Karol Ostaszewski (Warszawski Klub Kolarski): “nie był to mój najlepszy wyścig” | ORLEN Myślenice Małopolska MTB XCOfot. Leszek Jaśkiewicz

HomeKomentarzeSport

Karol Ostaszewski (Warszawski Klub Kolarski): “nie był to mój najlepszy wyścig” | ORLEN Myślenice Małopolska MTB XCO

W niedzielę 11 lipca 2021 na myślenickie Zarabie po wielu latach przerwy wróciło kolarstwo górskie w olimpijskiej formule cross country. Zawody ORLEN Myślenice Małopolska MTB XCO już podczas pierwszej edycji miały kategorię UCI C2, co poskutkowało wysokim poziomem sportowym oraz obecnością zawodników z zagranicy z Mistrzem Olimpijskim Jaroslavem Kulhavym na czele. W elicie, w trudnych warunkach i ulewnym deszczu, najlepsi byli Matylda Szczecińska i Bartłomiej Wawak. Karol Ostaszewski po wielu przygodach ostatecznie zajął 10. miejsce.


Komentarz postartowy:

Start w ORLEN Małopolska Myślenice MTB XCO UCI C2 Race potraktowałem trochę treningowo, a trochę poważnie. Zrobiłem co prawda kilka zapoznawczych okrążeń w piątek (dwa dni przed wyścigiem), ale wtedy trasa nie była jeszcze oznaczona. Miałem świadomość, że linie przejazdu trochę się zmienią po jej otaśmowaniu, jednak nie miałem ochoty korzystać z możliwości oficjalnego objazdu w dniu wyścigu, bo wiem z doświadczenia, że mi to nie służy.

W niedzielę chwilę po ósmej ruszyliśmy z Bielska (gdzie aktualnie przebywam na wyjeździe treningowym) i ruszyliśmy w półtoragodzinną podróż. Prognozy pogody nie napawały optymizmem i zapowiadały ulewny deszcz. Już w czasie wyścigu kobiet zaczęło lekko padać, ale na około 30 minut przed naszym startem trasa została porządnie zmoczona.

Sytuacja ta wymagała ode mnie odrobiny elastyczności. Większą część rozgrzewki zrobiłem na rolce, a po informacji od Klaudii Czabok, która wjeżdżała na ostatnie okrążenie zdecydowałem się na zmianę tylnego koła, na którym miałem błotne Scorpiony S od #Pirelli. Następnie kilka razy mocniej zakręciłem nogą na asfalcie i schowałem się pod drzewo oczekując na rozstawienie na starcie.

Wyczytano mnie do pierwszego rzędu i zająłem pole po skrajnej prawej stronie. Po kilkunastu minutach oczekiwania, sędzia zaczął odliczać kolejne minuty do startu.

Wszyscy ruszyli na gwizdek sędziego. Pierwszy z trzech nawrotów pokonałem na drugiej pozycji. Kolejne jadę za Filipem Heltą. Przejeżdżamy krótki trawers po stoku, zawracamy pod nieczynnym orczykiem i ruszamy pod górę po wypłaszczonych dyktą schodach.

fot. Leszek Jaśkiewicz

Na szerokim asfaltowym podjeździe wyprzedza mnie Bartłomiej Wawak, a od razu za nim rusza Filip. Ja jadę swoje 600-650W i z każdym metrem tracę do nich po kilkanaście centymetrów.

W końcu skręcamy do lasu. Podłoże jest zaskakująco śliskie, widzę jak Filip walczy z nieprzyczepną nawierzchnią. Ja za to jadę bez problemu. Czuję, że z tym kołem (mimo że cięższym), to był dobry pomysł.

Na wąskich agrafkach popełniam mały błąd, który szybko wykorzystuje Jakub Zamroźniak. Po dłuższej chwili podjeżdżania i krótkich zjazdów wjeżdżamy na pierwszy „prawdziwy” zjazd tego wyścigu.

Dopiero gdy rozpoczynam podążać z siłą przyciągania ziemskiego zdaje sobie sprawę, że nic nie widzę przez zaparowane okulary. Jadę bardzo wolno, jestem sztywny i wystraszony, a do tego co chwilę zjeżdżam z mojej, optymalnej linii. Na kończącym zjazd bufecie wyrzucam okulary, polewam twarz wodą i zmierzam ku najbardziej stromej wspinaczce na trasie.

fot. Leszek Jaśkiewicz

Może wydać się to niesamowite, ale prawie ją podjechałem. Szybko schodzę z roweru, podbiegam i po wskoczeniu na rower bardzo mocno pracuje stopami aby wpiąć zabłocone bloki. Mimo, że już widzę więcej, to i tak zjeżdżam bardzo słabo, nie czuję się pewnie, a do tego jestem bardzo spięty. Dojeżdżam do widowiskowych kamieni, już na samym początku tego technicznego fragmentu lekko mnie znosi do lewej strony, „spadam” z kamiennego schodka i ląduję tylnym kołem idealnie na wystający kamień. Słyszę jak zaczyna schodzić powietrze, a kibice robią typowy dźwięk rozpaczy i żalu. Już wiem, że raczej nie utrzymam mojej czwartej pozycji.

No cóż… zdarza się ;) Jadę jakby nic się nie stało, nawet nie schodzę z roweru. Podjeżdżam i zjeżdżam ostatni odcinek na rundzie z małym zapasem, aby nie rozwalić obręczy. Potem kolejne 600-800 m po płaskim jadę za Mistrzem Olimpijskim z Londynu Jaroslavem Kulhavym. W bufecie już na mnie czekają z nowym kołem, aby zrobić pit-stop w stylu Formuły 1.

fot. Leszek Jaśkiewicz

Zmiana koła była dość szybka (bardzo dziękuję ekipie za pomoc!), a ja ruszam na drugie okrążenie na nowym komplecie opon na suche warunki (XC RC). Przy okazji po chwili zawahania biorę od Klaudii jej okulary z jaśniejszymi szkłami.

Z alei serwisowej wyjeżdżam w okolicy 12. pozycji, a jeszcze przed pierwszym technicznym fragmentem przepuszcza mnie Kuba Kowalczyk, bo pewnie zdaje sobie sprawę, że po tym postoju mam dużo więcej siły.

Na właściwej trasie popełniam wiele błędów, nie mogę skupić się na jeździe. Bardzo bym chciał jechać mocniej, ale nie idzie to w parze z szybciej. Zaczynam stawiać sobie małe cele, które nadają sens temu ściganiu. Staram się wyciągnąć z tych warunków jak najwięcej dla siebie na przyszłość. Kieruje uwagę na pewne podjeżdżanie wąskich i ciężkich fragmentów oraz na kontrolowanie roweru podczas zjeżdżania technicznych fragmentów.

Powoli doganiam kolejnych zawodników, aż w końcu na ostatnim podjeździe drugiego okrążenia jadę na 6-7 pozycji w wężyku zawodników. Na szczycie przepuszcza mnie Michał Topór mówiąc, że ma gumę z przodu. Miły gest z jego strony, zwłaszcza, że podjazd wcześniej bardzo nie chciałem dać mu się wyprzedzić. Potem podobne manewry wykonuje jeszcze 2-3 zawodników, a ja jadę za Staszkiem Nowakiem i dwoma zawodnikami z Czech.

Wyprzedzam ich na sztywnym podjeździe po asfalcie, a na jego końcu poprawia mi już wcześniej wspomniany Mistrz Olimpijski. Chwilę później wpada on w poślizg na śliskiej trawie, omijam go, ale ja wpadam w jeszcze większy, który wyrzuca mnie z roweru. Zajmuje mi trochę wdrapanie się na prawidłową linię przejazdu. Jadę ósmy.

Na podjeździe w „rynnie” łapię długi patyk w napęd. Jest to niezły wyczyn, bo trasa była naprawdę dobrze posprzątana. Jadę z nim licząc, że sam wypadnie, ale niestety na „najgorszym” sztywnym i długim podjeździe blokuje mi się z jego udziałem przerzutka.

Staję, chwilę walczę aby oczyścić napęd i znowu ruszam w pogoń. Na zjazdach czuję się coraz lepiej i dużo pewniej. Zjeżdżam szybciej, a do tego zaczynam z tego wszystkiego czerpać przyjemność. Tak mija mi trzecie oraz czwarte okrążenie, a raz na jakiś czas wyprzedzam już wcześniej kilkukrotnie mijanych zawodników.

Podczas wjazdu na piąte okrążenie mijam Filipa Heltę, który wymienia koło już po raz drugi (!) na tym wyścigu. Biorę bidon na bufecie, a po chwili wyrzucam jeszcze okulary Klaudii. Niestety gdy Klaudia po nie poszła, ich już tam nie ma, przepadły :(

W pierwszej części trasy wyprzedzam zawodnika z Czech i przez chwilę jadę znowu na czwartej pozycji. Tym razem to jednak Filip ma dużo siły po pit-stopie i bardzo szybko mija mnie na podjeździe. Zyskuje kilkanaście sekund przewagi i nasze tempo się wyrównuje. Trasa jest coraz bardziej mokra, a jazda robi się bardzo niebezpieczna. Pewnie zjeżdżam kamienie na których złapałem gumę, pokonuje trudny zakręt w lewo i naciskam na pedały. Niestety nic to nie daje, a kręcący się napęd nie przekłada mocy na koło. Kręcę w miejscu…

Biegnę pod górę, ale po chwili namysłu decyduję się na szybki remont tylnej piasty na polu bitwy. Jako, że już kiedyś miałem podobną sytuację, to szybko odkręcam tylne koło, wybijam całą kasetę wraz z bębenkiem i przywracam do życia jedną z zapadek z systemu ratchet od DT, która zassała się w czymś w rodzaju tulei. Potem szybko składam całość do kupy i ruszam w pogoń. Trwało to około 3-4 minut. Wierzę, że jeszcze wrócę na piąte miejsce. Do końca wyścigu zostały mi dwa okrążenia z zaplanowanych siedmiu.

Niestety ku mojemu zdziwieniu kończę wyścig na linii mety ze stratą 80%. Oczywiście nie było tego aż tyle, ale sędziowie biorą czas pierwszego okrążenia, który na szóstym kółku był już zdecydowanie dłuższy. No szkoda… Aktualizacja tego przepisu lub chociaż elastyczność względem realnych czasów okrążeń na pewno by się przydała. Bo słabo wygląda, gdy wyścig UCI kończy CZTERECH zawodników.

Wróćmy jednak do mnie.

Nie był to mój najlepszy wyścig, ale bardzo mi pomógł. Czułem się niepewnie po pięciotygodniowej przerwie od ścigania i do końca nie wiedziałem „jak to będzie”. Teraz już wiem, że forma jest, technika też jest, więc trzeba po prostu dalej robić swoje.

A no i chętnie odzyskamy czarne Oakley Sutro z jasnymi szkłami, może ktoś niechcący przez przypadek je wziął i chcę oddać :) Leżały kilka metrów za bufetem przy starcie.

Na koniec chciałbym bardzo podziękować naszym sponsorom: Specialized, Sixt, Skleprowerowy.pl, Airbike, StrefaMocy oraz nowemu partnerowi Pirelli Cycling! Dziękuję!

COMMENTS

DISQUS: 0