Jose Antonio Hermida: kolarstwo górskie potrzebuje postaci, które pociągną za sobą innych

HomeINFORMACJE PRASOWE

Jose Antonio Hermida: kolarstwo górskie potrzebuje postaci, które pociągną za sobą innych


Informacja prasowa


Poniżej prezentujemy tłumaczenie wywiadu, który ukazał się w ostatnich dniach na BikeRadar, jednym z czołowych rowerowych portali świata. Dziennikarz Jack Luke rozmawia z legendarnym Jose Antonio Hermidą, który ma na swoim koncie m.in. mistrzostwo świata XC i wicemistrzostwo olimpijskie. Hiszpan zakończył w 2016 r. karierę w cross country i został międzynarodowym ambasadorem Meridy.

* * *

Jose Antonio Hermida to instytucja w świecie XC. Zaczynał skromnie – pierwszy wyścig wygrał w wieku 14 lat, wyposażony w kask hokejowy, szorty i T-shirt. W ciągu 20 lat kariery osiągnął jednak wiele imponujących zwycięstw, na czele z pierwszym mistrzostwem świata XC dla Hiszpanii zdobytym w 2010 r. Hermida jest podziwiany nie tylko za swoje wyścigowe zdolności. 38-letni ekswąsacz jest także jednym z najbardziej sympatycznych i lubianych zawodników na świecie, znanym ze swojej przystępności i miłości do wszystkiego, co wiąże się z jazdą na rowerze. Ostatnio Merida zaprosiła nas do Puigcerdy, rodzinnej miejscowości Hermidy. Po południu starałem się najlepiej, jak mogłem, by dotrzymać mu tempa na lokalnych trasach, a później usiadłem z chętnym do rozmowy Hiszpanem i zadałem mu kilka pytań.


Merida produkuje rowery zwyciężające w Pucharze Świata, jednak będąc tak utytułowanym zawodnikiem, musiałeś przebierać w ofertach innych grup. Co sprawiło, że tak długo byłeś w ekipie Meridy?

Po prostu ją lubiłem! Oczywiście miałem mnóstwo propozycji od przyjaciół z branży i zawsze byłem za nie wdzięczny, ale jeśli spojrzysz na moją karierę, zauważysz, że przez około 20 lat ścigałem się tylko dla trzech ekip. Przenosiny do Meridy wzięły się z tego, że pewnego dnia obudziłem się i po prostu zdecydowałem, że chcę odejść z Bianchi. Dobrze bawiłem się w tej ekipie i uwielbiałem współpracę z Włochami, ale czułem, że w tym środowisku wypalę się w ciągu kilku lat. Chciałem po prostu spróbować czegoś nowego. Znałem już wcześniej trochę Meridę i jej sposób pracy, a reszta jest historią. Osiągnąłem z tą marką swoje cele i nadal chcę z nią współpracować.



Chociaż przeszedłeś na zawodową emeryturę, nikt nie wyobraża sobie, że długo wytrzymasz bez ścigania. Teraz, kiedy masz większą wolność wyboru, w jakich wyścigach chciałbyś startować?

Prawdopodobnie będę się ścigał w niektórych maratonach i może w przełajach, ale przede wszystkim w 2017 będę pracował jako ambasador Meridy. Będę się też do pewnego stopnia cieszył swoim wolnym czasem. Ludzie często pytali mnie, czy na emeryturze chciałbym trenować innych, ale jeśli mam być szczery, nie jestem pewien, czy chciałbym być dyrektorem sportowym, byłbym raczej dyktatorem sportowym! Przez lata miałem wielu trenerów i zbyt wielu z nich to byli moi przyjaciele. Z doświadczenia wiem, że nie jest to najlepsza droga. Może dlatego mam na koncie tylko trzy wygrane wyścigi Pucharu Świata!



To standardowe pytanie, ale jakie jest Twoje najważniejsze zwycięstwo w karierze czy takie, które najbardziej Cię ucieszyło?

Często jestem o to pytany i nie jestem w stanie odpowiedzieć. Oczywiście w każdej karierze są wzloty i upadki, ale kolarstwo to moje hobby. Nawet jeśli wychodzę na trening i przejeżdżam ośnieżoną górę, mam małą kraksę, wracam od stóp do głów w błocie, wciąż się uśmiecham. Po prostu kocham jazdę na rowerze i jestem ogromnie wdzięczny, że mogłem tak długo jeździć na nim zawodowo. Jeśli jednak mam odpowiedzieć na Twoje pytanie, chyba będzie to moje pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata [Nappa Valley, USA, 2001 – red.]. Było ono całkiem fajne! Wtedy poczułem, że przesunąłem się z punktu, w którym podziwiałem swoich idoli. Sam nie stałem się jednym z nich, ale zbliżyłem się nieco do nich i to było naprawdę fajne uczucie. Oczywiście niesamowicie było wygrać mistrzostwo świata w 2010 r. Po 14 latach harówki wreszcie tego dokonałem i byłem bardzo szczęśliwy, że osiągnąłem swój cel.

Jakich miałeś idoli i którego zawodnika szanowałeś najbardziej?

Gdy byłem młody, ogromnym szacunkiem darzyłem Johna Tomaca. Ukształtował ten sport na tyle różnych sposobów i startował w tylu różnych dyscyplinach. Miałem szczęście, że ścigałem się z takimi zawodnikami jak Bart Brentjens. Jednym z najbardziej niezapomnianych wyścigów była dla mnie olimpiada w Atenach w 2004 r. i moja epicka walka z Bartem, którego podziwiałem już wtedy od dłuższego czasu. Nigdy nie zapomnę tego wyścigu. Gdy byłem młody, ważne było dla mnie także po prostu przeglądanie magazynów, w których widziałem wielu ludzi wyczyniających cuda na rowerze. Teraz jest z tym nawet lepiej – codziennie na Facebooku czy Instagramie widzę kogoś, kto robi na rowerze podwójny backflip, następnego dnia widzę potrójny! Media społecznościowe są niesamowite i dzięki nim mam szansę oglądać dużo więcej rowerowych materiałów niż wtedy, gdy zaczynałem swoją karierę.

Gdybyś miał zrobić sobie tatuaż ze swoimi charakterystycznymi rogami kierownicy albo wąsami, co byś wybrał?

Gdybym naprawdę musiał, wybrałbym rogi, bo to był mój znak rozpoznawczy i coś, co czyniło mnie wyjątkowym [Jose jeździł z nimi w XC długo po tym, gdy przestały być stosowane – red.]. Zawszę mogę zapuścić wąsy! Myślę, że gdybym miał zrobić sobie tatuaż z rogami, wybrałbym na niego swoje „boczki”. Coś, za co można by chwycić. Sprawa z wąsami jest naprawdę zabawna, bo zaczęła się skromnie, od zakładu z kolegami z ekipy, a w końcu stały się one moim znakiem rozpoznawczym.

Zatrzymam się dłużej przy pytaniu o tatuaże, bo zawsze ścigałem się „nagi”. W wyścigu ważne jest dla mnie to, że nic mnie nie rozprasza. Żadne szczęśliwe tatuaże, kolczyki czy naszyjniki – tylko ja i mój strój. Nie stosuję też w czasie wyścigu pulsometru. Po co, jeśli „odetnie mi prąd” po półtorej godziny jazdy? To, że będę wiedział, jakie miałem wcześniej tętno, nic nie zmieni. Co innego podczas treningu – pulsometr jak najbardziej. Jest wiele produktów, z którymi dużo łatwiej jest robić postępy niż kiedyś, ale nie czuję, żebym potrzebował ich podczas wyścigów. To zawsze denerwowało moich trenerów. Mnóstwo danych mogło poprawić moje ściganie się, ale dla mnie wszystko sprowadza się do dyspozycji dnia.

Jak Twoja żona reaguje na wąsy?

Niedobrze! I tak naprawdę ja miałem do nich podobne podejście. Wiesz, trochę żałuję, gdy w magazynach i materiałach promocyjnych oglądam plakaty i zdjęcia z jednych z najważniejszych wyścigów w moim życiu, sukcesów, na które pracowałem 10 lat, i widzę te duże brudne wąsy. Muszę zaopatrzyć się w Photoshopa. Chyba jedyną rzeczą, którą lubiłem w swoich wąsach, było to, że jako jedyny gość w ekipie mogłem zapuścić odpowiednie wąsy, inaczej niż metroseksualni koledzy z idealnymi brwiami. Tak naprawdę jestem jednym z dwóch zawodników, którzy zdobyli mistrzostwo świata XC z wąsami. Drugi to Miguel Martinez, ale myślę, że moje wąsy były dużo lepsze niż jego.



Co Twoim zdaniem może pomóc w dalszym rozwoju wyścigów MTB i zwiększyć ich popularność?

Ta dyscyplina potrzebuje postaci, które pociągną za sobą innych. Na przykład Victor Koretzky bardzo imponuje mi tym, co robi, wnosząc w ten sport energię i zabawę. Wspominam także popis Danny’ego Harta z Champery, razem z komentarzem Roba Warnera i tym whipem na koniec [mistrzostwo świata w downhillu z 2011 r. zdobyte przez Harta w brawurowym stylu w ulewnym deszczu – red.]. Niesamowite! To były jedne z najlepszych chwil na wyścigach w ostatnich 10 latach i wciąż o tym mówimy. Myślę też, że znaczenie współpracy z telewizją jest w tym sporcie mocno przesadzone. Jest mnóstwo innych dyscyplin, które nie są pokazywane w telewizji i radzą sobie bez niej bardzo dobrze. Byłoby jednak lepiej, gdyby więcej ekip współpracowało z poważnymi mediami, jak telewizja Red Bulla, bo to one przyciągają większą publiczność.



Z technicznego punktu widzenia, które innowacje były dla Ciebie kluczowe w tym sporcie? 

Jestem „oldschoolowcem”, pochodzę z czasów, w których standardem były cantilevery i 7-rzędowe kasety. Myślę, że nowe rozwiązania wiele ułatwiły. Na przykład koła 29”. Na początku nie chciałem się na nie przesiadać. Gdy to zrobiłem, mimo że jestem na nich o 1000% szybszy, czułem się, jakbym sprzedał swoją duszę, swoją skórę. Czułem, jakbym sprzedał się dla rynku! Uważam, że różnicę zrobiła jednak nie tylko sama zmiana rozmiaru kół. Wraz z nią producenci przemyśleli na nowo geometrię rowerów i odkąd pojawiły się koła 29”, rozwój sprzętu do XC zaczął postępować niezwykle szybko. Myślę, że rowery nigdy nie były tak sprawne jak teraz. Jak dla mnie duże znaczenie ma także wprowadzenie elektrycznego osprzętu. Jest niesamowity na najwyższym zawodowym poziomie, ale kiedy upowszechni się wśród początkujących, będzie miał ogromny wpływ na branżę, ponieważ jest dużo łatwiejszy w obsłudze i utrzymaniu niż mechaniczna zmiana przełożeń.

Z podobnego względu jestem też bardzo zainteresowany rowerami elektrycznymi. Płacą mi za to, żebym cierpiał z wysiłku, ale zwykły użytkownik roweru nie chce cierpieć. Na przykład mój teść był bliski tego, żeby odstawić rower i przenieść się na kanapę, a zamiast tego zdobywa teraz przełęcze na e-bike’u. Rowery elektryczne mają też wg mnie potencjał treningowy, może nawet pomogą w testowych okrążeniach trasy wyścigu. Przejechanie wielu rund i wypracowanie najlepszych linii przejazdu bez większego wysiłku może być bardzo pomocne.

Który z młodych talentów w MTB zwraca Twoją uwagę?

Victor Koretzky, o którym już wspomniałem. Jest bardzo śmiały, trochę się zgrywa i wydaje mi się, że jest świadomy tego, że dominacja Nino potrwa jeszcze prawdopodobnie co najmniej dwa lata, dlatego wykorzystuje tę sytuację tak, jak może najlepiej. Robi na mnie duże wrażenie.

COMMENTS

DISQUS: 1