Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Ełk

Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Ełk

REKLAMA
Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Mazovia MTB, Grudziądz
Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Puławy
Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Bike Maraton, Jelenia Góra
Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Mazovia MTB, Łódź
Bartosz Borowicz (APS Polska Cozmobike) – Mazovia MTB, Ełk

Trasa w Ełku spodobała mi się już w 2016 roku, dlatego i tym razem ta edycja Mazovii od razu zagościła w moim kalendarzu. Zapamiętałem ją przede wszystkim jako etap wymagający kondycyjnie, ale i bogaty w naprawdę ciekawe fragmenty.

W tym roku także nie zawiodłem się. Dystans giga liczył 79,5 km na którym Garmin pokazał 750 m. przewyższenia. W notce prasowej można przeczytać o porównaniu do górskich wyścigów… Nie przesadzałbym :) Każdy kto choć raz spróbował giga w górach wie, na czym polega różnica. Nie mówię, że Mazovia w Ełku była łatwa. Jeden z powodów, dla którego lubię serię Cezarego Zamany, to poziom sportowy. Zawsze, na każdej edycji, pojawia się konkurencja, która wyciska z każdego kilometra maksimum. Walka trwa od samego początku do końca, prędkości przelotowe bywają absurdalne, a trasy bardzo często zaskakują. Do tego jeszcze dochodzi aspekt nie tylko kondycji, ale strategii i umiejętności czytania wyścigów, a te są najczęściej bardzo dynamiczne. Mi to pasuje, a 20wyścig w Ełku był doskonałą okazją do walki nie tylko na moc i płuca.

Pogoda tego dnia nie była łatwa. Nie było może bardzo ciepło, lecz 29’C i stojące powietrze skutecznie dławiło nawet najmocniejsze silniki tego dnia :) Miałem czasem wrażenie, że ścigamy się w lekko zwolnionym tempie.

Trasa, choć niepozorna, dokładała od siebie co chwila szpilę. Z początkowej, sporej grupy zawodników, zostało nas czterech – P. Muśko, D. Perkowski, P. Car i ja. Nie odnotowałem u nikogo chęci do większych ataków czy akcji, kolejne “zmarszczki” i techniczne smaczki trasy dawały się we znaki z każdym kolejnym gorącym kilometrem. W końcu jednak zdecydowałem się przejąć inicjatywę i podkręcić tempo. Wspominałem o zwolnionym tempie… Tak też musiał wyglądać mój “atak”, bo przewagę zyskiwałem bardzo powoli, metr po metrze, zdawałoby się. Kiedy w końcu rywale zniknęli z pola widzenia na dobre, mogłem “jechać swoje”. W moje ślady poszedł P. Car, który pomału zaczął mnie dochodzić. Nie było sensu jechać “na smyczy”, liczyłem na współpracę i nie zawiodłem się. Zawodnik, na którego wcześniej w ogóle nie zwróciłem uwagi, okazał się niezłym koniem :) Ewidentnie zachował więcej siły i energii, do tego na kilka kilometrów przed metą mocno rozbolała mnie głowa. Wiedząc, że korzystam z pracy mocniejszego kolegi i walczę z nieprzyjemnym bólem, ustaliliśmy kto zgarnia wygraną w Open. Dla mnie było to najbezpieczniejsze rozwiązanie, bo i tak zgarniałem max. punktów do kategorii, a grzecznie siedząc na kole nie narażam się na znaczącą stratę punktów w Open. Sytuacja win-win.

Jak wspomniałem, trasa nie należała do trudnych, lecz na pewno do męczących, szczególnie przy panującej tego dnia pogodzie. Elementami kluczowymi były fragmenty rodem z XC, bogate w single, trawersy i “ścianki”. Do tego kilka ciut dłuższych, trzymających podjazdów oraz wpadka w postaci braku 2 z 3 zaplanowanych na dystansie Giga bufetów… (bufeto-wóz miał awarię. W zaplanowanym miejscu stał co prawda ktoś z obsługi próbując wręczać butelki, lecz było to tak absurdalnie niefortunne miejsce, że chwycenie i skorzystanie z butelki z wodą było bardzo trudne).
Do minusów można też zaliczyć “posiłek regeneracyjny”, który tym razem był serwowany przez inną firmę. Mam nadzieję, że to pierwszy i ostatni raz… Szanujmy jedzenie :)

Wyścig w Ełku można niewątpliwie zaliczyć do dobrych i udanych. Dystans Giga czyni wyścig znacznie bardziej wymagającym i zupełnie innym niż przejazd, który zapamiętałem z zeszłego roku na dystansie Mega.

COMMENTS

DISQUS: 0