Karol Ostaszewski (Warszawski Klub Kolarski) “startami za granicą zawsze trochę bardziej się stresuję” | Puchar Słowacji MTB XCO, Drozdovofot. Tosia Białek

HomeKomentarzeSport

Karol Ostaszewski (Warszawski Klub Kolarski) “startami za granicą zawsze trochę bardziej się stresuję” | Puchar Słowacji MTB XCO, Drozdovo

Puchar Słowacji MTB XCO został zainagurowany wyścigiem w miejscowości Drozdovo. Na zawodach stawili się zawodnicy ze wszystkich krajów grupy wyszehradzkiej. W elicie kobiet wygrała Węgierka Kata Blanka Vas (SD Worx), a w elicie mężczyzn Jakub Zamroźniak (JBG-2 CryoSpace). Karol Ostaszewski wywalczył dziewiąte miejsce.

Poniżej komentarz postartowy zawodnika Warszawskiego Klubu Kolarskiego:

Puchar Słowacji, był moim pierwszym w tym sezonie wyścigiem za granicą. Zawsze trochę bardziej się nimi stresuję. Nie zna się wszystkich zawodników i ich stylu jazdy, więcej osób jest na podobnym poziomie, a rywalizacja trwa od początku do końca. Zwłaszcza na początku, gdzie walczy się o każdą pozycję i wykorzystuje się wszystkie potencjalne okazje do wyprzedzania.

Wyjechaliśmy już w piątek po południu, przespaliśmy się w Katowicach i rano zrobiliśmy testy na covid. Następnie zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w podróż do Drozdova, które położone jest w centralnej części Słowacji, około trzy godziny jazdy od Polskiej granicy.

Trasa wyścigu i jej konfiguracja była na światowym poziomie. Położona w lokalnym bikeparku, łączyła w sobie techniczne single, szerokie podjazdy, rock gardeny i wymagające podjazdy. To jedna z tych tras, na których trzeba pokonać kilka pełnych okrążeń, aby poczuć się na niej pewnie i komfortowo. W każdym jej momencie czekało na nas coś ciekawego i jednocześnie wymagającego. Dla zawodników na wysokim poziomie sportowym, w tym kontekście są to synonimy :)

Zrobiłem dwa zapoznawcze okrążenia i wahałem się nad trzecim. Brakowało mi pewności, znajomości linii, a przede wszystkim prędkości na zjazdach. Jednocześnie byłem zmęczony i ostatecznie to przekonało mnie do odpuszczenia kolejnego kółka.

Nocne opady deszczu sprawiły, że trasa stała się bardzo trudna. Poranek spędziłem na oglądaniu wyścigu elity kobiet. Potem zacząłem spokojnie przygotowywać się do swojego wyścigu. Zebrałem wywiad od naszych zawodniczek, które ukończyły już wyścig.

Na rozgrzewkę pojeździłem chwilę po szosie, a następnie wjechałem na trasę sprawdzić warunki i dobrać ciśnienie, tak aby “trzymało, ale nie dobijało”. Następnie kilka powtórzeń i o 14:20 zameldowałam się na starcie.

Ustawiono mnie w czwartej lub piątej linii. Stanąłem z boku, chciałem szybko ruszyć i wyprzedzić kilka osób tuż przy barierkach.

“Fifteen seconds”. Kątem oka patrzę na sędziego. Chwyta za spust swojego pistoletu, ale niestety nie wystrzelił, po kilku nerwowych naciśnięciach spustu, wziął głęboki wdech i ile sił w płucach dmuchnął w gwizdek, wydając sygnał do startu. Optymalnie instaluje buta w zatrzaskowym pedale, ale niestety po 10-15 metrach hamuje, wypinam się i wymijam powoli przewróconych / sczepionych kolarzy. Druga strona prostej ciśnie ile sił w nogach. Tracę wiele pozycji.

Początkowo, pierwszy, bardzo długi podjazd planowałem pokonać mocnym, równym tempem. Okolice 50. miejsca chwilę po starcie zdecydowanie mnie nie satysfakcjonowały i od razu rzuciłem się w pogoń. Na początku nie było zupełnie miejsca aby się przepchnąć, ale po kilkunastu sekundach powstały luki, które wykorzystywałem aby zyskać chociaż pozycję. Udaje się wyprzedzić kilkanaście osób, czuje zakwaszenie w rękach, ale nogi kręcą się doskonale. Zjeżdżamy z rozbiegówki i przede mną tworzy się korek spowodowany zwężeniem trasy do jednej linii przejazdu. Widziałem co tam się działo podczas startu wyścigu kobiet. Schodzę szybko z roweru i bokiem wyprzedzam kilka osób, aby jak najszybciej pokonać wąskie gardło. Chwilę biegnę z rowerem.

Wyjeżdżamy na bardzo szeroki podjazd, który prowadzi nas na sam szczyt wyciągu narciarskiego. Zaskoczeniem jest bardzo silny wiatr, który sprawia, że grupa ulega rozerwaniu, a każdy jedzie swoim tempem. Nie dość, że pod górę, to jeszcze pod wiatr… W oddali widzę Kubę Zamroźniaka który prowadzi pierwszą grupę. Na oko mam już do niego 100 metrów straty i jakieś 30-40 sekund. Sporo.

Jadę mocno i wyprzedzam kilku zawodników. Czasami chowam się na koło, aby chwilę odpocząć od bardzo silnego wiatru. Wjeżdżamy do lasu, stawka jest już rozciągnięta, jedziemy singlem, który kończy się podjazdem w stylu “expert climb”. Oczywiście biegnę z rowerem, bo na takich fragmentach robi się tłok, a jazda nie jest opłacalna. Rozpoczynamy zjazd.

Podążam w grupie. Duży tłok, każdy się pcha, czuję jakby zawodnicy za mną chcieli po mnie przyjechać. Ktoś się wywala, ktoś schodzi z roweru. Przejeżdżamy przez strumień i podbiegamy z rowerami. Znowu nie da się jechać w takim ścisku po śliskiej nawierzchni. Widowiskowy rock garden, kolejny strumyk i kończymy pierwsze okrążenie. Dostaje informację, że jestem na skraju drugiej i trzeciej dziesiątki.

Pozostaje nam do pokonania pięć pełnych okrążeń. Strata do czołówki wynosi około 90 sekund. Jedzie mi się bardzo dobrze, dojeżdżam do grupy 4-5 kolarzy, których cierpliwie mijam na szerszych fragmentach trasy i podążam za nimi na tych węższych. Czuję, że moje tempo jest szarpane, ale nie przeszkadza mi to. Nie myślę również nad tym ile wyścigu jeszcze mi pozostało. Chcę zyskać jak najwięcej pozycji dopóki wszystko jest stosunkowo blisko. Przejeżdżam przez bufet i znane już wąskie gardło. Jem żela, wstaję w pedały i staram się jak najszybciej pokonać długi podjazd. Kogoś doganiam, chwilę odpoczywam jadąc za nim i atakuję na stromym odcinku. Bardzo nie chciałem, aby ktoś chronił się za mną od wiatru. Zyskuje kolejną pozycję i kilka metrów przewagi.

Niestety na zjeździe tracę większość tego co wypracowałem pod górę. Moje tempo nie było doskonałe, a ja nie mogłem się przemóc, aby jechać szybciej na zjeździe. Być może było to spowodowane ogólnym założeniem, aby nie dobić na zjeździe i nie mieć kapcia lub innego defektu.

Na trzecim okrążeniu udaje mi się wskoczyć do pierwszej 10. Trzymam mocne tempo, ale i zaczynam odczuwać zmęczenie. Jestem zadowolony z swojej dyspozycji na podjazdach oraz sfrustrowany swoim tempem na zjazdach. Nie radzę sobie również na krótkim podjeździe po strumieniu, gdzie jest bardzo ślisko. Mam wrażenie, że stoję tam w miejscu.

Połowa wyścigu. Patrzę na licznik a tam już 53 minuty ścigania… Zmieniam trochę swoje podejście do jazdy. Już nie szarpię i staram się oszczędzać siły poprzez równą jazdę. Podjeżdżam ciut wolniej, ale zdecydowanie lepiej radzę sobie na zjazdach. Przez chwilę jadę nawet na 8 pozycji, ale niestety zawodnik ze Słowacji wyprzedza mnie i ucieka na przed chwilą wspomnianym “błocie”.

Dwa okrążenia do mety. Raz jadę dziewiąty, raz dziesiąty. Tuż przed szczytem atakuję i zyskuje kilka sekund przewagi nad zawodnikiem z Czech. Skupiam się aby szybko pokonać zjazd i w końcu mi się to udaje. Powiększam przewagę do dziesięciu sekund.

Ostatnie okrążenie. Przede mną już nikogo nie ma, ale wciąż goni mnie zawodnik z Republiki Czeskiej. Chciałbym jechać szybciej, ale czuję w nogach minione 1,5 godziny ścigania. Strome fragmenty pokonuję z bólem, a walka z wiatrem jest coraz trudniejsza i bardziej kosztowna niż na poprzednich okrążeniach. Mam około trzydzieści sekund przewagi. Znowu zjeżdżam ostrożnie, bo nie chcę aby żeby coś się stało. Tracę większość przewagi, ale utrzymuję pozycję.

Na mecie melduję się na dziewiątym miejscu w elicie z stratą pięciu minut do zwycięzcy – Kuby! Tego dnia byłem bardzo silny na podjazdach, ale niestety zabrakło odwagi/techniki na zjazdach. Myślę, że to tylko kwestia przespania się z tym aspektem rywalizacji i na Puchar Świata będzie optymalnie.

Dziękuję Maćkowi Jeziorskiemu i Warszawskiemu Klubowi Kolarskiemu za zorganizowanie wyjazdu. Nie było łatwo, ale daliśmy radę.

COMMENTS

DISQUS: 0