Polskie wyścigi gravelowe – czy to możliwe?

Polskie wyścigi gravelowe – czy to możliwe?

REKLAMA
Shimano GRX – pierwsza grupa do graveli i rowerów wyprawowych
SHIMANO STEPS sterowany klamkomanetkami w gravelach i szosówkach
GT Grade Carbon Expert – szutry to za mało
Cannondale Synapse Carbon Apex 1 SE, na trójstyku kolarskich neuronów
Specialized Diverge

Stale rosnąca popularność rowerów gravel nie pozwala poprzestać na założeniach, że służą one do jazdy po drogach szutrowych i postawiona w tym miejscu kropka zamyka temat. Ich ogromna wszechstronność powoduje, że ilość wariacji na temat stylu jazdy i zastosowania, nie pozwala zamknąć graveli do jednej szuflady z określoną grupą docelową.

Mówiąc o rowerach gravel, myślimy wygoda, uniwersalność i wolność, bo niemal każda droga niezależnie od nawierzchni staje przed nami otworem. Do tego dochodzą wariacje na temat interpretacji samej jazdy. Dla wielu to fantastyczne rozwiązanie na prosty i lekki rower do bikepackingu, turystyki, wypraw czy po prostu wygodnej jazdy po mieście. Tak widzi to większość i bardzo dobrze, bo takie podejście otwiera oczy producentom. Na końcu tej grupy docelowej są jednak osoby z zamiłowaniem do ścigania, którzy chcieliby taki rower wykorzystać także do rywalizacji.

Z uwagi na fakt, że portal w założeniach traktuje o tematyce sportowej, warto przyjrzeć się tej odmianie kolarstwa z perspektywy sportu i ścigania, która jeszcze bardzo nieśmiało puka do drzwi polskiego świata „szutrowców”. W pierwszym tekście było sporo rozważań o sprzęcie i próba ujęcia w pewne ramy typowych cech, którymi odznaczają się rowery gravel. Spróbujmy teraz spojrzeć na to jak ściga się na takich rowerach „za miedzą” i czy takie podejście do tematu ma szanse na zdobycie wiernego grona fanów.

Gravel i endurance

Zacznijmy od magicznego słowa, które definiować będzie właśnie ten rodzaj rywalizacji. Rzecz po imieniu nazwana została określeniem Grinduro, czyli połączeniem słów gravel oraz endurance. Wiemy więc, że głównym założeniem jest właśnie owa wytrzymałość. Początki samej dyscypliny nie są jednoznacznie łatwe do określenia, aczkolwiek jedno jest pewne – idea narodziła się (wcale nie tak dawno temu) w Ameryce. Stany Zjednoczone uznane za ojczyznę graveli, również w dziedzinie sportu stanowią kolebkę ścigania się właśnie na tych rowerach. Potrzeba powstawała lokalnie po 2000 roku, w wielu historiach można znaleźć opisy grupy znajomych, która spotykała się jeżdżąc na rowerach górskich czy szosowych, którym wpadał czysto spontanicznie do głowy pomysł aby łączyć kilka dyscyplin. Tak powstawały pierwsze lokalne wyścigi, które łączyły cechy MTB i długich dystansów szosowych, a wszystko to przy wykorzystaniu niezliczonych kilometrów szutrowych i żwirowych szlaków, którymi usiane są Stany Zjednoczone.

Idea zakładała swobodne podejście do tematu, dużo improwizacji, nie trzymanie się utartych reguł i konserwatywnych zasad jakimi rządzą się profesjonalne wyścigi. Główną zasadą miała być dobra zabawa w gronie rowerowych przyjaciół, wśród których było miejsce dla wyścigowego golinogi w lajkrze, który stawał na starcie z brodaczem we flanelowej kraciastej koszuli na stalowym „rumaku”. Lokalne ustawki szybko zamieniły się w duże imprezy, albowiem amerykański rynek jak gąbka chłonie pomysły i wariacje na temat nowych gatunków kolarstwa. Bardzo szybko projekty wsparły duże rodzime marki i dziś możemy mówić absolutnie wyjątkowych wyścigach, które gromadzą co roku na starcie setki śmiałków.

Zasady jakie przyjęto w tego typu wydarzeniach dalekie były od idei rowerowej turystyki. Chodziło przede wszystkim o ściganie na długim dystansie i osiągnięcie mety w jak najkrótszym czasie. Dystanase zazwyczaj oscylują w okolicach 200-300 kilometrów, na pokonanie których zawodnikom powinien wystarczyć cały dzień.

Jak to robią za granicą ?

Najważniejszym i najbardziej znanym wyścigiem jest Dirty Kanza, rozgrywany w środkowej części USA, we wschodnio-centralnej części stanu Kansas. Impreza zapoczątkowana w 2006 roku zgromadziła na starcie 34 śmiałków, którzy podjęli wyzwanie długodystansowego ścigania po szutrowych drogach i bezdrożach. W latach gdy jeszcze w Polsce nikt o gravelach nie słyszał, ba nawet o kołach 29 cali w rowerach MTB, za oceanem rowery szutrowe z barankiem rosły w siłę. W efekcie czego Dirty Kanza przekroczyło granicę 2000 uczestników i stało się obiektem westchnień każdego wielbiciela takiego ścigania. Dystanse podzielone są na 25, 50, 100 oraz królewski 200 mil. To właśnie chęć rywalizacji na najdłuższej trasie przyciąga kolarzy jak magnes. Samo ukończenie staje się wyzwaniem, a meta prawdziwym zwycięstwem.

Trasa poprowadzona jest głównie po drogach szutrowych, ale nie brakuje też podjazdów, na których wielu kolarzy dziękuje za wynalazek kaset rozciągniętych do 42 zębów.  Wytrzymałość zawodnika oczywiście jest tu na pierwszym miejscu, ale swój udział w sukcesie ma także niezawodność sprzętu czy po prostu szczęście, które spowoduje, że usiana ostrymi kamieniami trasa nie podziurawi opon. Przyjętą zasadą jest brak pomocy z zewnątrz na całej trasie z wyjątkiem punktów kontrolnych rozmieszczonych co 50-80 mil, gdzie dozwolona jest pomoc techniczna swojej ekipy, która może na przykład dostarczyć zapasowe koło czy inne części. Organizator wprost zaznacza, że na tak rozległym obszarze należy zapomnieć o miastach i sklepach, gdzie można uzupełnić niezbędne zaopatrzenie. O picie i jedzenie należy zadbać samemu i być przygotowanym na jazdę z dodatkowym bagażem pomiędzy punktami kontrolnymi. Naprawy (najczęściej ogumienia) trzeba oczywiście wykonać samodzielnie. Aby podkreślić charakter wyzwania organizator nie przebiera w słowach, mówiąc wprost – Dirty Kanza 200 nie jest wyścigiem dla początkujących. Nie dzwoń do nas. Nie będziemy Cię ratować, organizator nie bierze odpowiedzialności za twoje bezpieczeństwo i dobre samopoczucie. Te słowa zamiast odstraszać, powodują, że co roku lista startowa wręcz puchnie od kolejnych chętnych chcących zmierzyć się z legendarną trasą. Popularność wyścigu stała się tak duża, że w 2018 roku swoich sił spróbował wielokrotny przełajowy mistrz świata Sven Nys oraz utytułowany niemiecki kolarz szosowy Jens Voigt. Obaj oczywiście emerytowani, ale na pewno nie posądzani o taki styl jazdy w wyścigu.

Niemniej ważnym i interesującym wyścigiem gravelowym stał się Barry-Roubaix. Mimo, że nazwa ma konotacje z klasykami europejskimi na północ od Paryża, wyścig odbywa się w USA, z bazą w mieście Hastings w stanie Michigan. Firmuje się jako największy wyścig gravelowy na świecie dedykowany dla każdego poziomu zaawansowania. Z roku na rok przyciąga coraz więcej chętnych, a w ostatniej edycji liczba uczestników przekroczyła liczbę 3500! Rozgrywany na znacznie krótszych dystansach, bo najdłuższa czerwona trasa liczy „tylko” 62 mile. Jego charakter jest mniej gravelowo-radykalny w stosunku do Dirty Kanza i ze względu na sporo odcinków asfaltowych, daje możliwość startu nawet na rowerze szosowym wyposażonym w szersze opony.

Listę europejskich gravelowych „klasyków” otwiera brytyjski The Dirty Reiver. Start zlokalizowany jest w samym sercu wyspiarskiego królestwa w hrabstwie Northumberland. Położony na granicy ze Szkocją region obfituje w malownicze pagórkowate tereny poprzecinane ogromną liczbą szerokich i równych dróg szutrowych. Wprost idealne miejsce do rozgrywania tego typu zawodów co roku przyciąga brytyjskich (lecz nie tylko) zwolenników zmagań z luźną nawierzchnią.  200 kilometrowa trasa ubiegłorocznemu zwycięzcy zajęła nieco ponad 7 godzin. Na próżno szukać można tam asfaltu, podobnie jak innych rowerów niż gravel/CX. Wprost trzeba powiedzieć, że Wielka Brytania to zaraz po USA europejska stolica graveli. Wyjątkowe walory terenowe oraz popularność szeroko pojętego kolarstwa sprzyja rozwojowi dyscypliny. Do tego sporo rodzimych producentów, od dużych firm po małe garażowe manufaktury produkujące gravelowe konstrukcje tworzą niezwykły klimat dla takiego ścigania.

Będąc przy wątku brytyjskim nie da się nie wspomnieć o słynnym wyścigu Three Peaks Cyclocross. Rozgrywany niezmiennie od 1962 roku wyścig stanowi jedną z najstarszych imprez dla fanów ścigania na rowerach przełajowych w zupełnie innej formule niż przewidziana definicją cyclocrossu. Trasa zlokalizowana w Parku Narodowym Yorkshire, we wrześniu każdego roku przyciąga przełajowców chcących się zmierzyć z trzema wzgórzami: Whernside (736 m n.p.m), Ingleborough  (723 m n.p.m) oraz Penyghent (694 m n.p.m). Wrzosowe góry usiane są pułapkami, uskokami i skałami, a cała trasa mogłaby być dedykowana rowerom all mountain, niż twardym przełajówkom czy gravelom. Mimo poziomu trudności, 3 wzgórza przyciągają niezmiennie od 60 lat rzesze fanów kolarstwa. Typowym dla wyścigu stały się obrazy długiego peletonu, który zamiast jechać, biegnie ze swoimi rowerami na ramieniu pod górę. Dystans oryginalnie od lat 60-tych wynosi 40 km, lecz czas jego pokonania przez najlepszych (około 3 godzin) wskazuje na trud tej trasy.

Polskie gravelowe podwórko

Jak sytuacja wygląda w naszym nadwiślańskim kraju? Niestety wciąż dość skromnie. Mimo, że grono sympatyków rowerów gravel rośnie z każdym rokiem, nadal jesteśmy młodym i wschodzącym rynkiem. O ile do świadomości kolarzy amatorów przebiły się fantastyczne inicjatywy lokalnych wyścigów przełajowych, o tyle długodystansowa jazda na rowerach gravel stanowi nadal egzotykę. 

Oczywiście świata gravelowego nie da się zaszufladkować, dlatego ściganie nie ogranicza się tylko do klasycznych jednodniówek w stylu Grinduro. Z pewnością gravele odpowiadają na potrzeby wielu miłośników bikepackingu i w to miejsce wpisał się pierwszy długodystansowy wyścig w Polsce, czyli Rowerowy Maraton Wisła 1200. Trasę wyznacza najdłuższa z polskich rzek, mamy więc do czynienia z każdym typem nawierzchni, od równych asfaltowych ścieżek, poprzez szutrowe wały, na piachu i leśnych singlach kończąc. Zasady mówią wprost – na pokonanie trasy w ramach wyścigu obowiązuje limit 200 godzin. Ponad 1200 km z metą w Gdańsku trzeba pokonać bez pomocy z zewnątrz, samodzielnie planując czas jazdy oraz snu i odpoczynku. Wyścig w swojej pierwszej odsłonie, czyli w 2018 roku zebrał doskonałe recenzje, a druga edycja to 400 zgłoszeń i wyczerpany już w lutym limit miejsc, pomimo, że start dopiero na początku lipca. Wprawdzie impreza nie narzuca nikomu typu roweru na jakim startuje, to jednak gravel wydaje się być stworzonym do takich inicjatyw, dlatego bez wątpienia to właśnie te rowery zdominują kolejne edycje. Wisła 1200 jest także przykładem bardzo szerokiej interpretacji wyścigu, czołówka nastawiona jest na wynik, gnając niemal bez przerwy i bez snu do mety, a inni spędzają wspaniały urlop przemierzając kraj od gór do morza, a największą nagrodą jest po prostu osiągnięcie mety.

Niestety póki co lista wyścigów gravelowych w Polsce zaczyna i kończy się na imprezie Wisła 1200. Znakomitą, choć nie wiedzieć czemu nie kontynuowaną imprezą był Cud nad Wisłą, organizowany przez Cezarego Zamanę znanego choćby ze stworzenia cyklu Mazovia MTB. Ideą miało być stworzenie polskiego Strade Bianche, czyli wyścigu szosowego rozgrywanego na drogach o różnej nawierzchni z przewagą szutrów. Po prostu klasyk. Jako miejsce wybrano wówczas drogi wokół podwarszawskiego Radzymina. Ponad 100 kilometrowa trasa nawiązywała do najlepszych europejskich tradycji. Rozegrano jednak tylko dwie edycje i impreza nie doczekała się swojej kontynuacji.  Niestety, piękna idea szutrowego ścigania rodem z najlepszych tradycji europejskich upadła szybciej niż wielu zdążyło się o niej dowiedzieć.

Dlaczego ściganie na gravelach miałoby być popularne akurat w Polsce? Z prostej przyczyny -ukształtowanie geograficzne. Niemal 80% terytorium naszego pięknego kraju to tereny płaskie i nizinne, które usiane są ogromną liczbą dróg szutrowych, a pagórkowate krajobrazy Mazur czy Kaszub ze swoimi jeziorami w żaden sposób nie ustępują tym z brytyjskiego The Dirty Reiver. Do tego dużo obszarów zalesionych, które znaleźć można niemal w każdym regionie (o ile nie zniszczą ich do reszty politycy), powodują, że mamy mnóstwo miejsc do rozegrania tych wyjątkowych wyścigów. Fakt, że większość obywateli i fanów kolarstwa jednak nie mieszka na południu kraju i w górach, powoduje, że grono odbiorców rowerów gravel jest takie jak Polska długa i szeroka. Powstają fora, grupy dyskusyjne w mediach społecznościowych oraz małe oddolne inicjatywy grupowej jazdy po szutrach. Uczestnicy dyskusji w każdym przypadku podkreślają, że gravel był właśnie tym czego szukali, nie pasując wcześniej do typowego opisu amatora szosy czy mtb. Śmiało można także zaryzykować tezę, że to właśnie gravele napędzają ostatnio słupki sprzedaży większości producentów, a to dowód na to, że amatorskie kolarstwo nie składa się tylko z szosy czy MTB. Ten segment będzie przyrastał w ogromnym tempie i pojawienie się pierwszych jednodniowych wyścigów po szutrach na dystansie 150-200 km wydaje się czymś naturalnym. Pytanie tylko kiedy któryś z kilkunastu profesjonalnych organizatorów obecnych na polskiej scenie dostrzeże i zagospodaruje ten sektor. Na pewno będzie pierwszym wygranym.

COMMENTS

DISQUS: 1