Amator donosi:”Pogawędki z Mistrzem” – Bike Atelier, Ustroń

Amator donosi:”Pogawędki z Mistrzem” – Bike Atelier, Ustroń

Wystartował Tour de Bike Atelier – rywalizowano w Tychach i Kartuzach
Kostuch i Górska-Sierońska najlepsi w Tour de Bike Atelier w Kartuzach
Tour de Bike Atelier, Częstochowa – relacja
Kolarskie ściganie zimą – Rusza Tour de Bike Atelier 2018
Nowy sezon Bike Atelier MTB Maratonu – poznaj kalendarz startów

Była to już ostatnia edycja Bike Atelier Maratonu organizowana przez Dariusza Leśniewskiego i jego ekipę. Była to również jedyna możliwość na ściganie się w górach w ramach tego cyklu. Dlatego musiałem wystartować i sprawdzić czy coś zmieniło się od zeszłego roku. Była to jedyna górska miejscówka i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie ich więcej, bo organizacyjnie impreza stoi na najwyższym poziomie.

Dystans PRO liczył 50 km i 1500 m przewyższeń – nie jest to najtrudniejszy maraton w sezonie ale było co jechać. Start z okolic amfiteatru w Ustroniu wzdłuż Wisły, później kilka km płaskiego po asfalcie, tu zaskoczyło mnie spokojne tempo w pierwszej grupie. Wszyscy spokojnie, nikt nie chce ciągnąć – i nie ma się co dziwić, ponieważ po skręcie z głównej drogi czekał na nas długi i ciężki fizycznie podjazd.

Stawka od razu się porwała za sprawą kilku koni z czołówki. Od razu porobiły się różnice i każdy jechał swoim tempem. Po wdrapaniu się na grań kilka km interwałowo, później zjazd na którym mijamy kilku faworytów wyścigu z gumami oraz innych zawodników z problemami sprzętowymi. Niesamowite, kiedy pierwszy raz w życiu mijam maratończyka z ekipy VW krzycząc “lewa wolna”. Szkoda, że na zjeździe i przy jego problemach z kołem ale może kiedyś, kto wie kto wie… Zjazd jak dla mnie znakomity. Szybki dosyć kręty z odpływami poprzecznymi, ale wszystkie do przeskoczenia. Prędkość dochodziła do ponad 55 km/h. Na dole bufet i kolejny podjazd. Ciężki sztywny początek, który na rowerze pokonał chyba tylko Jacek Brzózka.

Po wdrapaniu się na szczyt, tym razem kamienistym podjazdem, kolejny zjazd do doliny. Tym razem również szybki, z większą ilością luźnych kamieni. Niestety spada mi łańcuch. Jak później się okazało było to szczęście w nieszczęściu, ponieważ dogania mnie właśnie Jacek Brzózka. Przejechaliśmy razem asfaltowy odcinek doliny i pół ostatniego podjazd na Równice. Niesamowity człowiek, mentor, mistrz, chce ze mną rozmawiać i to w dodatku rozmowa się klei. Dzięki temu zdobyłem jakże cenne i ładne zdjęcie oraz kilka rad. Wymiana spostrzeżeń na temat trasy, kolarstwa, doświadczeń i wiele innych. Był to dla mnie zaszczyt i wielka przyjemność podróżować w tak miłym towarzystwie.

Niestety złapał mnie kryzys i nie wytrzymałem tempa, co skutkowało samotną jazdą aż do mety. Na podjeździe jeszcze doping wycieczki szkolnej, trochę błota i szczyt. Dopiero tu czekał na nas najgorszy i najbardziej niebezpieczny moment na trasie. Na szczęście byłem na objeździe, więc wiedziałem co nas czeka. Zjazd sam w sobie nie był bardziej niebezpieczny niż pozostałe, ale poprzeczne rowy ze śliskimi pniami tworzyły go śmiertelnie niebezpiecznym. Mimo znaków ostrzegawczych kilka osób upadło, poobdzierało się i miejmy nadzieję, że nic poważnego nikomu się nie stało. To spore niedopatrzenie organizatora. Można było zrobić kładki albo położyć chociaż kawałek płyty osb, co ułatwiłoby przejazd i zminimalizowało niebezpieczeństwo.

Tak jak wspominałem do mety podróżowałem już sam, była to 10 km czasówka po asfalcie, po szutrach wzdłuż Wisły, jednocześnie pokonując mostki, kładki i schody. Nie było z kim współpracować, minąłem kilku zawodników z krótkiego dystansu, jednego z długiego w słuchawkach, który nie wykazywał żadnej chęci współpracy i tak skończył się dla mnie wyścig.

Jak okazało się na mecie udało się przyjechać przed najlepszym polskim narciarzem alpejskim Maćkiem Bydlińskim, dla którego wielki szacun za niezły wynik i umiejętności zjazdowe. Po czasach ze stravy można wnioskować, że zjeżdża tak samo szybko jak na nartach.

Organizacyjnie maraton wypadł bardzo dobrze, kilka minusów takich jak mała ilość myjek i ogromna kolejka oraz tragiczny posiłek regeneracyjny w postaci zupy z dwoma makaronami. Mimo to na kolejne górskie edycje wrócę z wielką przyjemnością.

Już nie mogę doczekać się kalendarza na przyszły sezon.

PS. Gratulacje dla wszystkich którzy ukończyli ten wyścig i dla zwycięzców w klasyfikacji na których na koniec podobno czekało specjalne pasta party.

COMMENTS

DISQUS: 0