUS: 0