Amator donosi: “Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zaliczył  gleby…” – Bike Atelier MTB Maraton, Żarki

Amator donosi: “Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zaliczył gleby…” – Bike Atelier MTB Maraton, Żarki

Amator donosi: “no, było to przepiękne!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Głuszyca
Amator donosi – Bike Maraton, Kielce
Amator donosi: “to mogło przejść tylko na mniejszych zawodach” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bielawa
Amator donosi: “Wiosna w pełni? Nie tym razem.” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Daleszyce
Amator donosi: “niektórzy narzekają, że ciężko…” – Kellys Cyklokarpaty, Przemyśl

Bike Atelier po raz kolejny zawitał na Jurze – czyli moje podwórko. Można powiedzieć, że na tych ścieżkach się wychowałem. Za każdym razem gdy tutaj wracam cieszę się jak dziecko. Rozjazd dzień wcześniej, po przepięknych okolicznych lasach (niestety nie było ich na trasie) dostarczył mi spokoju (i niezmiernie ucieszył oko). Miałem chwilę żeby zakorzenić plan na niedzielę: ruszyć na rowerze, przejechać, ukończyć na rowerze. Niczego więcej nie oczekiwałem.

W tym roku trasa zmieniona w 70%. Co dostaliśmy? Wszystko! Taka już to Jura jest. Cały przekrój nawierzchni: od polnej, szybkiej dróżki, przez szutry, asfalty, dukty z korzeniami, pola z kraterami, piach po pachy, błoto po kolana, sztajfy i super single. Co prawda, zaserwowana trasa nie wyciskała wszystkiego z okolic, ale uważam, że było w porządku. Dodatkowo, tak dobra znajomość trasy pozwala idealnie rozłożyć siły,

Start w tym roku odwrócony. Było szybko, ale spokojnie, jednak długo to nie trwało – po chwili pierwsza przeprawa przez pustynię. Mimo, że się jej spodziewałem i wiedziałem że jest objazd, to w ferworze walki o tym zapomniałem i wjechałem prosto w środek. Trochę mnie to spowolniło, ale zaraz się zrehabilitowałem i zacząłem gonić. W tym momencie peleton został już porwany na grupki. To dobrze. Nie lubię jazdy w tłumie (kto lubi?). Dalej mocno, bez oszczędzania, jadę w grupce 5-6 osobowej, współpraca się kręci. Do momentu niewielkiego upadku jednego z zawodników (chyba prowadził) na jednym z piaszczystych zakrętów. Trochę nas zastopował, ale taki jest ten sport. Nie rozumiem wściekłości innych (niektórych) osób. Niech rzuci kamieniem ten, kto nigdy zaliczył gleby…

Jadę dalej, jest ciężko, ale nie odpuszczam. Dawno nie czerpałem tyle frajdy z jazdy. W końcu jest dobrze! Ale jeszcze nie mówię “hop”, bo to dopiero połowa. Na jednym z singli zacina mi się napęd. W głowie wybuch wściekłości o sile bomby atomowej. Zatrzymuję się, przesuwam łańcuch ręką – rzeczywiście coś jest nie tak z dolnym kółeczkiem przerzutki, ale ruszyłem “wte i wewte” i zaczęło działać. Siadam na rower i jadę dalej, jeszcze kawałek singla na pocieszenie i głowa do góry. Niestety, postój kosztował mnie partnera do jazdy, ~30sekund i kryzys. Przez to, przed Niegową wyprzedza mnie kilku zawodników – nie udało mi się ich złapać. Od tej pory jadę sam. Szczególnie tracę na asfaltach prowadzących na otwartych przestrzeniach.

Dalej, jadę równo, na miarę swoich sił, maksymalnie szybko, ale nie w trupa. Po drodze jadę super wąwozem, o którego istnieniu zapomniałem, przestrzeliwuję jeden zakręt i w końcu udaje mi się dostrzec na horyzoncie kogoś, kto mnie wcześniej wyprzedził. Już od jakiegoś czasu obserwuję u siebie wzrost motywacji i morale, kiedy uda mi się namierzyć na horyzoncie “króliczka”, którego chciałbym złapać. Nie daję się jednak ponieść i jadę równo. “Króliczek” nie daje się łatwo dorwać. Meta już blisko, a ja nadal go nie mam, choć jest w zasięgu.

Myślę sobie, “rozegrać to na finiszu, czy zaatakować wcześniej”. Na ostatnim podjeździe widzę, że trochę osłabł, więc nie pozostaje nic innego jak przycisnąć. Do końca około 2km, lecę w trupa. On nie daje za wygraną, widzę, że nie odpuszcza. Jadę, jadę, licznik pokazuje tętno 195, mety njet, ogon nadal jest. Jeszcze dwa zakręty. Na jednym stoją dwie wesołe “kierowniczki” (pozdrawiam!), i o to jest! Upragniona meta!

Cel zrealizowany. Przejechałem wyścig od początku do końca bez (większych) problemów! Do tego gratis wpadło pudło!

Po złej passie, w końcu coś się udało. Motywacja rośnie (w końcu!). Co prawda, troszkę boli, że kiedyś takie wyniki kręciłem na Pro, ale doszedłem do wniosku, że Hobby to nie wstyd. Dopóki kontrolujesz to co robisz, czerpiesz z tego radość, to robisz to dobrze. Wpadłem chyba w pułapkę chęci szybkiego powrotu do dawnej formy – głowa pamiętała jak mocno można jechać, ciało nie dawało rady, co w konsekwencji osłabiało głowę, co powodowało spadek motywacji i brak treningu i koło zamknięte.

Jest już druga połowa sezonu, ja zasadniczo dopiero go zaczynam. I nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Byle do przodu!

COMMENTS

DISQUS: 1