Amator donosi: “tylko las, cisza i BŁOTO” – MTB Cross Maraton, Miedziana Góra

Amator donosi: “tylko las, cisza i BŁOTO” – MTB Cross Maraton, Miedziana Góra

Amator donosi: “DNF, ale była walka do końca” – Bike Atelier MTB Maraton, Rybnik
Amator donosi: “przegiąłem, a za każde przegięcie w sporcie wytrzymałościowym płaci się podwójnie” – Bike Maraton, Miękinia
Amator donosi: Puchar Strefy MTB Sudety – Podziemia Osówki, Głuszyca
Amator donosi: “Banany wywołują mieszane uczucia” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Miedziana Góra
Amatorzy donoszą: “Jest lekki niedosyt…” Bike Adventure, Etap I

W sobotę zaczął padać deszcz. Niedziela rano przywitała mnie deszczem i to dosyć ulewnym. Jadąc autem na zawody śmiałem się sam do siebie „po co ja to robię, po co jadę, jak będzie taki gnój i deszczyk będzie kapał z nieba”, ale jak na prawdziwego amatora przystało nie wymiękłem.

O 10:00 byłem w biurze zawodów. Szybkie potwierdzenie zapisów, parasolka nad głowę i wypakowujemy rower. Całe 30 minut do samego startu padał deszcz. Zanim wsiadłem na rower byłem już mokry, w butach prawie chlupało… Na starcie była rozkmina z racji złych warunków na trasie, czy jedziemy długi dystans około 70 km czy krótszy czyli 40 km. Głosowanie wyłoniło zwycięzcę – długi dystans. Trochę się rozczarowałem, no ale, sam się na niego zapisałem więc nie ma co płakać, trzeba jechać.

Pierwszy kilometr rozprowadziła nas piękna skodziana po asfaltowych ulicach Miedzianej Góry (była to moja rozgrzewka :P). Tyle by było z asfaltowych odcinków na tej trasie, potem tylko las, cisza i BŁOTO! Patrząc na pogodę od początku założyłem, że nie będę omijać kałuż jak to mają niektórzy w zwyczaju. Po co to robić, skoro już na asfalcie każdy był mokry i brudny. Kałuże tylko zmywały błoto z nóg i rowerów. Zachowywałem się więc jak na prawilnego MTBridera przystoi, każda kałuża była moja.

Trasa sama w sobie nie była bardzo skomplikowana i trudna technicznie. Całą robotę zrobił deszcz, który ciągle padał, błoto na podjazdach zaklejało opony, a podczas zjazdów nawet z małych górek tylne koło latało jak po lodzie. Spowodowało to dość nieprzyjemny i groźny charakter trasy. To był największy wróg – nawierzchnia. Bardzo zdradziecka, śliska, skrywająca ostre kamienie i kawałki skał. Dwa najbardziej strome zjazdy postanowiłem nie ryzykować i sprowadziłem rower. Po co się zabijać, nie jechaliśmy o mistrzostwo Polski.

30 km był dla mnie przełomowy, poczułem na nim zanik energii, jakby wyłączyli mi elektrownie. Nagłe zrobiłem się głodny i zmarznięty. Jechałem w takim stanie dwa kilometry żeby doprowadzić się do porządku. Dobrze trafiłem z tym że ten odcinek trasy był dość płaski i nie trzeba było wciągać się na strome szczyty, tak jak było to na wcześniejszych kilometrach. Po zażyciu ,,narkotyków rowerowych” (żel, izo, żel), było całkiem spoko. Na 33 km minąłem kolegę, który eskortował syna na swoim debiucie! Im to szło dopiero ciężko. Niech się uczą od najmłodszych lat jak się jeździ, dobra robota chopaki!

Od tamtego momentu trasa była płaska, ale nadal niebezpieczna. Większość trasy do 38 km prowadziła drogami wyjazdowymi dużych sprzętów leśnych. Wyglądało to mniej więcej tak, że po obu stronach mieliśmy koleinę około 30-50cm głębokości, a zawodnicy jechali garbem między nimi, który pokryty był rozmiękniętą gliną i bardzo śliskim mchem, co powodowało tańce obu kół niezależnie od tego jak ostrożnie się jechało.

Dlatego do samego końca trzeba było jechać skoncentrowanym, to chyba męczyło najbardziej.

Ostatnia hopka przed wjazdem na kolejne kółko nie była taka straszna, przyjemnie się pod nią wjechało, niestety, ostatkiem sił. Po pokonaniu tego wzniesienia wjeżdżało się na asfalt, gdzie zaczynało się drugie kółko. Zażyłem więc kolejny żel, trochę rozluźnienia i można jechać dalej. Niestety i stety, organizator zmienił trasę i długi dystans przejechał tylko jedno kółko, czyli ponad 40 km i trochę powyżej 1000 m przewyższenia. Szkoda tylko, że nikt na żadnym punkcie pomiarowym o tym mnie nie poinformował więc cały czas jechałem tak, żeby przejechać te 70 km
w dobrym tempie. Spowodowało to, że na końcowym asfalcie zostałem wyprzedzony przez paru zawodników ze swojego dystansu. No i, na 24 startujących uplasowałem się na 17 pozycji, która
w ogóle mnie nie zadowoliła. Myślę, że na 12 pozycji bym dojechał.

Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Miedziana Góra zapadnie mi w pamięci bardzo głęboko. Takiego błota i ilości wody w butach już dawno nie uświadczyłem. Dojechałem do mety cały, bez gleby. Rower dostał po nosie, ale to normalne w takich warunkach, napęd pracował całą trasę na wodzie i piachu :)

Podsumowując, Miedziana Góra deszczową porą bardzo ładnie przyjęła wszystkich zapaleńców. Fajnie się jechało z ludźmi bez spiny i napinki na nie wiadomo jaki wynik. Każdy chociaż raz w sezonie powinien przejechać taki trudny pogodowo wyścig! Jedyny minus to wyżej wspomniany brak info o zmianie dystansu, reszta bardzo pozytywna. Oczekiwanie na dekoracje itp. to już standard na ŚLR, więc nie ma co wspominać.

Pozdrawiam, 5004!

COMMENTS

DISQUS: 0