Gondolierzy z Graubünden

Gondolierzy z Graubünden

Wyniki – 9-10 lipca 2016
[PR] Gunn-Rita Dahle Flesjaa rekordzistką wszechczasów
Plan na weekend 27/2016

Materiał powstał we współpracy ze Swiss Tourism.

Pewnie gdybym zapytał Was z czym kojarzy Wam się najbardziej Szwajcaria to zgodnym głosem byście odpowiedzieli, że z Nino. Zaraz potem pewnie Jolanda, Czekolada i słynne scyzoryki… Ok wiem wiem, niektórym z Was Szwajcaria co miesiąc może nie budzić zbyt pozytywnych skojarzeń, ale postarajmy się tutaj nie poruszać tego tematu.

Szwajcaria raczej nie jest popularną destynacją na kolarskie wypady. Wielu moich znajomych jeździ do Hiszpanii, Włoch, Austrii lub nawet do Norwegii, ale Szwajcaria raczej jest omijana. Dlaczego tak się dzieje? Zapewne większość osób odstraszają ceny. Czy Szwajcaria to naprawdę kraina poza zasięgiem? Oczywiście, że nie. Co prawda nie jest to najtańszy kraj na świecie, ale jeśli użyjemy tak popularnego wskaźnika, który stosujemy często w wyborze roweru czyli stosunek ceny do jakości, to sprawa zmienia się znacząco. Na początku lipca miałem okazję sprawdzić wspomnianą jakość i tu zaczyna się opowieść o gondolierach z Graubunden.

Zurych. Po niemal dwóch godzinach lotu z Warszawy jestem w Szwajcarii, teraz czeka mnie podróż trzema pociągami, by osiągnąć cel, czyli miasteczko Celerina. Kilka przesiadek wydaje się sporą misją, ale dość szybko przekonuję się, że kolej działa tu jak w szwajcarskim zegarku (no w sumie, ma to sens). Najbardziej w całym planie podróży pociągiem zastanawiało mnie to, że z Chur do Celeriny nie ma wiele kilometrów, a pociąg ma jechać dość długo. Ta trasa to część znanej lini Bernina Express, która jest wpisana na listę światowego dziedzictwa Unesco. Trasa wije się między górami, na półkach skalnych, jedziemy wiaduktami zbudowanymi w totalnie absurdalnych miejscach. Zaczynam mieć wrażenie, że jedziemy do Hogwartu, bo za oknem dzieje się naprawdę magia, a przecież jeszcze nawet nie jestem na miejscu!

Podróż dobiega końca na małej stacji Celerina. Miasteczko leżące w dolinie Engandin, ale wiecie to taka dolina, że jesteśmy na wysokości ponad 1600 m. Właściciel hotelu od progu mówi, że widzimy się za 15 minut na dole i nam pokaże co mają dobrego dla rowerzystów. Już wiem, że nie tylko kolej, ale ja też będę chodził jak szwajcarski zegarek, plan jest obfity i mało będzie nudy ;) Infrastruktura dla rowerzystów robi wrażenie, wypożyczalnia rowerów, dobrze wyposażony serwis. Są tutaj też szatnie, z których w zależności od pory roku mogą korzystać narciarze lub kolarze. Szafki mają wbudowany wyciąg powietrza, więc w razie czego ciuszki szybko wyschną. W międzyczasie mam okazję poznać dziennikarzy, którzy też będą sprawdzać co dobrego ma do zaoferowania Gryzonia. Towarzystwo jest mocno międzynarodowe: Australia, USA, Anglia, Holandia, Włochy, Czechy, Ukraina i silna reprezentacja naszego kraju w sile trzech osób. Po krótkiej prezentacji i małej integracji, pakujemy się do busa i jedziemy w kierunku Muottas Muragl – u podnóża góry jest stacja kolejki szynowo / linowej, no wiecie coś takiego jak na Gubałówkę, tylko że znacznie wyżej i po bardzo stromym zboczu. Wjeżdżamy na lekko ponad 2400 m, skąd rozpościera się wspaniała panorama na Engandin.

Z lewej strony widać górujący nad okolicą szczyt Piz Bernina (4049 m), a w dole widać w całej okazałości Sankt Moritz. Przez chmury przebija się słońce oświetlając góry w niesamowity sposób, słupy światła padają na szczyty niczym jupitery sceny koncertowej śledzące wokalistów na koncertach.

W tym miejscu poznajemy przewodników, którzy pokażą nam trasy rowerowe, wskazują nam mniej więcej gdzie będziemy jeździć. Myślę sobie, że jutro będzie dzień pełen atrakcji, przede mną kilka ciekawych ścieżek. Powoli zapada wieczór, czas wrócić do hotelu, wyspać się i być gotowym na górskie wyzwanie.


Celerina / St. Moritz


To co przeczytaliście powyżej, to chyba najdłuższy wstęp jaki kiedykolwiek napisałem. Przejdźmy zatem do sedna, bo o rowery przecież tu chodzi najbardziej. Rano czekają na nas już przygotowane rowery, poznajemy ekipę Herbert.Bike, która w okolicy dba o trasy rowerowe, organizuje wycieczki, szkolenia etc. Jest też Dave z Bike School Engandin. Jeszcze jedno małe omówienie tras, kilka wskazówek odnośnie zachowania się podczas jazdy i ruszamy. Daleko nie ujechaliśmy, może z pół kilometra i dojeżdżamy do stacji kolejki gondolowej. Wjeżdżamy na Marguns i zaczynamy jazdę w dół. Najpierw droga wiedzie szutrami, jest szansa poznać jaką mamy nawierzchnie i spuścić trochę powietrza z kół. Cały czas droga prowadzi trawersami, z których mamy wspaniały widok na St.Moritz. W końcu odbijamy na węższe leśne ścieżki, naturalny singiel wije się dość stromo w dół z kilkoma nawrotami, co jakiś czas pokazują się korzenie, ale zasadniczo trasa nie sprawa trudności. To dopiero przedsmak tego co nas czeka dalej. Dojeżdżamy do kolejnej stacji, tym razem jedziemy kolejką szynową na Corviglie. Tu czeka na nas trasa Corviglia Flow Trail, na samej górze widzę, że wzdłuż trasy kręci się sporo świstaków.

Dave tłumaczy, że zima była dość lekka i dlatego wiele z nich przetrwało, należy na nie zwrócić uwagę bo lubię pobiegać razem z rowerami. Tu już też zauważam, że trasy rowerowe są poprowadzone na osobnych ścieżkach niż szlaki piesze. Świetnie! Można skupić się na jeździe i ewentualnie na tym, by żadna krówka nam nie wyskoczyła zza drzewa, ale na szczęście ich dzwonki słychać z daleka. No to jedziemy! Trasa jest bardzo sucha, momentami można powiedzieć, że wręcz śliska. Nie jestem jeszcze do końca oswojony z rowerem, ale prawda jest taka, że przytłacza mnie trochę widok, trochę po prostu też nie jestem za dobry w zjeżdżaniu. Niczym jednak się nie przejmując jadę w dół swoim tempem. Bandy, hopki, sekcje pumptrackowe pokonuję dość zachowawczo, ale frajda jest niesamowita. Zjazd ma prawie 4,5 km i mniej więcej 400 m w pionie w dół.

Teraz już mnie więcej wiem, jak wyglądają tu trasy. Kiedy łapiemy kolejną kolejkę do góry rozmawiam z naszymi przewodnikami. Jestem pod dużym wrażeniem tego jak zbudowane są trasy. Panowie potwierdzają moje domysły, że mają sporą przychylność władz by znajdować nowe trasy, budować, poprawiać, no i przede wszystkim jest budżet na ich utrzymanie, bo ważni decydenci wiedzą, że rowery stanowią dużą część ruchu turystycznego i kolarstwo górskie dla Szwajcarii jest bardzo ważne.

Jesteśmy znowu na 2450 m i przed nami trasa WM Flow Trail w kombinacji z Fopettas Flow Trail. Zaczynam się coraz lepiej dogadywać z rowerem, ale nadal nie jestem w takim gazie, jak choćby Lars, który przyjechał tu z Holandii, a kiedyś startował w zawodach DH. Dla niego te trasy to jak plac zabaw dla dorosłych. Kiedy go obserwuję z lekkiego dystansu to jest przyklejony do ścieżki niczym wagonik na rollercoasterze.  To porównanie stosuję tu nie bez powodu, bo ta trasa właśnie tak wygląda, jest tu naprawdę wiele nawrotów, a nawet jedna banda gdzie jedziemy po ślimaku i trasa się przecina, niesamowite! Wyjeżdżamy na odcinki szutrowe i przed nami trasa Fopettas. Jesteśmy już znacznie niżej, jedziemy singlem wśród drzew, trochę korzeni. Dalej na trasie wyrastają north shore’y i kilka usypanych rock gardenów. Bardzo ciekawy odcinek zarówno dla niezbyt wprawionych, bo mogą tu się w dość bezpiecznych warunkach przełamywać technicznie. Kolarze o większych umiejętnościach będą mogli tu wybrać kilka wariantów na odcinkach drewnianych mostków, łącznie z możliwością skoczenia dropa.

Czas na małą przerwę, małe uzupełnienie wody i lekki posiłek bo na koniec dnia czeka nas coś ekstra. Przewodnicy zapowiadają, że pojedziemy w naturalne trasy, które są już dla większych MTB – freaków. Wskakujemy do gondoli i jedziemy znów do góry, to jednak nie koniec bo przesiadamy się na wyciąg krzesełkowy i jedziemy jeszcze wyżej! Czuję, że uszy mi się co chwile zatykają, a to by oznaczało, że jesteśmy wyżej niż dotychczas. Dojeżdżamy do stacji Las Trais Fluors, ja mam jednak wrażenie, że nie jechaliśmy wyciągiem tylko promem kosmicznym, bo krajobraz jest tu totalnie księżycowy. Zanim ruszymy trawersem w dół mamy do podjechania mały podjazd. Tutaj pierwszy raz w życiu czuję, co oznacza jazda na wysokości. Na szczęście po chwili trasa zaczyna prowadzić w dół. Widoki są tu naprawdę nie do opisania.

Jak na dłoni widać tutaj, jak zmienia się otoczenie w zależności od wysokości. Na początku tylko skały i ziemia, potem zaczynają pojawiać się łąki, by na sam koniec trasa wiła się w lesie. Ostatnie kilometry pokonujemy już zwykłymi asfaltowymi ścieżkami. Tego dnia doznałem na rowerze zupełnie nowego doświadczenia, jeździliśmy tylko w dół, zrobiliśmy do góry w pionie może z 20 m, a każdy i tak czuł się nieźle ujechany.

Pod hotelem czeka już na nas PostBus. Pakujemy swoje bagaże i udajemy się do Lenzerheide, idealnym dopełnieniem tego dnia jest podróż malowniczymi drogami, okraszona smakiem zimnego piwa. Kolejne dni zapowiadały się równie ciekawie i nie mogłem się doczekać kolejnych wrażeń.


Lenzerheide / Arosa


Wizyta w Lenzerheide nie była rzecz jasna dziełem przypadku, w ten weekend odbywać się tu miały zawody Pucharu Świata. Z samego rana ruszyliśmy na trasę, tak by zdążyć jeszcze po południu kibicować podczas DH. Tego dnia dane nam było sprawdzić nowość od BMC, nowy rower do cross country – Agonist 01. Rower świetny, aczkolwiek czekały na niego solidne trasy, można powiedzieć, że w klimacie enduro. Robimy małą rundę wkoło jezioro i tuż przy mecie trasy DH wsiadamy w gondolę. Jedziemy dłuższą chwilę, pod nami widać trenujących zawodników. Wjeżdżamy na Parpaner Rothorn, by po raz kolejny sięgnąć wysokości bliskiej 2800 m. Krajobraz kolejny raz jest typowo księżycowy, tu jednak gdzieniegdzie widać jeszcze śnieg.

Nawierzchnia tutaj, to w większości duże luźne kamienie, wiele stromych odcinków, ale po kilku minutach robi się bardziej płasko. Jedziemy drewnianą galerią na zboczu góry, może 200 – 300 m kiedy z niej wyjeżdżamy, każdy zatrzymuje się jak wryty. Przed nami duża dolina w dole w oddali widać jezioro. Po lewej szczyty mocno wyeksponowane z zarysowaną przez środek poziomą kreską. Szybko sobie uświadomiłem, że będziemy jechać tym trawersem i oczywiście się nie myliłem. Ta ścieżka może nie byłaby najtrudniejsza technicznie, gdyby nie widok jaki jawił się z prawej strony.

Wyobraźnia działa. To była dość trudna część, ale jakże satysfakcjonująca. Zwieńczeniem tego szlaku był widok lazurowego jeziora i jazda singlem tuż nad tym jeziorem. Dalej transfer szutrami by dotrzeć do stacji gondoli.

Po szybkiej podróży dwoma gondolami zaczynamy kolejny zjazd z wysokości ponad 2500 m. Po początkowych dość stromych i krętych ścieżkach, trafiamy na bardzo szybkie szutry, na których po chwili zaczyna się unosić zapach pieczonych okładzin hamulcowych ;) Dojeżdżamy do Bikeparku w Lenzerheide, tego dnia jest on mocno zblokowany przez zawody DH. W tej miejscówce mamy do wyboru pięć linii o zróżnicowanym stopniu trudności : FLOWline, STRAIGHTline, PRIMEline, SHOREline, STYLEline. Tu nasza jazda tego dnia się kończy, ale warto się jeszcze zatrzymać by powiedzieć kilka słów o samym Lenzerheide. W 2018 roku będą tu się rozgrywać Mistrzostwa Świata MTB, miasto jest totalnie nastawione na promocję za pomocą rowerów. Miałem okazję spotkać szefa promocji miasta, po którym od razu widać, że sam jest kolarzem górskim. W planach miasta jest dalszy rozwój bike parku, a także w najbliższej przyszłości planowana jest budowa tras typowo pod rowery gravelowe.

Kolejny dzień spędziłem na trasie wyścigu cross country, dopingowanie zawodników na takiej rundzie to prawdziwa przyjemność i wyścig śledzi się niemal jak na ekranie telewizora. Przygotowałem z tego dnia krótkie wideo, które mieliście już okazję widzieć na FB.


Flims


Flims lub jak mówią lokalesi “Flimsi”. Do tej pory mieliśmy niemal idealną pogodę, teraz aura stwierdziła, że pokaże nam trochę klimatu soczystego MTB i troszkę skropiła trasy, ale po nocnych opadach, nad ranem, było już bardzo ładnie. Ruszamy krótkim spacerem pod wyciąg, gdzie mieści się wypożyczalnia rowerów i szkółka techniki. Dostajemy solidne sprzęty z centrum TREK, dziś jeździmy na modelu Remedy 9.

Instruktorzy na początek chcą sprawdzić nasze umiejętności (później przekonamy się czemu). Na niedużym placu jest zmieszczone mniej więcej wszystko co może nas spotkać na trasie: nawroty 180 stopni, zjazd po kamieniach, hopka, banda, podjazd po korzeniach etc.. Okazuje się, że nie jesteśmy najgorsi i możemy iść na rower ;) Pakujemy się na jeden wyciąg, przesiadamy się na drugi, jedziemy kawałek trasą Runca Trail, ale po chwili łapiemy gondolę i jedziemy jeszcze w górę.

Wspinamy się na 2200 m i kolejny raz zaliczam szczękopad. Tu zaczynamy trasę zjazd, od razu widzę, że to żadna zbudowana trasa tylko naturalny singiel, na którym będzie trzeba się solidnie napracować. Kolejny raz zaliczamy trawers po mocno wyeksponowanym zboczu, później w niższych partiach są naprawdę trudne odcinki, gdzie po obu stronach mamy solidnie strome zbocza, żeby nie powiedzieć urwiska. Dalej w dół mamy coraz więcej korzeni, a na samym dole docieramy do końcowych partii Runca Trail. Na dole każdy jest solidnie ujechany, przerwa na naładowanie baterii.

Energia każdemu wróciła, więc ruszamy na wyciąg by zjechać pełną trasę Runca Trail. Na wyciąg wsiadam razem z Henrym z Angli i sobie rozmawiamy o wrażeniach z całego wyjazdu, bo zaraz przed nami ostatnia trasa. Henry podpytuje, czy myślałem o tytule publikacji z tego wyjazdu. W tym momencie nie miałem żadnego pomysłu, ale właśnie po chwili wpadłem na to, że jeżdżąc tutaj na rowerze jesteśmy własnie gondolierami. Infrastruktura “zimowa” w Szwajcarii została idealnie zaadaptowana na potrzeby rowerzystów, którzy w tym rejonie mogą się poczuć gondolierami kiedy “dryfujesz” zawieszony kilkadziesiąt metrów nad ziemią, kołysząc się w wagoniku, czy na ławeczce. No ale wróćmy na rower, dojeżdżamy do stacji wyciągu, musimy się przesiąść na kolejny, ale nie jest to możliwe. Nadchodzi chmura, pada deszcz i grzmi, wyciąg nie jeździ. Na szczęście obsługa mówi, że prognoza jest dobra i jak poczekamy 20-30 minut to pojedziemy. Czekamy, przestaje, wyciąg jedzie! Trasa Runca jest mocno mokra, nie odpalam już kamery bo to może być bez sensu. Faktycznie jest spore błotko, ale trasa szybko schnie i nawet jest fajna przyczepność. Pokonywanie band i zakrętów wydaje się łatwiejsze niż na sucho. W środkowej części, którą rano mijaliśmy są wygłaskane hopy, które zaczyna skakać nawet taki nielot jak ja. Trasa jest przygotowana naprawdę na każde warunki. Docieramy do sekcji nort shore’ów i tu mam obawy, ale przewodnik mówi, że nie mamy się czego obawiać, bo deski są odpowiednio zaimpregnowane i powinny być suche. Deski są suche, 15 minut po deszczu… można po nich spokojnie jechać, łapać bandy i rower ani myśli tracić przyczepności. Flow na tej trasie jest dla mnie niesamowity. Gdyby nie ten deszcz to wgramoliłbym się jeszcze raz! Niestety jesteśmy wszyscy dość mocno przemoczeni i jest już dość późno. To dla nas koniec rowerowania.

Czy poleciłbym Szwajcarię jako miejsce na wypad MTB? Uznam to za pytanie retoryczne. Gryzonia to jedna z tych krain, która jest rowerowym rajem. Jaka jest cena za wstąpienie do tego raju? Tutaj trzeba kolejny raz przyjrzeć się temu jak do rowerzystów podchodzi rząd Szwajcarii. W tej materii miasta dostają spore dotacje na aktywizację, by z zimowych kurortów stały się całorocznymi atrakcjami. Dzięki temu powstają takie grupy jak Herbert Bike, czy Bike School Endgandin. Takie grupy nie tylko budują trasy, ale organizują też eventy dla rowerzystów. W Gryzoni funkcjonuje około 70 hoteli, które nastawione na przyjmowanie rowerzystów (GraubundenBIKE hotels), wiele z nich ma swoje wypożyczalnie sprzętu, który jest na dobrym poziomie. Dzięki współpracy takich placówek z grupami organizującymi eventy można trafić na ofertę nocleg w hotelu + karnet na wyciąg za około 70 – 80 CHF za dobę. Wypożyczenie roweru, to koszt od 50 do 100 CHF za dobę za rower z pełnym zawieszeniem. W tej okolicy jest też sporo campingów, których ceny są jeszcze bardziej atrakcyjne, a standard dość wysoki. Czy to jest dużo, czy tanio to już każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Ja po kilku dniach spędzonych w Gryzonii wiem, że to idealne miejsce dla kolarzy górskich. W całym regionie jest ponad 4 tys km specjalnie oznaczonych i przygotowanych tras. Tras naturalnych jest prawie 17 tys km. Może nie stanie się to dziś lub jutro, ale myślę, że z podejściem to tematu jaki prezentują Szwajcarzy, Gryzonia i pokrewne krainy będą coraz częstszym celem wizyt kolarzy górskich. W ramach ściągnięcia turystów w tamte rejony widać, że jest ogólny trend obniżenia cen, by pokazać wielu osobom, że Szwajcaria to nie tylko najdroższe kurorty zimowe, ale też przystępne miejsce dla kolarzy w lato. Po takim pobycie, w tym kraju i w tych górach cały fenomen Nino Schurtera i reszty szwajcarskich zawodników i zawodniczek przestaje być taki zaskakujący. Tutaj chyba ciężko być słabym na rowerze ;)

Przed wyjazdem byliśmy proszeni, o używanie w swoich postach w social media jednego specyficznego hasztagu, teraz bez żadnej namowy mogę stwierdzić, że jestem #inlovewithswitzerland

Przydatne linki:

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0