Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia) – Bike Adventure, Szklarska Poręba

Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia) – Bike Adventure, Szklarska Poręba

Amatorzy donoszą: „Petrovka uber alles!” Bike Adventure, Etap III
Bike Adventure 2017 – lista startowa prawie pełna
Zapisz się na Bike Adventure 2017
Kolarstwo górskie w tłumaczeniu Mateusza Rejcha, na podstawie Bike Adventure
Bartosz Janowski i Nadia Kolomiets wygrywają Bike Adventure

Cztery dni rywalizacji za mną, więc czas na dłuższe podsumowanie. Rywalizacja była bardzo zacięta i tym razem stała pod znakiem defektów trzebiących całą czołówkę. Poza zasłużonym zwycięzcą – Marcinem Urbaniakiem wszyscy zawodnicy stający na podium kolejnych etapów ( czyli ja, Michał Ficek, Paweł Kowalkowski) zmagali się z usterkami sprzętu i kumulacją pecha. Nie wspominając już o Piotrku Truszczyńskim, który rozbił się na 3. Etapie i zakończył rywalizację.

Pierwszy etap przebiegał, co tu dużo mówić, słabą i okrojoną pod względem dystansu i przewyższeń trasą. Spore znaczenia miało tu dobre rozłożenie sił, taktyka, czasem odpuszczenie samotnej ucieczki, wycofanie do grupki pościgowej i skalkulowane przewiezienie się na kole rywali. Dwa ciekawsze punkty stanowił podjazd na Stóg Izerski, gdzie nastąpiła pierwsza selekcja. Drugim i decydującym o wyniku był podjazd na Wysoki Kamień i zjazd przez Zakręt Śmierci. Na tym fragmencie rozegrała się właśnie walka o zwycięstwo etapowe. W połowie podjazdu niekwestionowanym liderem był Piotr Truszczyński, który poszedł do odcięcia od początku podjazdu. Na szczyt pierwszy dotarł Urbaniak, a ja pokazałem co potrafię na końcowym zjeździe i zdobyłem koszulkę lidera.

Niedzielna trasa był już znacznie lepsza. Zwłaszcza pierwsza połowa wyścigu przebiegająca w sporej części singlami, dawała dużo frajdy z jazdy. Bardzo dobrze czułem się w tym terenie i gdzie tylko się dało uciekałem. Wiadomo, że im bardziej techniczna trasa, tym mocniej działa „efekt sprężynki”. Nawet jeśli wiadomo, że nie ma sensu samotnie uciekać do mety, warto próbować porwać peleton i zmęczyć rywali. Ostatecznie oderwała się trzyosobowa grupa ze mną, Fickiem i Kowalkowskim. W 2/3 dystansu niestety puściłem na chwilę koło, co wykorzystali rywale. Na nieszczęście reszta trasy prowadziła szutrostradami i w pojedynkę szybko traciłem dystans do współpracującej pary. Dopiero desperacko przejechane ostatnie sekcje zjazdowe pozwoliły zredukować stratę do zaledwie 1,5 min, ale chwilami ziemia już niebezpiecznie się zbliżała. Trzecie miejsce i koszulka lidera zapewniona na kolejny dzień.

Trzeciego dnia pierwsze pięć kilometrów wyczerpuje właściwie temat ścigania. Początek bardzo dobry – zapiek od pierwszego podjazdu. Potem lekki flak przedniego koła na szutrowym (!) podjeździe (po Ficku i Kowalkowskim i mnie dopadł pech), dopompowanie i uszczelnienie opony. Dwa kilometry gonienia i znów sflaczała opona powala mnie dosłownie na pysk na drewnianym mostku. Niech mi ktoś tylko spróbuje jeszcze pokazać kolejny durnowaty filmik z serii przejeżdżania rowerem po gwoździach czy cudownego łatania opon przebitych śrubokrętem! Do tego przy drugim naboju popsuła się iglica w pompce. W międzyczasie naszła mnie już „śmieciara” i zająłem zaszczytne ostanie miejsce w peletonie. Zrezygnowany zacząłem iść w stronę mety. Wtem patrzę… a tam leży sobie w trawie i błyska do mnie amelinową polerką… pompka. Mogłem ukończyć zawody, zwłaszcza że trasa była bardzo ciekawa.

Po czwartym etapie nie oczekiwałem już niczego. Strata 40 min z pierwszego dnia pozwalała zapomnieć o miejscu w 5 generalki. W takich sytuacjach można pozwolić sobie na coś głupiego. Na przykład pójść pełną dzidą pierwszy podjazd i zobaczyć co się stanie:) Trasa tego dnia była naprawdę fantastyczna! Zrekompensowała na pewno pierwszy dzień. Było gdzie się pobawić na zjazdach i kilometrowych wąskich ścieżkach. Wkrótce z Urbaniakiem i Fickiem oderwaliśmy się ode reszty i wspólnie przejechaliśmy spory dystans. Niestety na najdłuższym stromym podjeździe dopadł mnie spory kryzys. Nawet nie bomba, lecz po prostu straszne osłabnięcie. Mroczki przed oczami, oddech jak u gonionego zająca… Byłem bliski zejścia z trasy. Na szczęście nie jeden wyścig już przejechałem i wiem, że w takich sytuacjach trzeba na chwilę zapomnieć w ogóle o rywalach, miejscach i skupić się tylko na własnym organizmie. Zjeść jednego żelka więcej, zwolnić na chwilę, nawet stanąć na bufecie i wypić jeden bidon więcej. Po jakimś czasie siły wróciły i starczyło ich na trzecie miejsce i czwarte w klasyfikacji generalnej.

Podsumowując jestem zadowolony ze swojej dyspozycji fizycznej i okresu przygotowań. Bardzo dużo pracy włożyłem też w trening techniki i w końcu i na tym polu nie ma już tragedii. Kwestii pecha, problemów technicznych itp. nie należy roztrząsać, bo są one niezależne od nas i losowe. Gdybanie kto „był najsilniejszy” i powinien wygrać lub nie też jest dość śmieszne. Wynik jest sumą uzyskanych czasów etapów i tyle. Wygrał najskuteczniejszy zawodnik. Pozostaje mi pogratulować zwycięzcy.

COMMENTS

WORDPRESS: 1
  • comment-avatar
    Marcin W 3 lata ago

    Jak się leje po 60-80 ml mleczka, to później można narzekać na wszystko, tylko nie na swoją głupotę. 120 ml przy takiej etapówce, to minimum. Lepiej mieć płyn, który uszczelni dziurę niż powietrze, które ucieka :)

  • DISQUS: 1