Grzegorz Golonko: nie wszystkie idee się udają

Grzegorz Golonko: nie wszystkie idee się udają

REKLAMA
Beskidy MTB Trophy po raz dziesiąty!
Górskie ściganie CST 7R MTB Team
Plan na weekend 22/2018
Łukasz Chalastra (Prema Cycling Team) – Beskidy MTB Trophy, Istebna
Wyniki – 26-29 maja 2016

Grzegorz, widzimy się na koniec 2016 roku. Dla Ciebie to już w sumie 16 sezon – abstrahując od organizacji zawodów – wróciłeś do sportu jako takiego. Jesteś dzisiaj najlepszym Mastersem w kraju, zgadza się?

Tak, ale w kategorii M40A, czyli między 40 a 45 rokiem życia.

Skąd pomysł na powrót do ścigania – chłodna kalkulacja, czy raczej spontaniczny „come back”?

W pewnym sensie spontan, ale decyzja była podyktowana różnymi sytuacjami, które doprowadziły do tego, że z końcem lipca 2015 r. postanowiłem ambitniej wsiąść na rower. Ktoś mnie bardzo mocno „zmęczył” i doszedłem do wniosku, że to już jest ten czas kiedy można by było spróbować wrócić do tego co robiłem przez większą część swego życia. Z kolarstwa się utrzymywałem i to ono doprowadziło do sytuacji, że jesteśmy właśnie tu, a nie gdzie indziej i teraz rozmawiamy o rowerach.

Wróciła chęć do ambitniejszej jazdy na rowerze. Jednocześnie dostałem przyzwolenie od żony i dzieci – one też mają ważny głos w kwestiach podejmowania pewnych rodzinnych decyzji. Zima dobrze przetrenowana, powiedziałbym nawet, że jedna z 5 najmocniej przetrenowanych zim biorąc pod uwagę czas, kiedy ścigałem się jako zawodnik z kontraktem.

Po ilu latach wróciłeś do kolarstwa jako sportu?

W 1999 r. zostawiłem ściganie szosowe, potem w 2004 r. był epizod z kolarstwem górskim i maratonami mtb (kilka startów). Na dobrą sprawę w 1999 roku nastąpił koniec, a w 2016 drugi początek, więc zaliczyłem 17 lat przerwy. Oczywiście to nie jest tak, że przez przez ten okres nic nie robiłem. Kilka tysięcy kilometrów każdego roku przejeżdżałem, startowałem w maratonach biegowych … serce i nogi pamiętają „sportową przeszłość”. Śmiem stwierdzić, iż wróciłem na rower dochodząc do pewnego poziomu, który umożliwiał uzyskanie stabilnej pozycji w kategorii masters.



A’propos powrotów, w tym roku nastąpił oczekiwany powrót maratonu w Karpaczu, zapowiedź pojawiła się na wiosnę, potem było długo cicho i nagle pojawiła się informacja, że Karpacz przełożony jest z soboty na piątek. Skończyło się zwykłym etapem zaliczanym do Sudety MTB Challenge. Dlaczego wróciliście i dlaczego potem to odkręciliście tak naprawdę?

Kilkukrotnie mówiłem, że mam pomysł na Karpacz jako swego rodzaju klasyk MTB, swego rodzaju polski Salzkammergut czy Sella Ronda. Prawdopodobnie za szybko chcieliśmy zrobić z imprezy bardzo lokalnej imprezę globalną, europejską, być może zabrakło na samym końcu wytrwałości. Z drugiej strony dość dużo w tym czasie pojawiło się informacji i sytuacji, które nas kompletnie demotywowały – ograniczenia w KPN, bardzo bierna, roszczeniowa postawa jeleniogórskiej policji. Oczywiście w przeszłości borykaliśmy się z tymi samymi urzędnikami i mieliśmy świadomość „walki”, ale liczyliśmy, iż pewnego rodzaju „zasiedzenie” (w Karkonoszach jesteśmy od 2001 roku) w niewielkim stopniu ułatwiłoby nam przeprowadzenie imprezy w Karpaczu. Z drugiej strony musieliśmy się zderzyć z realiami polskiej sceny MTB.  Nie ma drugiego takiego kraju na świecie, który miałby choć połowę maratonów rowerowych, które są u nas. Poza kilkoma wyjątkami, większość imprez to łatwe, rodzinne trasy, które mają umożliwić start masie „Kowalskich i Nowaków”. Taki, a nie inny profil zawodów jest w zasadzie zrozumiały – każdy organizator stara się optymalizować koszty po to, aby doprowadzić do imprezy, która będzie finansowała przedsięwzięcie nie jednorazowo, a wielokrotnie. Jest taka tendencja, nie wiem czy dobra czy zła. Po prostu jest.

Chęć podjęcia wyzwania szacowaliśmy na poziomie roku czy dwóch, realnie trzeba by było z 4-5 lat włożyć, żeby taką imprezę wypracować i wypromować. Mając na uwadze to, że nie zajmujemy się tylko maratonami MTB, ale mamy też inne imprezy, które koordynujemy, organizujemy i one mają się dobrze – w pewnym sensie trochę odpuściliśmy Karpacz. Nie wkładaliśmy tyle entuzjazmu, chęci, mocy, energii, żeby imprezę mocniej „dźwignąć”. Wewnętrznie nie czuliśmy, że to będzie to, co było w założeniach. Trochę z nas zeszło powietrze.

Na wszystkie inne nasze imprezy zgłoszenia uruchamiane są co najmniej pół roku przed startem. Karpacz też ogłosiliśmy wcześniej, ale w ciągu pierwszych miesięcy od rozpoczęcia zapisów zgłosiło się kilkanaście osób. I też dało to nam do myślenia, czy to wszystko idzie w dobrą stronę.

Mam świadomość, że gros ludzi zgłaszało się na miesiąc, 3 tygodnie, 2 tygodnie przed startem. W zasadzie też mogliśmy taki scenariusz założyć.



A to nie jest tak, że przy tym natłoku imprez wiele osób podchodzi – szczególnie do wyścigów górskich – bardziej profesjonalnie i planuje sobie ten sezon z dużym wyprzedzeniem, dlatego wchodząc z informacją pod koniec marca czy kwietnia było już za późno i wszyscy mieli już zaplanowane te starty i może dlatego też nie było takiej informacji zwrotnej ze strony kolarzy?

Nie robiliśmy tego w marcu. Pierwsza informacja o tym, że będziemy reaktywować imprezę w Karpaczu, była jeszcze w listopadzie czy w grudniu, ponad pół roku przed samym startem. Wydaje mi się, że w marcu czy kwietniu już były pierwsze sygnały, że maratonu w tej formule nie będzie. Musiałbym to zweryfikować.

Tak mam w głowie zapamiętane, że późną wiosną się pojawiła ta informacja.

Informacja o Karpaczu pojawiła się dużo wcześniej, być może za wcześnie.



To teraz pytanie zamknięte: Kolejny Karpacz wróci za parę lat, wróci w przyszłym roku, czy w ogóle o tym nie myślisz?

Z jednej strony mówię, że Karpacz może wrócić. Z drugiej strony to o czym nie mówimy, a wielokrotnie w innych lokalizacjach o tym wspominaliśmy, to są kwestie zezwoleń i pozwoleń. Trzeba pamiętać, że trasa maratonu w Karpaczu była poprowadzona na terenie oraz w otulinie Karkonoskiego Parku Narodowego, tym samym ograniczały kwestie decyzji administracyjnych, pozwoleń i innych formalności. Oczywiście możemy pojechać drogą „pod reglami” lub innymi łatwiejszymi trasami, bo takich w Karkonoszach jest dużo, ale w głowie siedział zamysł, aby zrobić imprezę ambitną, ale przejezdną, wymagającą i taką, by każdy ją pamiętał.

Wiem, że realizując zawody wymagające technicznie, czy kondycyjnie „obcinaliśmy” sobie ilość osób, które mogłyby teoretycznie wystartować. Aczkolwiek wychodząc o 2 kroki do przodu, to co się wydarzyło na ostatnim etapie Sudety MTB Challenge, który w tym momencie był jednocześnie rzeczonym maratonem w Karpaczu pokazuje pewien paradoks. Z jednej strony ilość pozytywnych opinii, które pojawiły się od zawodników z zagranicy, a z drugiej narzekania i krytyka polskich zawodników. Trudno mi powiedzieć skąd aż taka dysproporcja pomiędzy oceną Polaków i ludzi zza granicy – dalej sądzę, że potrzeba czasu.

To może jest tak, że polski maratończyk w końcu musi zacząć startować za granicą, żeby docenić to, co ma w kraju?

W pewnym sensie tak. Nawet wielokrotnie się z tym spotkałem, choć może to są wyjątki, które zostały w mojej głowie. Drażni mnie to, że ten sam maratończyk w Polsce potrafi narzekać, że wpisowe jest na poziomie 80 czy 100 zł, a bez mrugnięcia okiem za granicą wydaje na maraton 40 euro.

Wydaje mi się (podejmując się przeprowadzenia maratonu w Karpaczu), że większość z zawodników może sobie pozwolić na 1-2 „strzały” w roku, kiedy każdy z nich jest w stanie uczestniczyć w czymś, co nie jest standardowe. Też tak robię i to nie jest jakiś większy kłopot. Podejrzewam, że w większości przypadków można sobie pozwolić na taki pozytywny skok w bok.

Z drugiej strony wiem, że ludzie przyzwyczajeni są do pewnych startów, imprez, standardów. Łatwiej podejmują decyzję o starcie w 6 edycjach np. Cyklokarpat, niż sześciu i jeszcze jednej innej imprezie.



Tym słabym ogniwem, jeśli chodzi o tegoroczny maraton w Karpaczu było to, że został przesunięty z soboty na piątek. Nie rozważałeś ewentualnie przesunięcia kalendarza Challenga, po to aby ostatni dzień wyścigowy był w sobotę?

Challenge mamy już właściwie zaplanowany, to jest schemat, który powielamy, jedziemy od weekendu do weekendu. Zaczynamy w niedzielę, więc ludzie – mówię o tych, którzy przyjeżdżają do nas zza granicy – na spokojnie pojawiają się na weekend poprzedzający start, zwykle w piątek wieczorem, w sobotę się „aklimatyzują” i w niedzielę startują. Prolog, krótszy – dłuższy, ale zawsze ten element rozpoczyna rywalizację i kończymy w piątek, tak aby ci ludzie w sobotę – niedzielę mogli spokojnie wrócić do domu. Nie mówimy tu o Czechach czy Niemcach, ale ludziach, którzy przyjeżdżają do nas z innego kontynentu. To jest sprawdzony schemat i sprawdzonych rzeczy nie chcemy zmieniać. Mieliśmy kiedyś w przeszłości 7-8 dni ścigania i to „nie dało rady”. Akurat prolog i 5 dni jeżdżenia jest wystarczającym czasem, żeby z jednej strony się umęczyć, a z drugiej strony, dla ludzi, którzy pracując nie mogą wziąć większej liczby dni urlopu. 5 dni poza pracą, od poniedziałku do piątku daje możliwość uzyskania 9 dni wolnego. To taka przyziemna dywagacja.

Przesuwanie Karpacza, a z tego co pamiętam w samym maratonie wystartowało kilkadziesiąt osób  – i dla nich robić dodatkową zmianę organizacji ruchu, start, metę nie miałoby sensu. To po prostu wyglądałoby bardzo dziwnie. Ostatecznie postanowiliśmy połączyć etap końcowy z tym maratonem. Wyglądało to nienormalnie, ale też nie chcieliśmy doprowadzić do sytuacji, w której ewidentnie imprezę odwołujemy. Mam świadomość, że zawodnicy byli zniesmaczeni, rozczarowani, ale biorę to na klatę, nie wszystkie idee się udają. Traktuję to jako pomysł dobry, ale być może na przyszłość.

Wracając do Twojego pytania nie mówię „nie”, ale ilość elementów, które składają się na  końcowy efekt jest taka, że w obecnym czasie wolę skupić się na innych naszych działaniach, które dają nam wymierną korzyść. Czuję wewnętrznie większą „miętę” do etapowych wyścigów, Trophy czy Challenge, niż jednodniowej imprezy, maratonu, który w naszych realiach w ciągu ponad 15 lat stracił na swej atrakcyjności. Chciałem „wepchnąć” trochę świeżości, ale okazało się, że drzwi są za wąskie …



COMMENTS

DISQUS: 0