Amator donosi: “zmianę musi inicjować ten kto ciągnie” – Bike Atelier MTB Maraton, Częstochowa

Amator donosi: “zmianę musi inicjować ten kto ciągnie” – Bike Atelier MTB Maraton, Częstochowa

REKLAMA
Amator donosi: “abstrakcyjne marzenia o mecie” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba
Amator donosi: “To był niezły trening” – Bike Atelier Road, Psary
Amator donosi: “Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zaliczył gleby…” – Bike Atelier MTB Maraton, Żarki
Amator donosi: “Walim po łydach walim!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim
Amator donosi: “Biegi przełajowo błotne” – Puchar Burmistrza Białej, Biała

W tym roku jesień nie rozpieszcza. Zimno, ciemno, deszcz… Jak tu ruszyć tyłek na rower? Dobrze, że finał Bike Atelier MTB Maraton odbywał się na (prawie) moim podwórku, więc chociaż mogłem się wyspać :)

Choć jest to już druga edycja wyścigu w Częstochowie, i tak jak wspomniałem blisko domu, to jest to mój pierwszy start tutaj.

Powiem szczerze, że patrząc na trasę podchodziłem do tego bardzo sceptycznie. 65km i około 670 m przewyższenia – jak na Jurę mało. O ile okolice Olsztyna są fantastyczne (polecam gorąco!), o tyle Częstochowa jednak znajduje się kawałek od niego i jakoś trzeba się tam dostać. Więc pomiędzy hopkami (Góra Ossona, górki olsztyńskie, Przeprośna Górka) znalazły się długie piaszczyste/szutrowe drogi. Jednakże, jak dla mnie ta trasa miała flow i naprawdę (zaskakująco) dobrze się na niej bawiłem!

Po bardzo słabym sezonie i defektach w poprzednich etapach BAM spadłem do drugiego sektora. Nie powiem, początkowo był to cios biorąc pod uwagę, że zawsze był to pierwszy (a czasem nawet zerowy). Z czasem okazało się to nie takie złe.

Start punktualnie 11:02 – wylot asfaltami. Dość nerwowy – wszyscy chcieli przebić się do przodu, bo za chwilę pojawi się wąskie gardło – wjazd na polną drogę. Początkowo ginę gdzieś w tłumie, zostaję zamknięty z lewej strony przez zawodników, z prawej przez krawężnik. Koniec końców udaje mi się gdzieś przebić i w pole wjeżdżam na trzeciej pozycji. Zaczynają się pierwsze single. Wyprzedzam dwójkę zawodników, a z pozostałymi nawiązuję współpracę. Razem odłączyliśmy się od peletonu. Czuję, że wchodzę na obroty, pełne skupienie na jeździe. Dawno nie czułem się tak dobrze!

Jechaliśmy razem gdzieś do Góry Ossona, potem kolega lekko zwolnił, ale ja czułem dzisiaj moc pod nogą i starałem się trzymać narzucone wcześniej (dość, jak na mnie) wysokie tempo. W tym samym mniej więcej czasie zacząłem dostrzegać ogon pierwszego sektora – to jest dopiero motywator! Jeszcze przed rozjazdem na 10km udało się wyprzedzić kilka osób. Od tej pory co jakiś czas “kasowałem” kolejnych zawodników pierwszego sektora. Jak wspomniałem – start z drugiego sektora to było ciekawe doświadczenie – cała trasa dla mnie, nikt nie spowalnia, jadę dosłownie swoje. Wyprzedzanie innych bardzo motywuje.

Na dojeździe do Olsztyna łapię większą grupę, z którą jadę dłuższy czas. Chwilę odpocząłem, chwilę pociągnąłem. Na kolejnych singlach grupka trochę się porwała. Starając trzymać tempo odjechałem im i znów jechałem sam – bardzo dobry moment, gdyż zaczynały się wąskie odcinki po olsztyńskich hopkach.

Ścieżki, na których można powiedzieć się wychowałem, podczas wyścigu wyglądają inaczej niż na treningach. Szybciej. Zmęczenie pojawia się trochę mniej spodziewanie. Były takie dwa miejsca, które znam na pamięć, ale ścigając się musiałem zwolnić. Jednak tak dobra znajomość jest ogromnym plusem.

W połowie dystansu dojeżdżam do większej grupki, z którą potem trzymam się już do końca. Samopoczucie mam fantastyczne, choć zaczynam już odczuwać zmęczenie. Jadę więc grzecznie w grupie. Wiem, że to dopiero połowa i nie dam rady przycisnąć jeszcze mocniej.

Jechaliśmy razem przez pół dystansu – i po wąskich singlach i po szerokich szutrowych autostradach. Trzymam się raczej z tyłu. Widzę, że ciągnie głównie jeden z zawodników. W pewnym momencie zwraca uwagę zawodnikowi za nim żeby dał mu zmianę, ale zasadniczo to nie zjechał do boku, do zmiany nie doszło i ciągnął dalej (choć niestety potem za to zapłacił – ale ja doceniam, widziałem, że się napracował).

W tym miejscu pojawiło się w mojej głowie parę przemyśleń. Po pierwsze, uważam, że zmianę musi inicjować ten kto ciągnie, a nie ten kto jest ciągany. Powinien wyraźnie zjechać na bok i ewentualnie machnąć łokciem. Jadąc w grupie jak najbardziej chcę współpracować, ale chcę też żeby mi to umożliwiono. Nie mam wyrzutów sumienia wioząc się na kole, gdy ta współpraca nie działa. Drugie, oczywiste, w maratonach MTB wożenie się na kole nie zawsze oznacza odpoczynek. Na szutrówce owszem. Ale gdy leciałem w ogonie na singlach, to z pewnością wykonywałem większą pracę niż pierwszy. Ciągłe gonienie, zaskoczenia przez korzenie/dziury i inne przeszkody. Jadący jako pierwszy widzi wszystko i można wybrać optymalną ścieżkę. Im dalej w grupie, tym większe “ochłapy” się dostaje.

Odcinek powrotny Olsztyn – Częstochowa do Przeprośnej Górki był dość nudny. Jechaliśmy wszyscy razem, dość płasko. Ale ta ścianka na koniec dała w kość. Wtedy czułem już pierwsze przykurcze w czterogłowych. Musiałem zacząć bardziej młynkować i zaangażować bardziej mięśnie dwugłowe. Single wzdłuż Warty przemierzliśmy sprawnie i płynnie. Wtedy zaczęły się pierwsze szarpnięcia, bo to była już końcówka. Grupa jednak utrzymała się razem i na ostatnią (prawie) prostą wpadliśmy razem. Chwila czarowania i jeden z zawodników zaatakował. Ruszyłem za nim. Niestety, moja przerzutka postanowiła zastrajkować i nie zrzucić na zębatkę 11T od razu, jednak udało się opanować mały kryzys i dogoniłem uciekiniera (i razem ze mną prawie cała grupa). Na ostatni wiraż wjeżdżałem jako trzeci, ale popełniłem dziecinny błąd i otworzyłem wewnętrzną na 180-stopniowym nawrocie, co od razu wykorzystał jeden z kolegów. Finisz kończę na 4. pozycji… ale tak na prawdę jestem na mecie dwie minuty przed wszystkimi, gdyż startowałem z drugiego sektora (wybaczcie!).

Finałowy etap to jednocześnie ogłoszenie wyników klasyfikacji generalnej. W tym roku udało mi się ukończyć raptem 4 etapy z 8, w których brałem udział. Nic nie ugrałem, więc przebrałem się i zacząłem wracać do domu. Dawno nie byłem tak wcześnie :)

Ten sezon startowy zakończyłem bardzo pozytywnie, choć on sam był raczej słaby i nijaki. Liczba godzin treningowych była znacznie niższa niż przed rokiem co mocno odbiło się na osiąganych rezultatach. Idzie zima, czas więc chwilę odpocząć, zresetować głowę i ciało, a potem zabrać się do roboty na przyszły sezon!

Pewnie wpadną po drodze jakieś pojedyncze wypady na przełaj, więc może coś tu jeszcze napiszę, ale w każdym razie: do zobaczenia w przyszłym sezonie!

COMMENTS

DISQUS: 0