Amator donosi: “Walim po łydach walim!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Amator donosi: “Walim po łydach walim!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Amator donosi: to było MTB z prawdziwego zdarzenia – Mazovia MTB, Puławy
Amatorzy donoszą: “Jest lekki niedosyt…” Bike Adventure, Etap I
Amator donosi: “dobry rozjazd to podstawa treningu” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Masłów Ciekoty

Wróciłem w to miejsce z fantastycznymi wspomnieniami, bo trasa z ubiegłego roku zapewniła wszystkim zawodnikom doznanie wspaniałych wrażeń i poczucie wyjątkowej atmosfery. W tym roku była powtórka! Trasa jeszcze lepsza, jeszcze bardziej podrasowana pod względem zjazdów i dziewiczej natury prawie wszystkich jej fragmentów. Nie mieliśmy okazji jeździć po górskich autostradach, które często wydłużają tylko niepotrzebnie maraton i wprowadzają pewną monotonię. Tutaj na Grand Prix MTB Walimia nie było nudy!

Start przebiegał w kameralnej atmosferze, bo nieco ponad 300 zawodników stawiło się na wyścig, co powodowało, że jechało się po prostu na większym luzie, choć sam podjazd od pierwszych kilometrów był ważnym strategicznym elementem i pozwolił zająć odpowiednie miejsce w szeregu. W moim przypadku nie był on do końca udany, gdyż byłem zbyt daleko ustawiony i już od pierwszych sekund przedzierałem się przez zawodników aby dojść do czoła stawki. Zabieg ten nie do końca mi się powiódł, gdyż stromy podjazd dał się we znaki moim czworogłowym do tego stopnia, że w pewnym momencie musiałem na chwilę zwolnić tempo. Nie odebrało mi to jednak frajdy z jazdy i wciąż czułem flow jakie daje „pure mtb” w wersji sowiogórskich szlaków.

Pościg za kolegą z drużyny udany i już na podjeździe, który zaczynał się za bufetem, siedziałem mu na kole. W małej grupce pokonywaliśmy kolejne kilometry, łapiąc kolejną serię wrażeń. Zjazdy żółtym szlakiem, podjazdy w wąwozach i dzikość natury dawały poczucie kolejnej rowerowej przygody. Znajdując się w okolicach przełęczy walimskiej wiedziałem, że na tym etapie będzie można złapać oddech, bo mając za sobą ponad 900 m przewyższenia już nie dużo pozostawało żeby dobić do czterocyfrowej liczby, która przy ok 22 kilometrowej pętli robiła wrażenie.

Po przecięciu asfaltu na ostatniej górce mijało się piknikujących ludzi, którzy pobudzali zmysły zapachami pieczonych kiełbasek, ale na pierwszej pętli miałem tylko w głowie myśl, że grilla to czuję, ale w nogach! Łydy paliły, ale chęć do powtórzenia tej męczarni jeszcze bardziej wzrastała jak tylko wjeżdżało się w segment prowadzony wg charakterystyki tras typu XC. Jazda nabierała coraz większego tempa i z jeszcze większym zapałem wjechałem na drugą rundę, ale już samotnie, gubiąc za sobą kilku zawodników.

Czołówka już dawno udała się do dalekiej galaktyki i gonitwa na nic by się tu zdała. Cel jaki sobie postawiłem to utrzymać pozycję do końca i dojechać do mety z uśmiechniętą, zalepioną błotem „mordką”. Na trasie o tak zmiennym charakterze i stale utrzymującej się dynamice, musiałem zadbać o skupienie, wytrwałość i jeszcze bardziej używać umysłu, aby nie dopuścić do chwili słabości. Odcinki, które pokonywałem z pewnością i łatwością już nie szły tak gładko. Muszę jednak wspomnieć, że dużego energetycznego kopa otrzymałem od dwójki cudownych ludzi, którzy przyjechali mnie wspierać i kibicować i miałem wrażenie, że stale towarzyszą mi na trasie. Przemieszczali się w miejsca, gdzie co kilka kilometrów mogłem ich spotkać pokrzykujących: „dawaj, jest moc, ogień!”. I właśnie do takich chwil chce się wracać, mając w myślach to, że ktoś na Ciebie liczy i Ty też swoimi poczynaniami dajesz mu dużo radochy.

Wracając do trasy, pomimo zmęczenia samotne zjazdy udało się pokonać szybciej niż za pierwszym razem, zjazd czarnym szlakiem po błotnej mazi zakończył się sukcesem i pozostało mi już tylko przejechać odcinek specjalny pomiędzy skałkami i najeżony kamieniami, tak aby następnie dotrzeć do wodopoju i rozpocząć ostateczną batalię. Woda na twarz i wracamy do gry!

Ostatnie kilometry walczyłem o pozycję z zawodnikiem, który urwał się grupce i dopadł mnie na podjeździe w kierunku Wielkiej Sowy. Ta przyjemna rywalizacja pozwoliła podnieść tempo i już od przełęczy doprowadzić spokojnie utrzymywane miejsce aż do mety. Przecinając linię finiszu resztką sił wykrzyczałem kilka słów euforii, podobnie zresztą jak to miało miejsce rok temu. Czułem się naładowany energią na cały kolejny tydzień, moc jaką dają „porządne” maratony uskrzydla i daje siłę do kolejnych zmagań, nie tylko tych sportowych.

Z przyjemności powtórzę słowa wypisane we wspomnieniach z zeszłorocznego ścigania: „Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? – Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek, nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się na co dzień”.

Dziękuję organizatorowi i całej ekipie, która dołożyła wszelkich starań, aby zadbać o taki „agresywny” charakter tego maratonu i zapewniła kontynuację wielkich doświadczeń, które czynią nas silniejszymi. Było MEGA!

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0