Amator donosi: “Tak, dzisiaj będę narzekał.” – Bike Maraton, Zdzieszowice

Amator donosi: “Tak, dzisiaj będę narzekał.” – Bike Maraton, Zdzieszowice

Amator donosi: “przegiąłem, a za każde przegięcie w sporcie wytrzymałościowym płaci się podwójnie” – Bike Maraton, Miękinia
Amator donosi: “najcięższy podjazd w moim życiu” – Ochotnica MTB 4 Towers #2
Amator donosi: Gwiazda Południa #3
Amator donosi: “Niekończąca się wspinaczka” – Bike Maraton, Wisła
Amator donosi: “DNF, ale była walka do końca” – Bike Atelier MTB Maraton, Rybnik

Zdzieszowice kojarzą się uczestnikom z dwoma skrajnościami – pełnym słońcem i kwitnącym rzepakiem, ewentualnie błotem i jedną z mniej lub bardziej legendarnych edycji, podczas których rozcieńczona ulewami ziemia spływała potokami niczym lawa. Co jednak zostanie z tego wyścigu, zwykle jednego z pierwszych w sezonie, gdy spojrzymy ponadto? Płaska, niewymagająca trasa, gdzie na “giga” trzeba dowalić 90 km, żeby zwycięzcy nie przyjechali szybciej niż po 3 godzinach.

Tak, dzisiaj będę narzekał. Czuję że muszę, mimo tego, że jestem oddanym fanem Bikemaratonu i co roku uczestniczę w około 8-10 edycjach. Lubię też rzepak. Zwłaszcza od kiedy kupiłem rower szosowy co roku doceniam jego walory krajobrazowe. Lubię też mieć na zawody blisko – np. 1,5 h autem czy pociągiem, bo zarówno jednym, jak i drugim w podobnym czasie dostaniemy się z wielu miejsc do Zdzieszowic, w tym z Wrocławia, z Katowic z kolei w 1h.

No i tak wyszło, że na miejsce rano dotarliśmy szybko i bezproblemowo. Rower złożony, toaleta i rozgrzewka zaliczona, czaję się na otwarcie sektorów, ale te napełniają się jakoś powoli. O co chodzi? Ludzi mało, zwłaszcza w pierwszym, w którym tym razem dane mi było się ustawić. Jak się okazuje, Zdzieszowice w tym roku ukończyło około 1000 zawodników. Ile było DNFów? Tego się nie dowiemy dokładnie, bo np. jeden z zawodników Giga, który był zbierany z trasy został wpisany wśród finiszerów, ale o tym za chwilę. Cóż, wydaje się, że 1000 to dużo, ale to połowa rekordu frekwencji Bikemaratonu.

Wybija 11. Lokalna górnicza orkiestra, kolejny fajny klimatyczny smaczek, zagrała już niejeden utwór. Możemy ruszać na Górę Św. Anny. Jedzie mi się od początku dobrze, zjazdy pokonuję śmiało, spokojnie, stabilnie, bezbłędnie. Na płaskim łapię się grupek i razem kręcimy te kilometry mega i giga niczym chomiki w kołowrotku. I tak się toczy aż do 50 km, kiedy wywalam się na trawiastym slalomie między drzewami. Odczyt wskazuje 30 km/h, rzeczy porozwalane wokół mnie, w głowie aż zadzwoniło, ale kończyny i rower cały. Wiem gdzie jestem i jak się nazywam, więc jadę dalej. I nawet nie zdążyłem się solidnie otrząsnąć, gdy mijam kolegę w krzakach – czołowy zawodnik M3, z wybitną techniką, latami doświadczeń w XC, trener młodzieży i dorosłych, leży w krzakach. Są już przy nim medycy oraz auto terenowe, więc na widok jego zrezygnowanej miny tylko pytam, czy żyje. Bym zapomniał, zaraz za pierwszym bufetem dogoniłem dwóch zawodników z teamu JBG-2. Oni też się porozwalali.

Jakimś cudem kończę z bardzo dobrym jak na mnie wynikiem i wyjechałbym z Zdzieszowic z satysfakcją z rezultatu i złością na siebie, gdyby nie to, że zobaczyłem jacy “prosi polegli” na tej trasie. Został niesmak. Tak to już jest, że na to, jak szybko i skutecznie pokonujemy zjazdy składa się odwaga, technika, szczęście, no i sprzęt. Niestety jednak, na płaskich maratonach MTB spada radykalnie istotność techniki, a ze szczęściem bywa różnie. Prędkości są większe, więc bez niego konsekwencje bywają nieciekawe. Czy tak powinno być? Nie wydaje mi się, by to była kwintesencja XCM. Czy mam lepszy pomysł niż nieorganizowanie tego typu zawodów? Chyba nie, ale w tak dużym cyklu (liczebność uczestników, edycji, 18 lat tradycji), zlokalizowanym głównie na Dolnym Śląsku (+ w tym roku dwie wycieczki kawałek na wschód, jedna na północ), 3 zawody po płaskim na 11 startów w tym roku to dla mnie osobiście o dwa za dużo. Ma to sens w połowie kwietnia. W końcówce maja, czy w samym środku wakacji już dużo mniej.

Teraz pora zobaczyć, czy startujący zagłosują nogami. Już teraz jakoś tak pusto było. Miejsce i atmosfera rewelacyjna, zawody tutaj w takiej formule jednak po prostu są głupie. Ktoś może mi powiedzieć, że na Mazowszu jest jeszcze gorzej. Ok, ale jesteśmy na Dolnym Śląsku i ze względu na góry i rowery tutaj właśnie żyję, zamiast uganiać się za pieniędzmi w stolicy czy na emigracji w UK. Wiem również, że gleby zdarzają się także w górskich maratonach, często poważne, ale to jednak nawet inaczej brzmi “zawodnik X popełnił błąd na zjeździe słynnym żółtym szlakiem Y z szczytu Z do miejscowości W” vs “pokonały ich kamienie rozsypane na polnej drodze koło autostrady i wyboje w trawiastym lesie”.

COMMENTS

DISQUS: 0