Amator donosi: “czuć wzajemny szacunek i wspólny cel” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba

Amator donosi: “czuć wzajemny szacunek i wspólny cel” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba

Amator donosi: “srogie ściganie na decydującym etapie” – Gwiazda Południa, Zawoja
Amator donosi: “kolarstwo górskie to nie Formuła 1” – Bike Maraton, Miękinia
Amator donosi: “no, było to przepiękne!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Głuszyca
Amator donosi: “Po co to wszystko?” – Kellys Cyklokarpaty, Dukla
Amator donosi: “Rowerowy wybuch szaleństwa!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Zeszłoroczny powrót Bike Maratonu do formuły „ultra” w Szklarskiej Porębie był wydarzeniem, które przy zapowiedziach spotkało się z wielkim aplauzem. Głównie zwolenników słynnego „Pure MTB”, które „kiedyś to było, a nie to co dziś giga tylko 4 godziny jazdy”. Po starcie, pamiętam doskonale, pojawiła się fala krytyki – trasa nie ta, za dużo szutru, bonusy punktowe ustawiające „całą generalkę”. Ja starałem się być gdzieś ponad tym – starych czasów nie pamiętam, nie uczestniczyłem, a wolę, by wyniki z całego roku ustawiał start w Szklarskiej Porębie, niż tak jak co roku płaskie maratony, gdzie różnice między zawodnikami na mecie są dużo mniejsze. Byłem bardzo ciekawy, co organizator zaserwuje na tym razem.

Na początek, jak u spowiedzi, zgrzeszyłem – po to organizator robi duże imprezy, by uczestnicy zostali na dłużej niż kilka godzin. Za rok wrócę na cały weekend, obiecuję. Tym razem dodatkowego czasu przed i w trakcie weekendu brakowało, więc budzik nastawiłem na 4:10, 4:50 byłem już w pociągu, by móc na spokojnie zdążyć i ruszyć razem z sektorem Giga spod wyciągu o 10:00. Między 8 a 10 było jeszcze w miasteczku zawodów względnie pusto, więc minimum formalności i przedstartowych przygotowań poszło szybko i gładko.

Jedyny ból to sen ograniczony do 5-6 godzin. Nie czułem tego jeszcze, samopoczucie dopisywało, ale byłem świadom, że dla mojego organizmu to zdecydowanie za mało. Mimo, że obiecywałem sobie nie szarżować, konsekwentnie przebijam się naprzód, by nie tracić kontaktu z Top 20 zawodników i móc na poziomie zjechać legendarny fragment z dwóch mostów. Intuicja była właściwa. Tuż przede mną dwóch zawodników z Gdyni na widok głazów momentalnie zeszło z roweru, kawałek dalej minąłem paru zawodników na fullach.

Pierwszy i drugi bufet minąłem nieśmiało – bez zbędnego zatrzymywania się, uzupełniając jedynie na szybko płyny z (po raz kolejny wyrzuty sumienia) jednorazowych kubków. Na singlach Rowerowe Olbrzymy staram się być fair wobec kolegów (na starcie niestety tylko jedna kobieta, o czym dowiedziałem się po fakcie) i gdy widzę, że ktoś jest szybszy ode mnie, mówię mu o tym i go puszczam przodem przy pierwszej możliwej okazji. To, czego nie ma dystansie Giga Ultra to bezsensowna głupia spina o ułamki sekundy na zjazdach czy podjazdach – czuć wzajemny szacunek i wspólny cel. Super, że na tak dużej imprezie udało się zbudować koleżeński klimat. Obrazek nieco się burzy, gdy po raz pierwszy mijamy krótszy dystans. Tu również staram się być kulturalny i myśleć o bezpieczeństwie swoim i innych, ale sytuacje, gdzie różnice w prędkości pomiędzy uczestnikami są dwukrotne, z natury powodują stres i generują zagrożenie. Oby tego jak najmniej.

Druga pętla to klasyczny czas zwracania długów – płacę z odpowiednim oprocentowaniem za szarżowanie na pierwszych podjazdach. Doganiają mnie po kolei znajome twarze, z którymi ścigam się cały sezon i próbujemy sobie ucinać pogawędki, które dla mnie są już teraz coraz trudniejsze – zmęczenie, niewyspanie i… odwodnienie. Ledwo łapię z kontekstu słowa wymieniane w biegu, myśli nie trzymają się kupy. Względnie niska temperatura jak na początek lipca niestety zbiła mnie z tropu i nawet nie zauważyłem jak niedostatecznie uzupełniałem płyny. Czwarty bufet to akcja wielkiej dolewki do bidonów i z zatrzymania wypicie ponad 400 ml izotoniku na miejscu. Jeszcze mocniej zrzucam z tempa, do czasu aż odzyskam lepsze samopoczucie. Nadgarstki, ramiona, plecy, stopy, głowa, zdrętwiałe palce – łatwiej chyba wymienić części ciała, które jeszcze nie doskwierają.

Ostatni i najdłuższy podjazd pokonuję na rezerwach sił, ale daję radę. Jest mi niedobrze, na ostatnim bufecie zmuszam się do uzupełnienia kalorii, ale chęć dojechania do mety jest silna. Gdy w końcu widzę „5 km do mety” odzyskuję spokój i wiarę w siebie. Magicznej granicy 6 godzin nie udaje mi się złamać, ale zawody ukończyłem, postęp w wielu obszarach jest widoczny. I to dla mnie, amatora, liczy się najbardziej.

Wszystkie krytyczne uwagi z poprzedniej edycji wzięto sobie do serca, możliwe nawet, że aż za bardzo. Start w Szklarskiej zostaje jednak dłużej na pamięć i stanowi o wiele większe wyzwanie niż Miękinia czy Zdzieszowice i szkoda, że porzucono uwzględnianie tego w generalce. Dostaliśmy za to t-shirty, które stałym kolarzom amatorom klientom tylko zapychają szafę. Ja swojego nie odebrałem, a jeszcze w ramach wakacyjnych porządków pozbyłem się ponad 5 pamiątkowych chińskich koszuleczek.

COMMENTS

DISQUS: 0