Amator donosi: „zmierzyć się z legendą” – DARE2B MTB Maraton, Piwniczna Zdrój

HomeRelacje

Amator donosi: „zmierzyć się z legendą” – DARE2B MTB Maraton, Piwniczna Zdrój

O Piwnicznej słyszałem wiele opowieści, żeby nie powiedzieć legend. Jedni straszyli stromymi podjazdami i zabójczymi zjazdami, drudzy o tym samym opowiadali z ekscytacją i podnieceniem w głosie. Jednak opis wrażeń ich wszystkich i tak sprowadzał się do jednego słowa, podchodzącego już pod wulgaryzm, więc nie wiem czy przejdzie przez cenzurę – „Zaj***ście!”. Dlatego osobiście musiałem zweryfikować te „legendy”. 

Prognozy pogody obserwowane już od tygodnia zapowiadały niezmiennie warunki wręcz idealne, temperatura 15-20*C, bezchmurne niebo i umiarkowany wiatr z południa. I sprawdziły się co do joty. Nawet start przeniesiony na 10, gdy jeszcze było chłodno, nie ostudził zapałów, a o skuteczną rozgrzewkę miał zadbać już pierwszy podjazd zaraz za linią startu.

Ustawieni w boksach startowych, tym razem wszyscy jako VIPy, bez podziałów, czekaliśmy na wystrzał. Wyjątkowo stanąłem bliżej z przodu, bo tym razem postanowiłem nie jechać turystycznie robiąc 10 zdjęć na kilometr, a trochę się pościgać i pojechać na maxa. Zwłaszcza, że po rumuńskiej wyprawie noga całkiem dobrze podawała.

I ruszyliśmy. Na dzień dobry wspomniana rozgrzewka – 2km ze średnim nachyleniem 10% po asfalcie i betonowych płytach na Obidzę. Choć czuło się moc w łydkach, należało hamować zapędy, żeby nie spalić się już na samym początku i nie dojechać potem do mety. Gdy skończyły się płyty i tym samym stromy odcinek, odbijamy w lewo w kierunku Eliaszówki. Na początku wypłaszczenie, więc wszyscy przyspieszyli i zaczęli mi uciekać. Starałem się utrzymać w zasięgu wzroku kilku dobrych zawodników, bo to dodatkowo motywowało i tutaj na podjeździe i później na każdym ze zjazdów. Po przedarciu się przez drewniany mostek z metalowym słupkiem na środku, powoli podjazd robi się coraz bardziej stromy i zmusza do zrzucenia przodu na 22T.

Kiedyś szedłem tędy w zimie i wydawał się łatwiejszy mimo śniegu, a teraz nie mogłem doczekać się widoku wieży na Eliaszówce, bo wiedziałem, że za nią będzie długo w dół. Na wspinaczce udało mi się jeszcze utrzymać w grupie, ale gdy zaczął się zjazd wszyscy zaczęli mi uciekać, a z tyłu kilka razy usłyszałem „lewa”. Ale mimo, jak dla mnie, ekstremalnego zjazdu, bo luźnych, dużych kamieni tu nie brakowało, świadomość, że zawodnicy przede mną są w stanie po nich przejechać i się nie zabić, dodawała odwagi. I przyznam, że jeszcze nigdy tak rzadko nie używałem hamulców na zjeździe w terenie.

Najciekawiej zrobiło się gdy odbiliśmy z zielonego szlaku granicznego w lewo. Tu momentami poziomice mocno zbliżały się do siebie, a chwilami teren osiągał nachylenie prawie 30%. Nie brakowało też niespodzianek w postaci przejazdu przez czyjeś podwórko między blaszanym garażem a domem ;) Oczywiście z kibicującymi mieszkańcami w pakiecie :D

Sporo było też odcinków po betonowych ażurowych płytach, na których osiągało się momentalnie duże prędkości, co kilka razy niemal spowodowało wypadnięcie z trasy. Szkoda, że prędkość zmuszała do wpatrywania się w trasę kilkanaście metrów przed przednim kołem, bo krajobrazy momentami, gdy wyjeżdżało się z lasu, aż prosiły się o zatrzymanie i zrobienie zdjęcia. Najciekawszy fragment zjazdu zaczynał się na ok 10 km, 500m za wspomnianym garażem. Po odbiciu w prawo teren błyskawicznie opadał, a nachylenie wg stravy oscylowało tam między 25-30%. Nie był to nawet zjazd, a zsuwanie się między drzewami i próby omijania całkiem sporych kamieni i korzeni w pozycji mocno wychylonej za siodełko. Na szczęście po ok 200m można było popuścić klamki, bo znów wypadało się na ażurowe płyty i po kilku ostrych zakrętach i jednym mostku już byliśmy na głównej drodze w Kosarzyskach. 

Miałem w głowie mapę, a na kierownicy przyklejony profil i wiedziałem, że nie będzie dużo czasu na odpoczynek, bo trasa zaraz odbijała w prawo i ostro pięła się w górę, najpierw asfaltem, potem po betonie, ażurami i w końcu leśną drogą. Drugi podjazd tego dnia, na kolejna słynną górę Niemcową, ponoć najcięższy, bowiem tak głosiły ustne przekazy śmiałków, którzy wystartowali i powrócili z poprzednich edycji. Prawie 4km wspinaczki, ponad 450m w pionie i średnie nachylenie 13%, już wiedziałem, że będzie bolało. Chwilami marzyłem by zamiast 22/34 mieć z tyłu co najmniej 42T. Ale jechałem. Póki się dało, gdyż kolejna legenda mówiła o stromym odcinku usłanym luźnymi kamieniami, który lepiej przejść, niż próbować przejechać. Długo go wyczekiwałem, a gdy się nie pojawiał, a my wyjechaliśmy na żółty szlak pieszy Piwniczna – Niemcowa, już wiedziałem, że zaraz będzie butowanie. Pamiętałem ten fragment z którejś z zimowych pieszych wycieczek w Beskid. Chwilę się z nim spróbowałem, ale rzeczywiście lepiej było popchać rower, choć na pewno grupka najmocniejszych zawodników przemknęła tędy jakby to była wycieczka po bułki. Dalsza część podjazdu, choć nadal stroma, pozwalała znów wpiąć się w bloki.

Na szczycie czekał bufet, z którego nie skorzystałem z racji jeszcze sporych zapasów w bidonach i pięciu żeli w kieszonkach, jak i dlatego, że przecież trzeba było cisnąć. Tu następował rozjazd dystansów i jednocześnie zaczynał się 8-kilometrowy zjazd do Rytra. O nim też słyszałem w samych superlatywach, czyli kamienie, korzenie i strome ściany w dół. Ale było też sporo wypłaszczeń, a nawet lekkie hopki, które brało się z rozpędu. Ten zjazd też znałem, ale w wersji zimowej i pieszej. Z pamięci co zakręt wyłaniały się obrazy czy to drewnianych chat przy szlaku, gospodarstw, charakterystycznych drzew. Po w miarę płaskim odcinku do Kordowca, kilkaset metrów dalej przelatujemy przez Kamienny Groń, gdzie nachylenie znów sięga ponad -20%. Cały czas udaje mi się trzymać blisko dwóch zawodników, Jacka Sołtysiaka z Hardej Hordy i Bartka Fetlera z Rowerowy Bytom, dzięki temu rzadziej dotykam klamek hamulców i zjeżdżam wyjątkowo szybko i odważnie jak na swoje umiejętności. Po wyjechaniu z lasu wpadamy na szutry, przelatujemy obok chyba najbardziej charakterystycznej miejscówki na żółtym szlaku, gdzie jeszcze niedawno obok drewnianej chaty stało okazałe drzewo z pochylonymi nad ścieżką konarami, a po którym pozostał tylko pęknięty pień, mijamy kilka domostw i z szutru wpadamy na asfalt. Tu szybko nabiera się prędkości.

W pewnym momencie asfalt skręca ostro w prawo, a strzałki wskazują prosto, tuż obok strzegących skrzyżowania strażaków. Szkoda, że żaden z nich nie ostrzegł, że zaraz przelecę nad dwoma schodkami i wyląduje na betonowych krzywych płytkach. Ale trening zjazdu po schodach z Wałowej w Tarnowie opłacił się i nie zabiłem się na tych tutaj. Z dużą prędkością wpadam na asfalt i po chwili już zaczyna się ostatnia tego dnia, (tak wtedy myślałem), wspinaczka. O niej też dużo słyszałem, najczęściej że jest długa nudna i że najlepiej żebym znalazł sobie towarzysza do rozmowy. Fakt, było to aż 11km powolnego wznoszenia się z poziomu 350 m n.p.m do wysokości 1130m zakończone 200-metrową ścianką pod Wielki Rogacz. Początek to parę kilometrów asfaltu, potem szeroki szuter, aż do przełęczy. I rzeczywiście, ciągnęło się to w nieskończoność, ale o rozmowach nie było mowy, bo zbyt często traciłem oddech, gdy szuter z łagodnego robił się na kilkadziesiąt metrów dość stromy i tak kilka razy. Szybko zrobiło się gorąco, ale południowy chłodny wiatr w twarz skutecznie orzeźwiał. Jechaliśmy cały czas w trójkę, ale koledzy byli dla mnie zdecydowanie zbyt mocni i próba utrzymania koła do samego szczytu mogłaby się źle skończyć, dlatego w pewnym momencie odpuściłem.

Na szczęście jeden z towarzyszy niedoli nie był z mojej kategorii wiekowej, a drugi jechał Fulla, więc nie musiałem za wszelką cenę się z nimi ścigać. Po prawie 50 minutach dojechałem do Przełęczy Żłobki gdzie znajdował się ostatni bufet, z którego znów nic nie zabrałem, choć wydawało mi się, że usłyszałem bardzo kuszące słowo – „piwo”, lecz nie wiem czy nie były to omamy słuchowe powstałe ze zmęczenia. Wiedziałem co zaraz mnie czeka – kamienista ściana płaczu. Ale nawet nie myślałem z nią walczyć. W tym miejscu od samego początku planowałem się zatrzymać i zrobić jedyne zdjęcie w trakcie ścigania tego dnia. Widok tak piękny, że warto poświęcić na niego te kilkadziesiąt sekund i podnieść głowę ponad przednie koło. Obejrzałem się jeszcze za siebie, nie było tam nikogo, więc spokojnie podreptałem do góry, gdzie znów wpiąłem się w bloki i ruszyłem w kierunku rozwidlenia na Niemcową. Tu na szlaku bardzo dużo pieszych turystów, którzy na szczęście schodzili na bok przepuszczając pędzących z góry kolarzy. A było się gdzie rozpędzić. Nawet dłuższy odcinek najeżony kamieniami, gdzie niemal wyrywało kierownice z rąk nie był w stanie znacznie spowolnić rozpędzonego w dół roweru. Jeden z segmentów na Stravie nosi nazwę „Skąd tu tyle kamieni?” ma 390m długości przy -18% nachylenia i idealnie oddaje trudność tego fragmentu. Po odbiciu z żółtego szlaku w prawo zaraz przed Niemcową, niedaleko miejsca gdzie znajdował się rozjazd dystansów, miał zacząć się już ostatni zjazd w kierunku mety – tak mi mówili. I owszem zaczął się, ale był to najbardziej męczący zjazd jaki jechałem.

Kolejna „legenda” zasłyszana od znajomych brzmiała dosłownie tak: „Trzy podjazdy, a potem z Niemcowej to już w dół do mety”. Taaa jasne… oooszukali mnie! Miałem wrażenie, że więcej podjeżdżam niż zjeżdżam. Na ok 38km wyrosła przede mną ponad kilometrowej długości ściana ze ścieżką wytyczoną zboczem opadającym głęboko w dół wąwozu. Tu już nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, łapały mnie lekkie skurcze i postanowiłem kawałek podprowadzić, co było błędem, bo wtedy skurcze łapały jeszcze bardziej. Ale po chwili wsiadłem i dokręciłem do szczytu mając znów nadzieję, że będzie ciągle w dół. Trasa lawirowała to w prawo to w lewo, a za każdą nawrotką 90* czekał kolejny mały podjazd. Ale były też momenty wytchnienia gdy wypadało się z lasu na łąkę i oczom ukazywały się piękne beskidzkie wzgórza. Za jedną z takich łąk, około 42km, pędząc szutrem, przelatywało się szybko obok domostw, przez pas drzew by wypaść na kolejnej i tam czekała niespodzianka w postaci zerwanej taśmy i strzałki kierującej w prawo. Oczywiście na prędkości poleciałem prosto zamiast skręcić ostro w prawo, ale zorientowałem się na szczęście po 10m i wróciłem na trasę, ale z tego co się potem dowiedziałem niektórzy zjechali kilkaset metrów zanim zawrócili. Zaraz po korekcie kierunku już leciałem szybkim zjazdem z kolejną ostrą nawrotką w prawo i dalej w dół do błotnistego strumyka. Tutaj następny nawrót i przenoszenie roweru przez gałęzie i krótki spacerek po mocno rozjeżdżonej przez ciężki sprzęt do wycinki drodze. Ale był to jedyny błotnisty odcinek tego dnia, więc nie można narzekać. Cały czas lekko w dół, droga bez kamieni, więc można było przyspieszyć, zwłaszcza, że meta powinna być już całkiem blisko. Jeszcze kilkukrotny przelot przez głębokie kałuże lub obok nich, o ile dało się je ominąć i po kolejnych dwóch ostrych zakrętach wypadam na szeroki szuter, który prowadzi wprost do asfaltu i ostatniej stromej wspinaczki pod hotel i do mety.

Przede mną nie ma nikogo, za mną też, więc trochę zwolniłem, by złapać oddech i sięgnąć po bidon. Po chwili już byłem na asfalcie i zaczął się ostateczny test wytrzymałości. Nagle w oba mięśnie dwugłowe jednocześnie złapał mnie skurcz.. pomyślałem „Nie no.. teraz?!”. Prędkość od razu spadła o połowę, czyli była bliska zeru, ale nie zatrzymałem się próbując na siłę przepychać korby i rozciągać skurczone mięśnie. Gdy wstałem na pedałach było jeszcze gorzej. Przez ok 100m siłowałem się z własnymi nogami i stromizną, ale przynajmniej napisy na asfalcie dopingowały, by przypadkiem się nie zatrzymać. Gdy puściło od razu przyspieszyłem, a kolejny przypływ mocy dostałem gdy oglądając się za siebie zauważyłem znajomego zawodnika, z którym konkurowałem chyba na każdej edycji. Za ostatnim zakrętem w lewo już było widać metę i ból stopniowo tłumił uśmiech. Ostatnie metry po trawniku i jest! Dojechałem i przeżyłem! :)

Nawet słowa Marcina oznajmujące przez mikrofon, że jestem trzeci w M3 nie trafiły do mnie od razu. Padłem na trawę i tak siedziałem dłuższą chwilę dochodząc do siebie. Potem był już tylko szok i niedowierzanie i mega radość z pierwszego w życiu podium :D :) Ostatnia tegoroczna edycja Dare To Be MTB Maraton okazała się edycją bardzo udaną i pod względem pogody, warunków na trasie, dyspozycji dnia i wyniku.

I wszystkie te zasłyszane „legendy” okazały się w pełni prawdziwe – były i budzące strach zjazdy i odcinające oddech podjazdy, męcząca psychikę wspinaczka z Rytra i długi „zjazd” z Niemcowej prosto do mety. I już nie mogę się doczekać by znów odwiedzić te wymagające szlaki, choć niekoniecznie w wersji wyścigowej, a bardziej turystycznie.

COMMENTS

DISQUS: 0