Filip Atłas (72D Windsport powered by OSHEE) – Metrobikes.pl MTB Cross Maraton, Masłów Ciekoty

Filip Atłas (72D Windsport powered by OSHEE) – Metrobikes.pl MTB Cross Maraton, Masłów Ciekoty

Filip Atłas (72D Windsport powered by OSHEE) – MTB Cross Maraton, Kielce
Filip Atłas (72D Windsport powered by OSHEE) – Ochotnica MTB 4 Towers, Ochotnica
Mateusz Mucha (72D Windsport powered by OSHEE) – Cyklokarpaty, Pustków Osiedle

Sezon letni zbliża się już wielkimi krokami do końca, większość cyklów albo już się skończyła albo kończy się w najbliższym czasie. Jak mówią, wszystko co dobre szybko się kończy. Tym samym przy dworku, w którym swoje młodzieńcze lata spędzał Stefan Żeromski odbył się ostatni etap tego cyklu Metrobikes.pl MTB Cross Maraton. Tegoroczna edycja obejmowała 9 startów. Mnie udało się wystartować tylko w trzech z nich i żałuję że nie była to większa ilość, no ale może w przyszłym sezonie.

Trasa z Masłowa jest mi znana z roku ubiegłego. W powietrzu polska złota jesień oraz jak zawsze piknikowa atmosfera. Ja w nogach odczuwam już trudy całego sezonu oraz coraz mniejszą ilość treningów. Jednak skoro już wybrałem się na wyścig, to przecież po to żeby dać z siebie wszystko, dobrze się bawić i rywalizować o jak najwyższą lokatę.

Start z niebezpiecznym żwirowym zakrętem, później chwila po polu i rozpoczął się pierwszy długi selektywny podjazd. Udało mi się zająć miejsce w czołówce, ale w połowie podjazdu, zanim zdążyłem się rozgrzać kilku przeciwników zdążyło już odjechać. Swoim tempem kontynuowałem zmagania z drewnianymi nogami. Na zjeździe dojechałem do kolegi z drużyny, a jednocześnie rywala z kategorii wiekowej, razem pokonaliśmy długi asfaltowy podjazd przy hotelu. Kuba za mocno rozpoczął rywalizację i teraz ewidentnie cierpiał, w końcówce został gdzieś za mną.

Później przestrzeliłem zakręt lądując na polu, szybka nawrotka i wracam jednocześnie goniąc jak i uciekając przed rywalami. Na długim asfaltowym zjeździe gdzie wolałem wciągnąć żela (mulącego o smaku caffe late) dogonił mnie Karol. Kolejny rywal z kategorii wiekowej. Wiedzieliśmy, że jedziemy na drugim i trzecim miejscu a ja pamiętałem, że to właśnie na tych leśnych duktach z głębokimi koleinami mój towarzysz uciekł mi rok wcześniej. Musiałem mocno zaciskać zęby, żeby nie puścić koła a rywal “czując krew” naciskał na pedały coraz mocniej. Na szczęście udało mi się przetrwać najmniej lubiany przeze mnie fragment trasy. Później klimatyczne single nad jeziorem, między ciasnymi drzewami, urozmaicające walkę na trasie dzięki trudnościom technicznym oraz pięknym widokom. Następnie długie leśne szerokie szutry, na których zgodnie współpracowaliśmy. Rywal narzekał na ból pleców, więc wiedziałem że to może być moja szansa. Psychicznie chciałbym odjechać, ale zmęczone nogi mówiły co innego. Po każdym mocniejszym naciśnięciu na pedały Karol trochę zostawał z tyłu, ale ja po chwili również musiałem odpuścić bo czułem że skurcz jest blisko. Wychodząc na zmianę naciskaliśmy na pedały ile sił w nogach z nadzieją, że uda się urwać rywala. Jak się domyślacie nic z tego nie wyszło. Ostatnie 8 km miało być z tendencją spadkową, wyjechaliśmy z lasu na szuter i widząc że gonią nas kolejni zawodnicy a do mety już blisko, zgodnie współpracowaliśmy.

Nagle niespodzianka, czyli przejście pod zamkniętym szlabanem i znowu skręt do lasu. Wyglądał jak wyjęty z “hobbita” lub innej fantastycznej powieści Tolkiena. W lesie brak ścieżek, była to jazda po zapadającym się, bardzo gęstym mchu oraz innych odmianach runa leśnego. Tutaj znowu ganialiśmy się jak dwa zające licząc na zerwanie z koła konkurenta. Las się skończył, pozostała długa asfaltowa prosta z hopkom oraz niebezpieczny prostopadły zakręt po kamyczkach.

Chwila czarowania i to ja jako pierwszy nie wytrzymałem napięcia. Karol szybko się zorientował i również ruszył (tu mógłby się znaleźć opis pasjonującej walki na ostatnich metrach o zaszczytne 2 miejsce w kategorii oraz bodajże 6 open, ale nie tym razem). Kibice krzyczą, doping jest naprawdę porywający a moje nogi… odmówiły posłuszeństwa i ze strasznym skurcze oraz krzykiem na ustach wtaczam się na metę jako przegrany.

Tym razem znowu musiałem uznać wyższość bardziej doświadczonego kolegi, ale tak przegrać to chyba żaden wstyd, jeszcze kiedyś się odegram. Ważne że konkretnie się ujechaliśmy, nie kalkulując tylko walcząc do samego końca.

Impreza bardzo fajna jak większość zawodów organizowanych przez Maziego, szkoda tylko że na koniec dla zmęczonych bikerów było tak mało makaronu i nie dla wszystkich wystarczyło pamiątkowych drewnianych medali “finiszera”. Ja się załapałem ale jeden z panów, który przejechał wszystkie edycje niestety takie medalu nie dostał. Stwierdziłem, że to on dużo bardziej niż ja zasłużył na pamiątkę i udekorowałem szyję Pana cennym krążkiem. Bardzo fajne uczucie, tak niewielkim gestem wywołać tak szczery i serdeczny uśmiech na czyjejś twarzy.

fot. IrmaS / ZSR “Pod Bartkiem”

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0