Carpatia Divide: koszmar minionego lata, edycja Karpacka

HomeRelacje

Carpatia Divide: koszmar minionego lata, edycja Karpacka

Jak pisze organizator na stronie: „Wybraliśmy dla Was najlepsze ścieżki w Karpatach i ułożyliśmy je w niezapomnianą trasę liczącą niemalże 600km”. Wszystko to w formacie wyścigu bez wsparcia z zewnątrz, gdzie polegać można tylko na swoim przygotowaniu, kondycji i planowaniu. Każdy zawodnik wiezie ze sobą tracker gps, dzięki któremu na żywo można obserwować zmagania kropek na mapie w internecie. Oprócz walki z przeciwnościami losu, przewyższeniami rzędu podwójnego zdobycia Mount Everest (ok. 17 000 m) trzeba mieć z tyłu głowy tykający zegar, limit czasu na wszystkie atrakcje po drodze to 200 h.

Wychodzimy z bratem z założenia, żeby co roku w wakacje robić coś innego, w lecie 2018 pojechaliśmy Wisłe 1200. Ciężko powiedzieć, że nam się spodobało. Żeby nie skłamać i prawdy nie powiedzieć: jest coś co każe wracać do długich dystansów. Chociaż będąc już w środku tego piekiełka człowiek zarzeka się, że nigdy więcej. Tak więc 15 sierpnia zamiast na urlop pod palmy z drinkiem w ręku meldujemy się na start Carpatii Divide w Ustroniu. Po przeanalizowaniu trasy, żeby mieć komfort psychiczny cały kolejny tydzień po długim weekendzie lipcowym bierzemy wolny.

Jako że jesteśmy bliźniakami, to i sprzęty jakie będą nam towarzyszyć są takie same. Obaj jedziemy na Kross’ach Earth’ach 4.0 – karbonowych fullach na 29 calowych kołach. Model Earth dedykowany jest do nowoczesnej odmiany XC, gdzie coraz trudniejsze trasy wymagają od zawodników pełnego zwieszenia. Będzie więc to dla nich niezły test, jak sprawdzą się w bikepackingowym wyścigu z dodatkowym obciążeniem, kierowane przez chłopaków z płaskiego Mazowsza. Jedyną modyfikacją w stosunku do seryjnej specyfikacji jest przygotowany system bezdętkowy zalany mlekiem firmy Trezado.

Zapakowane Kross’y Earth gotowe do drogi

Jeśli chodzi o sprzęt bikepackingowy to Lechu stawia na komplet podsiodłówki i torby na kierownicę od PRO/Shimano, ja mam podsiodłówkę KTM’a i torbę na kierownicę czeskiej firmy Sport Arsenal. Staramy się spakować na lekko. Ktoś kiedyś mi powiedział, że to mało ważne czy śmierdzi się trzydniowym czy czterodniowym rowerzystą, więc biorę tylko jedną koszulkę rowerową na zmianę, koszulkę termiczną, bluzę i coś od deszczu.

O 10 ruszamy startem honorowym z centrum Ustronia, początek fajny, można pogadać z uczestnikami, powymieniać się spostrzeżeniami czy zainspirować się bikepackingowym set up’em. Strategia na pierwszy dzień to kamikadze, pojechać ostro, aż do odcięcia. W końcu tylko wtedy można zabłysnąć, potem czołówka pojedzie dalej, a my zaśniemy gdzieś w krzakach. Wszystko idzie zgodnie z planem, podobno przez chwilę byliśmy nawet 3 i 4, udzielamy wywiadów mamy swoje 5 minut chwały. Gdy się ściemni powoli opadamy z sił, gubimy trasę przez co musimy dodatkowo podjeżdżać. Na jakimś setnym kilometrze w trybie zombie z odłączonymi funkcjami życiowymi poza zasilaniem nóg rozbijamy skromne obozowisko w krzakach zaraz przy trasie. Rozkładamy jednorazowe namioty z folii NRC i w śpiworach zasypiamy na tyle zmęczeni, że nie ma nawet okazji na strach przed ciemnością czy dzikimi zwierzętami. Budziki nastawione na 5 rano będą musiały oznajmić pobudkę kilkukrotnie po licznych drzemkach. Wizja wygrzebania się z barłogu i całego dnia w siodełku brzmi tak 3/5. Ostatecznie ruszamy koło 7 rano wzajemnie się rozgrzeszając, że się przecież nie ścigamy tak na serio, a w ogóle każdy kto dojedzie do mety, to i tak wygrał.

Jakby to miało znaczenie: po lewej Stachu, po prawej Lechu

Drugi dzień to przede wszystkim Babia Góra Trails, na które koniecznie trzeba wrócić, bo nawet z zapakowanym rowerem sprawiają wiele frajdy. Nic wtedy jeszcze nie zwiastowało, że ten dzień przyniesie prawdziwą tragedię. Poszliśmy na pizzę, a żeby nie tracić czasu podczas oczekiwania, także szybkie zakupy spożywcze. Część pizzy wzięliśmy na wynos, w myśl postanowieniu, że nic nas nie obudzi lepiej następnego dnia jak kawałek placka pośrodku lasu, do tego puszka coli. Wszystko zapakowane w mały, zwijany plecak z Decathlonu na dochodzące podczas jazdy fanty. Jedziemy, trochę błota, długie podchodzenie z rowerem, techniczne zjazdy. Lechu się przewraca. W rankingu gleb jaki prowadzimy, wysuwa się na prowadzenie z wynikiem 3:1. Lechu Lechem, twardy chłop, ale pęka puszka coli i zalewa pizzę. Tego dnia nocleg znajdujemy na tarasie opuszczonego domu zaraz za Zakopanem. Spałem bardzo źle, budzę się co chwilę, myślę o smutkach minionego dnia. Rano jemy pizze o smaku coli.

Trzeci dzień zaczynamy o 6:30 asfaltowymi podjazdami za Zakopanym. To całkiem niezły plan, żeby na pobudkę zaplanować sobie podjazd, można się nieźle rozgrzać i rozbudzić. Mijamy Głodówkę, przejeżdżamy przez rzeki, wyjeżdżamy na Słowację. Za Szczawnicą jest trochę łażenia z rowerem, nie mamy parcia żeby podjechać wszystko, trzeba dać popracować innym mięśniom i raz na jakiś czas dać odetchnąć pośladkom. Robimy krótką przerwę na szlaku na jakąś przekąskę. W nieznanych okolicznościach obaj zasypiamy na jakieś pół godziny. Jak mówią doświadczeni ultramaratończycy: kryzys dnia trzeciego. Na wieczór wybieramy nocleg w Piwnicznej, zgodnie z wstępnym planem w okolicach połowy trasy chcieliśmy na chwilę wrócić do cywilizacji. Nabieramy sił, solidnie odpoczywamy i w drogę.

Powoli robi się bardziej bieszczadzko, tego dnia jedzie nam się całkiem nieźle. Trochę to już rutyna, a na pewno pomógł też nocleg w cywilizacji. W planie jest jechać dopóki starczy sił, nie zatrzymujemy się nawet gdy zapada całkowity zmrok. Od granicy z Ukrainą przychodzi nam jechać po bardzo trudnym, błotnistym terenie w gęstym, ciemnym lesie. W owych warunkach, gdzie nawet we dwóch czujemy się lekko nieswojo robimy krótką przerwę. Lechu idzie w krzaki za potrzebą i nagle słyszy gromki śmiech. Cóż to za pech, żeby trafić akurat w środku lasu na jakiś ludzi w tak krępującym momencie. Jedziemy dalej, mijamy tabliczki ostrzegające o niebezpieczeństwie spotkania niedźwiedzia. Podobno ktoś z zawodników widział odchody misia przy trasie co ewoluowało w żart, że jak zobaczył rozpędzonych zawodników to się zesrał ze strachu.

Kolejny dzień witamy po jakiś 5 godzinach snu zawinięci w folie nrc, namioty nrc i zwykłe śpiwory, gdzieś na łące w Bieszczadach. Pędzimy, czując nadchodzącą metę. Odcinek przed Cisną daje nam nieźle popalić, jest to w zasadzie szlak pieszy, gdzie na zmianę podchodzimy z rowerami lub zjeżdżamy z duszą na ramieniu. Tutaj tez dostaję brutalną lekcję, że podczas zjeżdżania warto trzymać korby równolegle do podłoża. Ja zjeżdżam w pozycji „nie chce mi się już, dajcie mnie tę metę” z korbami prostopadle do podłoża. Niższym pedałem zahaczam o schowany w trawie pieniek i ląduje kilka metrów dalej z twarzą w ziemi. Przynajmniej teraz nie będzie wątpliwości, który z nas to który. Przed Mucznem witają nas żubry ciekawie przyglądając się nam ze swojej zagrody. Ostatnia prosta i meldujemy się na mecie. Udało nam się zająć ex aequo 20 miejsce na 150 startujących z czasem 105 godzin i 43 minut na trasie. Żeby łatwiej wczuć się w klimat imprezy zapraszam też do obejrzenia instastories, które na bieżąco publikowaliśmy na profilu Kross Staff Team.

Wnioski jakie udało nam się wyciągnąć z tej przygody to, że wybór roweru z pełnym zawieszeniem to był strzał w dziesiątkę. Chociaż na starcie stanęli podobno ludzie na grawelach to nikt na mecie ich nie widział. Opony w systemie tubless to must have. Miałem wrażenie, że już na pierwszych zjazdach czułem zapach mleczka uszczelniającego. Może wyjdę na wybrednego (albo słabego technicznie), ale nie pogardziłbym sztycą myk myk, bo niektóre zjazdy, jeszcze z dociążonym torbą na kierownicy przodem to istne szaleństwo. Średnim pomysłem okazały się też podsiodłówki na fullach. Mimo, że mocno skompresowane i niby nie ocierające o tylną oponę, to zdarzało się jednak dobicie.  

COMMENTS

DISQUS: 0