Dlaczego nienawidzę E-bików, ale sam kiedyś takiego kupię

Dlaczego nienawidzę E-bików, ale sam kiedyś takiego kupię

Arek Trzciński: “ebike to nie jest chwilowa moda”
Dwa nowe aluminiowe rowery elektryczne od BMC
BikeDAY – alternatywa dla drożejącego paliwa
E-BIKE: Z prądem, czy pod prad?
Canyon Spectral:ON 7.0 – to widmo nie jest mroczne

Z pewnością znacie to satysfakcjonujące uczucie, kiedy długo coś ćwiczyliście, ale zauważacie u siebie wyraźne postępy. Weźmy na przykład mój przypadek. Daleko mi oczywiście do Nino Schurtera, ale niekiedy podczas treningu, podjeżdżając po raz n-ty z kolei pod górę, przemyka mi przez głowę myśl „Kurcze, ale zasuwam, jest moc”. I właśnie wtedy śmiga koło mnie uśmiechnięty i wyluzowany jegomość na e-rowerze, a cały czar pryska. Dla lepszej wizualizacji posłużę się teraz klasykiem reklamy telewizyjnej. Taaaaak…

Dyskusja na temat rowerów ze wspomaganiem elektrycznym jest zdecydowanie jednym z bardziej uniwersalnych tematów w każdym rowerowym towarzystwie, zaraz obok takich kluczowych zagadnień jak „full czy hardtail”, „dwie zębatki z przodu czy jedna” oraz absolutnego lidera przy wywoływaniu kłótni, czyli „SRAM czy Shimano”.

Wrogowie elektryczności zarzucają najczęściej, że E-bike’i stwarzają często zagrożenie na ścieżkach oraz szlakach rowerowych, gdyż oferują większe prędkości nawet niedoświadczonym użytkownikom. Unia Europejska próbowała wprawdzie poradzić sobie z problemem wprowadzając ograniczenie mocy silników oraz maksymalnej prędkości „wspomagania” do 25km/k. W rzeczywistości jednak, ściągnięcie kagańca nie stanowi żadnego problemu i w prostszych konstrukcjach zajmuje dosłownie kilka minut. Jeśli więc ktoś będzie miał ochotę, to i tak zrobi ze swoim sprzętem co będzie chciał (w zasadzie to ja prawdopodobnie uczyniłbym tak samo, bo niby czemu miałbym jeździć 25km/h, skoro niemalże nic poza kilkoma przepisami z Brukseli nie stoi na przeszkodzie aby jeździć 70km/h). Mówi się, że E-bike’i powodują nadmierną eksploatację szlaków i tras rowerowych, przez co np. Rychlebskie Ścieżki wprowadziły u siebie zakaz wstępu dla rowerów elektrycznych, o czym możecie poczytać więcej tutaj. Czy rzeczywiście jest to zasadne? Zarządcy „Rychlebów” wydają się pewni swojej argumentacji, a raz na jakiś czas można w internecie spotkać video w stylu poniższego. Pojawia się bowiem pytanie, na które odpowiedziała sobie wprawdzie Unia, jednak nie wszyscy przejmują się jej interpretacją, a brzmi ono: „Gdzie kończy się rower elektryczny, a zaczyna motocykl?”

Oprócz tego, elektryki są wciąż koszmarnie ciężkie, co nie jest problemem w użytkowaniu miejskim (chyba że trzymasz go w swoim mieszkaniu na czwartym piętrze), ale według mnie ogranicza mocno przyjemność z jazdy w terenie (na zjazdach, pod górę to wiadomo że jest fajnie). Argument o wadze jest zresztą moim ulubionym i z upodobaniem wyciągam go zawsze kiedy przychodzi do dyskusji na ten temat. No i serio, nie wmówicie mi, że facet, który mija mnie na podjeździe w pozycji Pani z reklamy Cisowianki, jedzie na minimalnym wspomaganiu i męczy się bardziej niż na klasycznym rowerze. To wszystko sprawia, że zawsze gdy z oddali widzę kogoś na niezłym rowerze, a następnie z bliska zauważam silnik przy korbie oraz „napuchniętą” ramę, uśmiech zawsze ustępuje miejsca grymasowi rozczarowania… Ale wiecie co? Problem nie leży w E-bike’ach, on leży… we mnie.

Moja przypadłość polega na tym, że jestem sportowcem. Dla jednych amatorskim, dla innych pół-zawodowym, nie ma to większego znaczenia. Ważne, że jestem nauczony i przyzwyczajony, że aby jeździć na rowerze szybko i sprawnie, musi boleć. Boleć na treningach, boleć kiedy odmawiam sobie słodyczy i innego syfu, wreszcie boleć podczas samej jazdy. To uczucie, że „ma być ciężko” jest dla mnie tak normalne, że w zasadzie już mi prawie nie przeszkadza, stało się częścią mojego funkcjonowania. Zresztą przejawia się to również w innych dziedzinach – chyba właśnie z tego powodu od pewnego czasu unikam gier multiplayer. Potrafię grać na luzie w FarmingSimulator, GTA V, Wiedźmina i wszelkie inne produkcje singleplayer, ale kiedy zaczyna się rozgrywka z innymi ludźmi… Jestem tryhardem, kiedy już zacznę, chcę zwyciężać, być w tym najlepszy i oddaję się temu często o wiele zbyt mocno. Wszystko w poczuciu, że muszę poświęcić swój czas i wysiłek aby uzyskać interesujący mnie efekt. I tutaj pojawia się mój wewnętrzny konflikt z E-bike’ami, kiedy nagle okazuje się, że wcale nie trzeba zarzynać się na treningach przez kilka lat, odmawiać sobie jedzenia itd., żeby móc w poczuciu komfortu jechać na kilkugodzinną wycieczkę po stromych górach. No i cała moja ideologia wywraca się do góry kołami.

Prawda jest taka, że E-bike’i są genialne. To wspaniała rzecz, a jeśli faktycznie mają jakieś wady to ich źródła należy doszukiwać się raczej w ich użytkownikach. Umożliwiają czerpanie frajdy z jazdy rowerem na zupełnie nowym poziomie, niedostępnym dla wielu osób. Są niesamowitym środkiem transportu, który nierzadko może być lepszym rozwiązaniem niż komunikacja miejska, samochód czy skuter. Głównymi czynnikami, które jeszcze ograniczają szybkość ich ekspansji jest cena oraz świadomość wśród konsumentów. Elektryki wciąż jednak tanieją wraz z rozwojem technologii, co przekłada się na nieustanny wzrost ich popularności. Do tego ich wykonanie i design również idą do przodu z nieprawdopodobną prędkością. Pamiętacie jeszcze te pokraczne konstrukcje sprzed 10 lat, z wielkim silnikiem w piaście oraz ogromną baterią podwieszaną w przednim trójkącie ramy i milionem kabli na wierzchu? To już relikt, a dzisiaj coraz bardziej trzeba się wysilić, aby odróżnić rower elektryczny od zwykłego. Nie tak dawno temu, Tomek w swoim tekście o E-bike’ach wytoczył tezę, że w przyszłości rowery elektryczne będą funkcjonować zupełnie obok jako osobna dziedzina, ale ja sądzę inaczej. Uważam, że E-bike’i w przeciągu maksymalnie kilkunastu lat przejmą niemalże całkowicie rynek rowerowy, pozostawiając jedynie wąską niszę, dla takich nieszczęśników jak ja, którzy lubią robić sobie pod górkę. Bądźmy szczerzy, jeśli się nie ścigasz, a rower jest dla Ciebie jedynie środkiem lokomocji (jak dla nieporównywalnej większości ludzi na świecie), to po co miał(a)byś się dodatkowo męczyć? Z resztą nawet jeśli lubisz rywalizację, to już teraz organizowane są zawody dla rowerów ze wspomaganiem. Już w tym roku podczas Pucharu Świata w Val di Sole, odbędzie się wyścig dla E-bików na trasie do XCC. Sad but true.

Oczywiście powyższe wizje nie są dla mnie szczególnie wesołe, mimo to jestem pewny swojego wyroku. Wiecie ile lat temu wypuszczono pierwszego iPhone’a? Dwanaście, TYLKO dwanaście. Jeszcze kilka lat temu „klasyczne” telefony z przyciskami były czymś zupełnie normalnym, obcującym równolegle z konstrukcjami z dotykowym ekranem. Jak wiele osób wciąż jeszcze takich używa? Jak wiele takich modeli wciąż się produkuje? Musi upłynąć jeszcze sporo czasu, zanim wsiądę na własnego E-bike’a, ale prędzej czy później to nastąpi, wiem o tym podświadomie. Nikt przed tym nie ucieknie, nawet ja.

COMMENTS

DISQUS: 0