Amator donosi: „najtwardszy metal hartuje się w najgorętszym ogniu” – Bike Adventure #1, Szklarska Poręba

HomeRelacje

Amator donosi: „najtwardszy metal hartuje się w najgorętszym ogniu” – Bike Adventure #1, Szklarska Poręba

Rowerowa przygoda roku zagościła w Szklarskiej Porębie i w moich magicznych Karkonoszach. Bez chwili zawahania robiłem wszystko, żeby pojawić się tu po raz drugi, żeby znów doświadczać tego, co natura ma w sobie najpiękniejsze. Wolność, dzikość przeplatana ze spokojem i ta nieprzewidywalność, która hartuje ducha i pozwala uciec choć na chwilę do samopoznania i zastanowienia się, kim naprawdę jesteśmy. Tylko tutaj, w górach mogę zaprowadzić spokój wewnętrzny i dać upust emocjom, które zbierają się w codziennym życiu, gdzie często pośpiech, stres, masa myśli nie daje człowiekowi po prostu być sobą. No, ale teraz nie czas na sięganie w głąb mojego umysłu, tylko to co dzieje się tu i teraz wokół nas.

Najbardziej zapamiętanym przeze mnie momentem na pierwszym etapie BA była nagła zmiana pogody, która totalnie zmieniła charakter tego wyścigu. Na początku słonecznie, temperatura odpowiednia do kręcenia i lekki wiatr, który ostudził mój organizm. Do czasu aż wjechałem na stóg izerski i poczułem, że już najgorsze mam za sobą, pojawiła się ona, ulewa o kroplach, niczym igły, bo lekko zmrożonych, pokryła nasze wyletnione ciuszki wodą i tu zaczęła się dopiero przygoda. Przypomniał mi się zaraz zeszłoroczny Bike Maraton w Świeradowie Zdroju, tylko tam miałem dodatkowo pelerynkę i choć trochę kryła mnie od utraty ciepła. Myślę, że każdy z nas walczył wtedy bardziej z samym sobą niż z trasą.

Na szczęście do mety pozostało około godziny jazdy, więc nie najgorzej i patrząc też na turystów pieszo przemierzających szlaki w kierunku szczytu, wydawało mi się, że nie tylko ja mam tak źle. Źle w butach, źle w nogach i bardzo źle w głowie :P Pisząc wprost, jesteśmy trochę rowerowymi świrami. Powrócę trochę do smaczków tego etapu. Były to trzy bardzo techniczne zjazdy w trzech standardowych kolorach: zielony, czerwony, żółty. Bardzo absorbujące, nie pozwalały na chwilę nieuwagi, czy spadku koncentracji. Pomiędzy monotonnymi szutrowymi „autostradami” dawały potężnego kopa i przypominały, czym jest „pure MTB”.

Na zielonym wiłem się pomiędzy kamieniami i korzeniami, zaś czerwony jako, że był najgorętszym segmentem i tam trzeba było już trochę poskakać na głazach, już tak gładko mi nie poszedł, bo zawodnicy blokowali ruch i pozostało nam zbieganie na jego najbardziej charakternych fragmentach. Szlakiem żółtym, który był przewidziany na ostatnie kilometry, jechałem już na lekkiej bombie z przemarzniętymi dłońmi i czułem się trochę jak czołg, nie bardzo mogłem wejść na wysokie obroty i zachować odpowiednią dynamikę.

Na szczęście dowiozłem siebie cało i wpadłem na bufet w pogoni za czymś, co mogło mnie ogrzać. Herbatka trochę pomogła, ale organizm był zbyt wychłodzony i pozostanie w mokrych ciuchach nie wróżyło nic dobrego. Zaczęły się drgawki i mój „Robot Dance” zwrócił uwagę kierowcy karetki, który zaprosił mnie do siebie, gdzie ciepło i sucho. Gdy wróciłem do siebie i głowa zaczęła działać, pomyślałem, że takie chwile powodują, że poznajesz siebie mocniej, głębiej i stajesz się silniejszym, bardziej pewnym siebie, bo kolejna dawka doświadczeń zapisała się w twoim życiu.

Tym samym, staję do kolejnego etapu i jadę dalej, po przygody, niekoniecznie nagrody :P Nagrodą jest bycie tutaj i uwolnienie swojego „RRRRR”. Będzie się działo!

Trzymajcie kciuki za nas wszystkich tu zgromadzonych i podejmujących się kolejnych wyzwań! W pogoni za przygodą, w deszczu, czy w upale, jedziemy tutaj dalej!

COMMENTS

DISQUS: 0