Daniel Pepla (Trezado Wolfpack) – Bike Atelier MTB Maraton, Kielce

HomeKomentarze

Daniel Pepla (Trezado Wolfpack) – Bike Atelier MTB Maraton, Kielce

Plan na weekend 36/2019
Wyniki – 15-18 sierpnia 2019
Amator donosi: “Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zaliczył gleby…” – Bike Atelier MTB Maraton, Żarki
Wojciech Halejak (JBG-2 CryoSpace) – Bike Maraton, Miękinia / Bike Atelier MTB Maraton, Rybnik
Wyniki – 13-14 października 2018

Ostatnie dni w firmie Trezado były bardzo ciężkie. Przygotowania do Targów Bike Expo Kielce wyczerpały mnie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Na treningi nie było czasu, miejsca i przede wszystkim chęci. Rower do Kielc zabrałem tylko jako ekspozycja na stoisko. Mój sprzęt, Monteria Barracuda zoopatrzony został w koła VYTYV przyodziane oponami WOLFPACK Race z przodu i w premierową, dziewiczą wersję Speed z tyłu.

Na czas Targów Barracuda powieszona na stalowych linkach, dumnie prezentowała oponę Wolfpacka Traila poprzeszywaną wkrętami, by świadczyć o przewadze systemu Tubelessi jakości opon Wolfpack oraz samego Trezado nad konkurentami.

Podczas spotkań handlowych na stoisku Trezado zerkałem tylko na lśniący jak nigdy dotąd rower i marzyłem jedynie o choćby krótkim treningu. Szans brak. Wieczorem uroczysta gala, z czerwonym dywanem, nagrodami i fanfarami, na której… otrzymaliśmy my, czyli Trezado, nagrodę “za wkład w rozwój polskiego MTB”. Po gali bankiet. Świętowanie z całą ekipą i przyjaciółmi. Trudny poranek i cały kolejny dzień na nogach. Szczęśliwie odwiedzali nas wyłącznie sympatyczni kontrahenci i czas płynął niezauważalnie w rytmie pytań o super nowość na oponiarskim rynku, technicznych aspektów związanych z Trezado i westchnień na widok powracającej marki Bike On Wax, której to chemię rowerową od niedawna dystrybuujemy. Wszystko byłoby łatwe, gdyby nie dzień urodzin szefa, przypadający właśnie dziś.  

Nie ukrywam, że noc była intensywna. Wielu przyjaciół i jeszcze więcej odśpiewanych “Sto lat!” oddalało w niebyt mój planowany jakiś czas temu start w Bike Atelier MTB Maraton. Wstając rano już wiedziałem, że brak szans nawet na przełknięcie śniadania, a co dopiero na wyścig :( W lichej formie prezentowałem nasze produkty i z żalem patrzyłem na krzątających się za oknem hali wystawowej kolarzy, których z każdą minutą przybywało. Do tego pełne współczucia i otuchy uwagi wczorajszego jubilata sprawiły, że czterdzieści minut przed startem wbrew wszystkiemu postanowiłem działać. Zacząłem działać błyskawicznie, nie było czasu na błędy.

1. Rower – ściągam koło z wiszącej na ekspozycji Baracudy, zmieniam ponawiercaną oponę na nowego Race-a. 80ml, Trezado Vanilla do wewnątrz i pompuję. Uff :) jak zawsze, parę ruchów pompką, prztyk prztyk i siedzi na rantach. Zestaw Wolfpack i VYTYV to skarb!!! Zakładam koło odcinam furę wiszącą na stoisku. Robię małą rundę, by rozprowadzić mleko w oponie i dalej gonię czas.

2. Ciuchy – pędzę do auta, łapię torbę i przebierać się na zapleczu stoiska. Gotowe. Jeszcze żele do kieszeni, trytytki, numer i na rozgrzewkę.

3. Czy mam wszystko??? Ciężko rozkręcić zimne nogi i głowę. Do tego to saharyjskie słońce. Bidon!!! Hamuję mocno wracając na halę, luz widelca bez podkładki nie ma wpływu na aspekty wizualne, na jazdę już tak. Z sąsiedniego stoiska załatwiam podkładkę i bidon. W sektorze ustawiam się trzy minuty przed startem :O

Większość zawodników na krótko, ja gdzieś na tyłach marznę w bluzie. Taśma w górę i szybki start z terenu Targów na kieleckie asfalty. Kilka skrzyżowań, rondo i w teren wjeżdżam na dobrej pozycji. Tempo rośnie, jednak nie moje. Konkurenci wyprzedzają mnie jeden za drugim, a to dopiero początek. Czołowa grupa, choć już mocno naciągnięta przez zawodników Elity ucieka mi bezpowrotnie. Później to już droga przez mękę, na szczęście, nie sapię na solo. Piaszczyste sekcje z lekkimi podjazdami pozwalają dogonić mi kilka osób, które grzęzną po chwili w piachu. Potem kolejne i czuję, że zaczynam się ścigać:) Na podjazdy o dziwo serce wchodzi na pełne obroty. Na długim podjeździe łapię się z kolejnymi, mocniejszymi zawodnikami. Na przegibku wychodzę przed nich na zjazd i zaczyna się zabawa. Jadę odważnie, opony gryzą zakręty. Rower jak przyklejony, w zakrętach podrzucam jedynie koło nad wymytą koleiną, zmieniając co chwilę stronę górskiej ścieżki. Na dole nie ma śladu starych kompanów, ale mam już dwóch następnych. Są zdecydowanie mocniejsi ode mnie, lecz nie mogę zaprzepaścić roboty jaką przed chwilą wykonałem. Ciężko utrzymać stałe, mocne tempo na falującej góra-dół trasie. Przetrzymuję kryzys, by na zjeździe ponownie zaszaleć. Te opony naprawdę dają inne możliwości. Przez moment zastanawiam się, jak bardzo można zaufać Wolfpackom??? Jednak to jak trzymają w zakrętach, na krótkich dynamicznych ściankach, czy choćby łatwość i kontrola podczas hamowania przed zaskakującym, stromym zakrętem wyraźnie mówią, że to oponiarski TOP! 

Po zjeździe do koła doskoczył mi już tylko jeden z rywali. Pędzimy razem po płaskiej już trasie, a gdzieś 30 sekund przed nami pracują czterej kolarze. Jest dobrze, kompan podkręca obroty, ja schowany na kole cierpię na nowo, ale już ze świadomością, że meta blisko, a pozycja jest raczej dość wysoka. Nagle hamowanie i konsternacja, bo nasza ścieżka skończyła się w krzakach. Wpadamy na sfrustrowaną czwórkę. Taśmy są. Dyskusje, chaos, a czas leci. Wracać, czy dalej w gąszcz?!?

Wracamy. Ruszyłem pierwszy i na świeższych nogach ciągnę grupkę. Jest taśma, dobry wybór. Widać zawodników przed nami, którzy nie pogubili się. Po chwili jesteśmy razem i wycofuję się na koniec. Mam dość. Patrzę dokładnie z kim mam przyjemność. Widać, że konkurenci są ogarnięci. Jedni mega skupieni, inni mają ciemno w oczach, a ja gdzieś po środku. Obserwuję rywali, oceniam. Każdy już czuje zapach mety. Najmocniejszy jest gość w czerwonym stroju TREKa, ale najcwańszy Tomek z BikeStore. Zaczynają się miedze i ścieżki jak z pumtracka. Ktoś się przewraca. Przejazd pod torami pełen wody i błota. Irytacja, ktoś rusza głęboką kałużą, ktoś biegnie, a ja prawą błotną koleiną. Ufam oponom i opłacało się. Oszczędziłem wiele sił. Patrzę jak większość męczy się przepychając miedzami zalepione błotem koła. Moje już dawno czyste. Jak wytrwam w grupie do asfaltu, to zyskam dzięki temu na nieuniknionym finiszu. Jadą bardzo mocno. Przed nami jest podobno tylko dwójka liderów. Jak na gumie, wielokrotnie na chwilę odpadam i wracam do gry.

Resztkami sił wpadam na asfalt i niweluję te niekończące się osiem metrów. Głęboko pochylony trzymam koło i staram się skoncentrować. Jeszcze rondo na, którym kontroluję gdzie kto się skrada. Ostatni zakręt i widzę, że miałem nosa. Zawodnik Bike Store niczym Sagan przeskakuje przez wysepkę i ścinając, optymalnie, zakręt na czym zyskał 10 metrów, rozpędza się jeszcze bardziej. Wszyscy depczą korby z całych sił. Niech gonią. Jeszcze czekam, jednak bardzo czujnie. Wiem, że “Saganowi” rady nie dadzą, a walcząc ze sobą łeb w łeb na długim finiszu, za chwilę nieco zmiękną. Jest mała luka z lewej. Teraz. Cisnę ile fabryka, choć miejsca nieco za mało. Krawężnik, brama 50 cm i rywal. Idę w ciemno, on się bujnął w prawo i przechodzę. Reszta walczy zaciekle, jednak już tylko między sobą. Odskakuję na kilka metrów i wpadam na metę czwarty open, tuż za spryciarzem z Bike Store Bielsko;) któremu serdecznie gratuluję zwycięstwa w mojej klasie.

Na mecie nie wierzę, że to może być prawda. Piątki z chłopakami, bufet, pierwsza strawa tego dnia. Myjka i szybko na halę targową do pracy. Bo bez pracy nie ma kołaczy.

Nie mam pojęcia jak można zrobić wynik w takiej formie, co prawda kiedyś po weselu wygrałem open maraton, ale formę miałem świetną i piłem jedynie czerwone wino. A teraz…

Zapewne pomogła mi w tym ośmiokilogramowa Monteria Baracuda i przede wszystkim lekkie koła VYTYV od Pawła Wojczala z oponami Wolfpack, które z pewnością wkrótce zaskoczą pozytywnie nie jednego z Was! Przyłącz się do WATAHY!!!

COMMENTS

DISQUS: 0