Amator donosi: “to jest ciężki maraton” – Kellys Cyklokarpaty, Kluszkowce

Amator donosi: “to jest ciężki maraton” – Kellys Cyklokarpaty, Kluszkowce

Amator donosi: “Prolog, czyli zaciśnij zęby i pełny gaz!” – Gwiazda Południa, Stryszawa
Amator donosi: to było MTB z prawdziwego zdarzenia – Mazovia MTB, Puławy
Amator donosi: “Pole, pole, łyse pole…” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Piekoszów
Amator donosi… Mazovia MTB w Legionowie
Amator donosi: “lokalizacja godna Mistrzostw Polski” – Bike Maraton, Wałbrzych

,,Maraton, po którym poczułem się jak po ciężkiej walce, a może nawet kilku ciężkich walkach, z czasów kiedy uprawiałem karate” – podczas układania kalendarza startowego na początku sezonu mój wzrok przykuła miejscowość Kluszkowce. Przypomniały mi się zmęczenie i osłabienie, które wywołały w tamtym roku trudy tej trasy. Od razu wiedziałem, że muszę zmierzyć się z nią również w tym roku.

Atmosfera kolarskiego święta towarzysząca Małopolska Joyride Festiwal, w ramach, którego odbywa się maraton, jest niesamowita. Sądzę, że żaden piknik, wyścig ani inna impreza rowerowa nie wprowadza tak pozytywnej atmosfery, jednocześnie jednocząc olbrzymią ilość pasjonatów różnych odmian jazdy na rowerze. Przez cały poprzedzający imprezę tydzień zapowiadane były burze, a właściwie na zmianę upał i burze. Pierwsza przetoczyła się przez pasmo Gorców w piątek w godzinach popołudniowych. Możliwe, że to właśnie zapowiadane warunki atmosferyczne spowodowały zmniejszenie frekwencji na starcie, a może zawodnicy po prostu boją się tej, jednej z najcięższych tras maratonowych w Polsce.

Na maraton pojechałem z trzema celami. Pierwszym było poprawienie zeszłorocznego wyniku, drugim pokonanie bez zsiadania z roweru przedostatniego na trasie, naszpikowanego luźnymi kamieniami zjazdu do Ochotnicy Dolnej, a trzecim podjechanie w całości podjazdu na Lubań.

Zacznijmy od początku. Kluszkowce przywitały nas piękną pogodą. Na starcie mniej zawodników niż w ubiegłym roku. Szybka rozgrzewka i start. Trasa, może oprócz delikatnych korekt, identyczna jak w zeszłym roku, czyli na Mega 53 km i 2600 m przewyższenia. Stawka szybko się podzieliła, ruszam dobrze, powoli mijając kolejnych zawodników z mojej kategorii. Interwałowa część po asfalcie, trochę terenu i pierwszy ciężki podjazd z bufetem w połowie. Podjeżdżam równym tempem, różnice między zawodnikami robią się coraz większe. Rozpoczynam szybki zjazd do Ochotnicy Górnej, nie jest on bardzo ciężki technicznie, ale nie można zapominać o koncentracji co właśnie mi się przydarzyło. Wpadam po ośki do kałuży przy dużej prędkości, zaliczam upadek i trochę się obijam. Nie spodziewałem się, że po jednej burzy może być aż tyle wody w kałuży i że może być ona aż tak głęboka.

W Ochotnicy na asfaltach dochodzi mnie trzech zawodników i drugi podjazd rozpoczynamy razem. Nie zapominam o piciu i jedzeniu, bo przy tak ciężkim i długim wyścigu to podstawa. Nasza mała grupa szybko się podzieliła, trasa po nabraniu wysokości przybrała charakter bardziej interwałowy trawersując szczyty Piorunowiec i Gorc. Krótki zjazd z tego drugiego i powtórka z rozrywki, znowu leżę w kałuży, tym razem z obitym lewym udem. Nie załamuje się, tylko jadę dalej – przecież nic mi nie jest. Nadszedł najtrudniejszy element techniczny na trasie, zjazd po kamieniach, który w całości pokonałem z d… za siodełkiem. Jestem zadowolony, ponieważ spełniłem jeden z celów.

Po zjeździe bufet i ostatni podjazd na Lubań, na którym rozpętała się burza. Ulewa zmieniła trasę w strumień. Nie udało mi się go podjechać, ale sądzę, że w takich warunkach jest to wręcz niemożliwe. Podjazd jest bardzo długi i stromy co przy ulewie skutkuje długim i mozolnym butowaniem. Jednak nie był to koniec przygód. Rozpoczynam zjazd, totalne błoto, nic nie widzę przez zabłocone okulary i kolejna gleba. Zjeżdżam kawałek trasy na brzuchu znowu się obijając i obdzierając. Przed samą meta przydarzył mi się jeszcze jeden upadek, i tak wykończony i cały obolały przekraczam linię mety usytuowaną pod górą Wdżar.

Czas, mimo upadków i ciężkich warunków w końcówce, względem zeszłego roku, udało się poprawić o 15 minut, co bardzo mnie cieszy. Na mecie nawet wyszło słońce. Zjadłem posiłek regeneracyjny, ogarnąłem sprzęt i do domu, bo w niedziele kolejny górski start.

Podsumowując, impreza dała ostro w kość, nie byłem jedynym, który konkretnie się poobijał, a tym bardziej nie jedynym, który konkretnie zmęczył się na trasie. Wielki szacun dla wszystkich, którzy podjęli wyzwanie i zmierzyli się z trasą. Sam fakt, że dystans Giga ukończyły tylko 22 osoby mówi o tym jak ciężki jest to maraton.

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0