Amator donosi: “to była lekcja pokory” – Kellys Cyklokarpaty, Kasina Wielka

Amator donosi: “to była lekcja pokory” – Kellys Cyklokarpaty, Kasina Wielka

Amator donosi: “przewyższeń nie oszukasz” – Kellys Cyklokarpaty, Kluszkowce
Amator donosi: “byłem zmotywowany, aby ukończyć dystans PRO” – Bike Atelier MTB Maraton, Brenna
Amator donosi: “Prolog, czyli zaciśnij zęby i pełny gaz!” – Gwiazda Południa, Stryszawa
Amator donosi: “Czego chcieć więcej!” – Gwiazda Południa, Stryszawa
Amator donosi: “Tym razem ja się zachowałem jak dzieciak” – Bike Maraton, Świeradów Zdrój

Do Kasiny wybierałem się na “pewniaka”. Wiedziałem, że jestem w dobrej dyspozycji, rower idealnie przygotowany, a wyścigi w górach są moimi ulubionymi. Dlatego też na start jechałem pełen optymizmu. Biuro zawodów zlokalizowane zostało w bardzo malowniczym miejscu – u podnóża stacji narciarskiej i bikepark’u w Kasinie. Kolejną atrakcją dla kibiców i zawodników był dyszący parowóz, kursujący pomiędzy Chabówką, a stacją zlokalizowaną tuż obok miasteczka zawodów.

Sądzę że większość osób obserwujących rywalizację na Cyklokarpatach słyszała już, że na trasie było bardzo dużo “butowania”. Myślę że tylko kilka osób z czołówki nie zaznało tej wątpliwej przyjemności. Na dystansie Mega mieliśmy do podjechania “tylko” 3 podjazdy, a co za tym idzie, również trzy zjazdy oraz “skromna” hopka do mety. Tak zapowiadał, rozdawany w biurze zawodów, profil wysokościowy. W moim odczuciu było zupełnie inaczej. Cierpiałem już na pierwszym podjeździe, którego spory kawałek trzeba było pokonać na nogach. Myślę że lejący się z nieba żar miał wpływ na odbiór trudności trasy. Co za tym idzie, pot lał się ze mnie strumieniami. Pamiętałem o sumiennym piciu i jedzeniu, bo zaniedbanie tej kwestii mogłoby się źle skończyć w późniejszej części wyścigu.

Po zdobyciu szczytu Śnieżnicy nadszedł czas na pierwszy zjazd. Nadrobiłem kilka straconych pozycji, złapałem bidon na bufecie i stwierdziłem, że dalej to jakoś już pójdzie, bo zostały tylko dwa podjazdy. Nic bardziej mylnego. Teren znów zaczął się stromo wznosić, a kolejni zawodnicy mijali mnie z łatwością. Niektórzy wcześniej pomylili trasę, inni po prostu byli w lepszej dyspozycji. Znowu kilka fragmentów trzeba było pokonać pieszo, co dodatkowo mnie demotywowało.

Po ostatniej ściance, prowadzącej na szczyt Ćwilina, nadszedł długo oczekiwany zjazd. Na pierwszym ostrym zakręcie przydarzyła mi się mała kraksa i tu wszystko zaczęło się sypać. Ręce zaczęły cierpnąć, popełniałem kolejne błędy, byłem cały obolały i marzyłem tylko o bufecie. W międzyczasie trochę pokropiło, ale nie przyniosło to tak bardzo potrzebnego w tym dniu ochłodzenia. Przyznaję, że w głowie pojawił się pomysł o wycofaniu się z rywalizacji, w Mszanie Dolnej czyli przed ostatnim podjazdem i powrót na metę asfaltem.

To jednak nie w moim stylu. Jeszcze nigdy nie wycofałem się z wyścigu bez awarii lub kontuzji, więc po zatankowaniu bidonów i zjedzeniu kilku ciastek na bufecie ruszyłem dalej. Na podjeździe kolejni zawodnicy mijali mnie zarówno prowadząc rower, jak i przejeżdżając koło mnie sporo żwawszym tempem. Nie udało mi się utrzymać komukolwiek na kole, do tego zaczęły łapać mnie skurcze. Ręce okropnie bolały, a jedna z gałęzi chciała zerwać mi z głowy kask (chociaż nie jestem pewien czy nie chodziło jej o całą głowę). Jedyną cenzuralną myślą jaką miałem wtedy głowie było: “…, a ty rowerku jedź”. Na zjeździe toczyłem się podobnie jak na podjeździe. Było to bardzo deprymujące, ale wiedziałem że do mety jest już blisko.

Zaczynając ostatnią hopkę wąwozem spodziewałem się, że męczarnia nie potrwa już długo. Tradycyjnie, pomyliłem się i to grubo. Na samym początku podjazdu złapał mnie skurcz tak silny, że słysząc moje krzyki, mieszkaniec okolicznego domu przybiegł zobaczyć co mi się dzieje. Jedynym do czego byłem zdolny w tej chwili było opieranie się o rower i krzyczenie z bólu. Metę przekroczyłem siłą woli i dopingu znajomego oraz ludzi z miasteczka. To był już koniec męczarni. Jednak to nie jest koniec moich przemyśleń na temat tego maratonu. Może brzmi to wszystko dosyć sceptycznie, ale wpłynęło na to kilka czynników takich jak narastające zmęczenie ubiegłym tygodniem czy upał. Osobiście uważam, że trasie w Kasinie należy się przydomek “WIELKA”.

Z chęcią wrócę tu w przyszłym roku aby podjąć jeszcze raz to wyzwanie. Jednak mój wysiłek to nic wielkiego przy wyczynie jakiego w tym samym czasie dokonał Robert Karaś, wgrywając potrójnego Ironman’a, jednocześnie łamiąc granicę 31 godzin, czym poprawił poprzedni rekord o prawie godzinę. Wniosek jest prosty, każdy ma swój cel i dąży do jego osiągnięcia. Nie ma się co obrażać na organizatora za trasę, bo była ona prawdziwą górską trasą MTB.

Dla mnie nadszedł czas na małą regenerację, ale to na pewno nie jest koniec mojego sezonu. Widzimy i słyszymy się niebawem. Pozdrower! 😉

COMMENTS

DISQUS: 0