Amator donosi: “byłem zmotywowany, aby ukończyć dystans PRO” – Bike Atelier MTB Maraton, Brenna

Amator donosi: “byłem zmotywowany, aby ukończyć dystans PRO” – Bike Atelier MTB Maraton, Brenna

REKLAMA
Amator donosi: “kto ze sobą wozi, ten się nie prosi” – Kellys Cyklokarpaty, Łopuszna
Amator donosi: “wynik poniżej możliwości zawsze boli” – Bike Maraton, Zdzieszowice
Amator donosi: to było MTB z prawdziwego zdarzenia – Mazovia MTB, Puławy
Amator donosi: “to była lekcja pokory” – Kellys Cyklokarpaty, Kasina Wielka
Amator donosi: “rzeź” zwana również “pure mtb” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Kolejny wyścig Bike Atelier MTB Maratonu, tym razem w Brennej, był zapowiadany jako jeszcze trudniejszy niż w zeszłym roku. Trasa przeszła mocny lifting, ale czy poziom trudności wzrósł? Nie powiedziałbym. Uważam, że był porównywalny.

Niemniej, trasa jak najbardziej mocna, ponad 2000m w pionie na 44km, na beskidzkich sztajfach do nieba (a może jednak do piekła?), po kamieniach wielkości telewizora daje w kość.

Start przesunięty wyjątkowo na godzinę 12. Nie rozumiem tego – wolałbym zmianę w drugą stronę.

Ruszyliśmy w samo południe. Dawno nie widziałem tak spokojnego startu, ale wcale mnie to nie dziwi. Początek po szerokim asfalcie, lekko w górę, kto potrzebował to powoli przebijał się do przodu. Pierwsza sztajfa. Od początku trzymam równe tempo, bez szarpania, uważając, aby nie stracić przyczepności. Niestety, ktoś z przodu traci równowagę i wszyscy za nim także – pierwsze pchanie. Twarde podłoże utrudnia dreptanie, ja i inni ślizgamy się co chwilę na kamieniach. Zaraz przed pierwszym szczytem słychać pierwsze grzmoty, potem spada trochę deszczu, ale zdecydowanie mniej niż bym oczekiwał. Lekko zwilżone podłoże stało się bardziej przyczepne – można było popuścić hamulce na zjeździe.

Forma zdecydowanie leży (ale przynajmniej egzaminy pozdawane ;)). Ostatnio jeździłem dystanse Hobby. Tym razem byłem zmotywowany, aby (jakkolwiek) ukończyć Pro. Na rozjeździe chwila zawahania, ale mówię sobie, że ten wyścig to przełamanie i powrót do regularnych treningów. Niestety, to był błąd, porwanie się z motyką na słońce. Dużą część podjazdów przepchałem. Kiedy już zacząłem z powrotem wchodzić na obroty, złapałem gumę – musiałem założyć dętkę. Parę kilometrów później łapię kolejną gumę – na coś najechałem. Nikogo w okolicy. Staję się głodny, a do bufetu jeszcze 4 kilometry. Pcham. Mija mnie kilku zawodników, lecz nie są w stanie mi pomóc. Docieram do bufetu – banan na podniesienie morale zawsze spoko. Pcham dalej. Na Starym Groniu dostaję dętkę – niestety coś w oponie jeszcze zostało i po chwili znów jadę na kapciu. Jakoś w końcu doszedłem do mety, zgłosiłem DNF i idę po kiełbaskę na pocieszenie…

Mimo wszystko mam nauczkę. Po pierwsze, lepiej sprawdzać sprzęt przed startem. Pod drugie, dokładniej sprawdzać oponę po kapciu. Przed startem jeść! Przez upał zjadłem mniejsze śniadanie niż standardowo, za co potem zapłaciłem.

Do przywrócenia formy jeszcze długa droga, ale takie maratony, mimo niepowodzeń motywują do pracy :)

COMMENTS

DISQUS: 0