Tajwańczyk pedałuje przez świat. Z polskim wsparciem może jechać dalej

Tajwańczyk pedałuje przez świat. Z polskim wsparciem może jechać dalej

Puchar Strefy 2018 w ten weekend w Mieroszowie
Maja Włoszczowska startuje w PŚ w La Bresse
[PR] Udany start Gila na torze w Spa

Planowałem wrócić do domu w 2020 r., ale kto wie, kiedy to nastąpi – uśmiecha się Jacky Chen, który od 2015 r. jedzie na rowerze przez świat.

Przejechał już 36 tys. km i odwiedził 44 kraje, ostatnio dotarł do Polski. Tajwańczyk na dłużej zatrzymał się w Trójmieście, gdzie mógł liczyć na pomoc swojego przyjaciela i pracowników sklepu rowerowego.

Spał wśród kojotów na Alasce, w Kanadzie skradziono mu rower, a w Meksyku bagaże, w Turcji nie powstrzymał go śnieg. Po 36 tys. przejechanych kilometrów Jacky Chen dotarł ostatnio na rowerze do Polski, którą będzie dobrze wspominał. – Bardzo lubię Polskę i Polaków. Polska to kraj ze wspaniałą naturą, pięknymi lasami i przyjaznymi ludźmi. Mogłem liczyć na ich gościnę w Gorzowie Wielkopolskim i Gdańsku. Chciałbym zostać u Was na dłużej, ale moja wiza nie pozwalała mi na to – mówi 40-letni podróżnik z Tajwanu. W Polsce mógł liczyć także na pomoc pracowników sklepu rowerowego, bez której trudno byłoby mu kontynuować podróż przez świat. Rozpoczęła się w 2015 r., kiedy inżynier elektroniki z Tajpej rzucił pracę i zaczął spełniać swoje marzenie. – Chciałem dzielić się wrażeniami z całego pięknego świata z wszystkimi moimi przyjaciółmi i rodziną. Przeczytałem kiedyś książkę pewnego Japończyka, który też jedzie na rowerze przez świat. On wyznaczył mi kierunek. Może któregoś dnia ja też kogoś zainspiruję? – zastanawia się Jacky Chen.

Po kilku latach planowania i oszczędzania pieniędzy zapiął do roweru przyczepkę, załadował bagaże i na Alasce przejechał pierwszy z wielu tysięcy kilometrów. – Kiedy wrzucił post mówiący o tym, że jest na Alasce, dopiero dotarło do mnie, że faktycznie cały pomysł traktował poważnie – mówi Marcin Kalisz, gdański przyjaciel Jackiego, który poznał go wiosną 2015 r. w Tajpej. Nie przypuszczał wtedy, że trzy lata później będzie jego przewodnikiem po Trójmieście. – Razem z kolegą pojechaliśmy do Tajpej na targi elektroniki. Pewnego wieczoru zdecydowaliśmy się rozejrzeć po okolicy i szybko okazało się, że zgubiliśmy się w drodze powrotnej do hotelu. Zaczepiani na ulicy ludzie nie potrafili nam pomóc, bo albo nie wiedzieli, gdzie znajduje się hotel, albo nie znali angielskiego. Na jednym ze skrzyżowań zauważyliśmy rowerzystę. Pomyśleliśmy, że może zna okolice i będzie w stanie nam pomóc. Tak poznaliśmy Jackiego. Trochę zajęło, zanim dotarliśmy do hotelu, więc czas ten spędziliśmy na rozmowie – wspomina Kalisz.

Dowiedział się wtedy, że Jacky właśnie wraca do domu po dwutygodniowej wycieczce rowerowej dookoła wyspy. Następnego dnia Polacy skorzystali z zaproszenia nowo poznanego Tajwańczyka, który zabrał ich na wycieczkę po Tajpej, oczywiście na rowerach. – Jacky wspomniał wtedy, że za kilka miesięcy planuje wyruszyć w podróż dookoła świata. Powiedział, że podróż zajmie mu pewnie kilka lat, a relację z niej będzie można śledzić na jego fanpage’u, który od razu zaczęliśmy obserwować. Początkowo nie wierzyliśmy, że nasz nowy kolega faktycznie podejmie się założonego celu. W końcu któż z nas nie stawiał sobie w życiu celów, po które nie udało się sięgnąć – mówi Kalisz.

Najważniejsi są ludzie

Jak Jacky zapowiedział, tak zrobił. I nie żałuje. – Jazda na rowerze to inny rytm podróżowania. Nie tylko od miasta do miasta, można odkrywać małe wioski i poznać więcej ludzi – podkreśla. To właśnie ludzie, których spotyka na drodze, najbardziej zapadają mu w pamięć. – Zawszę mogę liczyć na ich pomocną dłoń – mówi, starannie przechowując wspomnienia z różnych stron świata. – Pamiętam każde miejsce, które odwiedziłem, ale najbardziej wyjątkowe są moje wspomnienia z Meksyku, na północy kraju stałem się bardzo znany – uśmiecha się.

Nie było mu jednak do śmiechu, gdy w Vancouver skradziono jego rower, który na szczęście policja odzyskała już następnego dnia, czy kiedy w Meksyku złodzieje pozbawili go większości bagaży. – Nie zniechęciło go to ani na moment. Myślę, że liczba tych miłych przygód oraz uprzejmość ludzi, z którą się spotyka, w stu procentach rekompensuje mu takie problemy – uważa Marcin Kalisz. Jacky nie trzyma się w podróży żadnego ścisłego planu. – Czasem spotykam ludzi, którzy chcą, żebym się u nich zatrzymał. Wtedy po prostu korzystam z zaproszenia. Czasami mam gdzieś umówione spotkanie z przyjaciółmi, wtedy dostosowuję odpowiednio trasę – mówi. Najczęściej musi jednak polegać na sobie. – Gdy robi się ciemno, zaczynam szukać miejsca, gdzie mógłbym rozbić namiot. Może to być gdziekolwiek, chyba że jestem z kimś umówiony – opisuje swoje proste podejście do kwestii noclegu.

W Kanadzie i na Alasce często spał w towarzystwie kojotów, które próbowały podkradać mu jedzenie, a niedźwiedzie na jego trasie nie były rzadkim widokiem. Największą przeszkodą do pokonania w podróży jest dla Jackiego pogoda. – Najgorsza była ta, którą zastałem w Turcji. Śnieg sprawiał, że trudno było jechać – wspomina. Jego podróż początkowo miała trwać 5 lat i obejmować ponad 100 państw, ale wszystko wskazuje na to, że potrwa dłużej. – Na początku planowałem wrócić na Tajwan w 2020, teraz myślę, że będzie to raczej 2021 albo 2022, ale kto wie, kiedy to nastąpi – uśmiecha się podróżnik.

Można zrozumieć jego beztroskę, gdy wiadomo, co liczy się dla niego w podróży najbardziej. – Zapytałem go, dlaczego niektóre z jego tras nie przebiegają przez miejsca najczęściej odwiedzane przez turystów. Odpowiedział, że jeśli znajdzie się takie na trasie, to oczywiście go nie minie. Jednak ważniejsi są dla niego ludzie i ich historie. Przykładem tego może być ślad, który pozostawił na mapie Polski. Przyjechawszy przez Gorzów Wielkopolski, dotarł do Gdańska, skąd przez Warszawę udał się do Augustowa i stamtąd dalej na Litwę. Mówi, że nigdzie mu się nie spieszy i po prostu chce korzystać z życia. Myślę, że są to wartości, których możemy się od niego nauczyć – uważa Marcin Kalisz. Swojego przyjaciela z Tajwanu ceni także za wielką determinację. – Nie znam nikogo, kto podjąłby się takiego wyzwania i trwał w nim konsekwentnie przez taki szmat czasu.

Spotkanie po latach i rowerowy ratunek

Śledząc poczynania Jackiego, Marcin Kalisz wiedział, że w końcu pojawi się szansa go spotkać. – Kilka miesięcy temu zapytałem go, czy planuje odwiedzić Polskę, a jeśli tak, to kiedy. Zapowiedział, że powinien dotrzeć do nas w drugiej połowie czerwca. Ucieszyłem się, gdy ostatnio zapytał, czy może do mnie wpaść – mówi. Po przejechaniu obu Ameryk i sporej części Europy dotarł do Gdańska. W czasie gdy witał się ze swoim polskim przyjacielem, trwały starania, by jak najlepiej zadbać o jego sprzęt, który odczuwał trudy wielu tysięcy przejechanych kilometrów. Jacky może liczyć w podróży na wsparcie Meridy, jednej z czołowych marek rowerów na świecie, którą łączy z Jackym wspólne tajwańskie pochodzenie. Pracownicy centrali firmy na Tajwanie nazywają go swoim przyjacielem, a on jest im bardzo wdzięczny za wsparcie, którego wiele razy doświadczył.

– Merida sponsoruje mnie, jeśli chodzi o sprzęt. Pomaga mi także dotrzeć do jej lokalnego sklepu rowerowego, gdy tego potrzebuję – wyjaśnia obieżyświat. Tak było i tym razem. Niezbędną pomoc uzyskał w sklepie Bike Atelier w Kartuzach. Największy problem stanowiły dla niego szprychy w kołach. – Mój bagaż jest chyba zbyt ciężki i często łamały mi się szprychy – mówi Jacky Chen. Specjalnie dla niego pracownicy Bike Atelier sprowadzili nowe koła dla jego Meridy, które powinny wytrzymać spore obciążenie.

– Kwestia kół i opieki nad nimi była dla podróżnika kluczowa. Otrzymał od nas instrukcję, jak sprawdzać w warunkach polowych „bicie” koła, napięcie szprych i w jaki sposób centrować koło, napinając luźne i popuszczając te bardziej napięte, by nie doprowadzić do zbytnich przeciążeń. Myślimy, że będzie teraz umiał zrobić właściwy użytek z klucza do szprych, który do tej pory tylko wiózł ze sobą. Poważniejsze prace dotyczące kół będzie mógł zlecić w serwisach rowerowych – tłumaczy Jan Kuptz, mechanik ze sklepu Bike Atelier w Kartuzach. Jego pracownicy nie poprzestali na wymianie kół i szkoleniach. – Używane koło przednie stało się dawcą szprych. 25 z nich upakowaliśmy we wsporniku siodła wraz z zapasową złączką do łańcucha, tak by Chen w razie kłopotów dysponował właściwymi częściami zamiennymi, a nie rzeczami o niepewnym zastosowaniu i jakości – podkreśla Kuptz.

 

W Kartuzach wymieniono Jackiemu także obie tarcze hamulcowe, zmieniając przednią na 180-mm, by zwiększyć skuteczność hamowania z przyczepką na zjazdach. Jego rower otrzymał też nowe klocki hamulcowe, łańcuch, owijkę i stopkę. – Wyregulowaliśmy biegi i hamulce, sprawdziliśmy stery i suport. Dokładnie umyliśmy rower Jackiego, a na koniec naoliwiliśmy ważne podzespoły sterowania i napędu. Na wieść, że kieruje się na północ Europy, podarowaliśmy mu także ciepłą odzież kolarską klubu GKS Cartusia w Kartuzach Bike Atelier i dorzuciliśmy oponę CST z systemem antyprzebiciowym, mając na uwadze ewentualne ostre szutry Finlandii, Szwecji czy Norwegii – opisuje Jan Kuptz.

Podróżnik bardzo docenił zaangażowanie pracowników sklepu z Kartuz. – Po odbiorze przetestował swój rower na obwodnicy Kartuz i podziękował nam, każdemu z osobna. Napisał także na swojej wizytówce po polsku „Dziękuję za Twoją pomoc” i poprosił o śledzenie jego podróży na FB. Na pierwszy rzut oka to bardzo niepozorna osoba, ale gdy przejrzy się jego fotorelację z wyprawy, zapierają dech przeprawy przez pustynię, wysokie góry, słone jeziora. Odwiedził też wiele miejsc, które są lub były centrami kulturowymi czy cywilizacyjnymi. Myślimy, że dopnie swego i doprowadzi wyprawę do szczęśliwego końca, czego mu serdecznie życzymy – nie kryje podziwu mechanik Bike Atelier.

Z podziwem wypowiada się także o Meridzie Jackiego. – Widać, że rower był używany zgodnie z przeznaczeniem, zadbany, utrzymany na poziomie, bez śladów nadmiernego zużycia, korozji czy złogów nieusuwanych brudów i smarów. Musiał być traktowany z szacunkiem należnym „wierzchowcowi”, od którego sprawności może zależeć życie czy zdrowie jego użytkownika – chwali Kuptz.

Polscy kibice Jackiego

Z uwagi na troskę o wierzchowca pobyt jego właściciela w Polsce przedłużył się, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. – Moi przyjaciele Marcin i Alek, których poznałem na Tajwanie trzy lata temu, bardzo dobrze zaopiekowali się mną w Gdańsku. Zwiedziłem razem z nimi Trójmiasto i jestem im bardzo wdzięczny – cieszy się Chen. Czas nad morzem mijał mu intensywnie. – Od przyjazdu Jackiego starałem się pokazać mu jak najwięcej. Mieszkam niedaleko Starego Miasta w Gdańsku, więc od niego zaczęliśmy zwiedzanie Trójmiasta. W kolejnych dniach Jacky miał okazję zobaczyć gdyńską promenadę, klify czy sopockie molo. Chciałem pokazać mu nie tylko miasto, ale również jego okolice, tj. Hel czy Wyspę Sobieszewska przy ujściu Wisły – wylicza Marcin Kalisz.

Jego przyjaciel z Tajwanu wzbudzał w Polsce ogromne zainteresowanie. – Każdy, kto poznawał jego historię, nie mógł wyjść z podziwu. Świadczy o tym także liczba pozytywnych komentarzy pod informacjami o nim w lokalnych mediach i wywiadami, których udzielił. Wszyscy bardzo mu kibicują. Ja też mocno trzymam za niego kciuki i jestem pewien, że znów się spotkamy – mówi Kalisz. Już wkrótce Jacky może zyskać nowych kibiców w innych częściach Europy. Z Litwy przez Łotwę dotarł do Estonii. Następne na trasie będą Finlandia i Szwecja, z której chce dopłynąć na Wyspy Brytyjskie. Po nich przyjdzie kolej na Francję, Afrykę i Azję.

Gdy wróci do domu, chciałby napisać książkę o swojej podróży i opowiadać o niej w szkołach. Już teraz może jednak udzielić rad każdemu, kto chciałby pójść w jego ślady. – Nie bój się, jeśli decydujesz się coś zrobić, cały świat będzie Cię wspierał. Nie jestem zawodowym sportowcem, jestem inżynierem. Nie jestem też bogatym człowiekiem. Jeśli mnie się udało, dlaczego nie miałoby się udać Tobie? Wszystko jest możliwe.

***
Śledź wyprawę Jackiego na FB – https://www.facebook.com/JackyChenGoOrDie/

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0