Adam Ptasiński (Milsport BLU Team) – Maraton Kresowy, Drohiczyn

Adam Ptasiński (Milsport BLU Team) – Maraton Kresowy, Drohiczyn

REKLAMA
Cyklokarpaty Jasło czyli drogą krzyżową na Liwocz
Zmiany, zmiany, zmiany…
Najlepsze blogi rowerowe 2016
MTBXCPL: TOP 5 Kolarskie blogi
Zapraszamy do współpracy – konkrety!

Drohiczyn to całkiem odmienny charakterem maraton od tych, które ostatnio zaliczam :) Zawsze się też wyróżniał wśród zawodów cyklu Maratonów Kresowych. Ma taką… miejską specyfikę ;) Cztery rundy w okolicach miasta. Na każdej trzy podjazdy, w tym dwa wymagające, krótkie ale sztywne do centrum miasta. Jeden dłuższy, szutrowy poza miastem. Dla kibiców i rodzin super sprawa. Zawodnicy jadą cały czas, można dopingować. Czołówka długiego dystansu przewala się przez te miejskie podjazdy i rynek co mniej więcej pół godziny. Tworzy to niesamowity charakter tych zawodów. I powiem szczerze… że ja ten maraton od zawsze lubię :D

Na początku było trochę ognia, ale później czołowa grupa się uspokoiła. Na dwóch pierwszych rundach scenariusz taki sam. Szutry razem, rozrywanie na pierwszym podjeździe do miasta, gonienie, spawanie, znów rozrywanie. Na trzeciej rundzie już nie dogoniliśmy czołówki i wykrystalizowała się nasza grupa. Patrząc po zawodnikach obok mnie, jechałem wysoko. I nadawałem momentami wysokie tempo, bo wiedziałem że mój główny konkurent – Tomek Skalski z Renault jest z przodu. Miałem jeszcze Jacka z BLU do pomocy i w zasadzie we dwóch prowadziliśmy grupę. Ataki oczywiście na podjazdach, ale udawało się utrzymać skład w zasadzie niezmienny, kilku zawodników odpadło po drodze. Kluczowa ostatnia runda, gdzieś nad Bugiem widzę w oddali żółtą koszulkę Renault… daleko. Z Jackiem sobie mówimy, że na przedostatnim podjeździe (długim szutrowym) atakujemy. Ale oczywiście jak to zwykle bywa atakuje ktoś inny :P Wiesław z Obstu wystrzela do przodu, za nim ciśnie Litwinka Silvija, ja trzymam koło. Na szczycie niestety okazuje się, że Jacek został z tyłu. Reszta grupy też. My w trójkę ciśniemy już na ostatni podjazd do miasta. Szybki zjazd, dwa wiraże i wpadamy na Ratuszową, którą podjazd prowadzi. Silvija wyskakuje do przodu (ma kobita niesamowitą nogę), ja też włączam tryb “ile fabryka dała”. Widzę Tomka i szybko się do niego zbliżam! Wiesław zostaje z tyłu, ale już nawet się nie oglądam. Tylko ta żółta koszulka przede mną ma znaczenie. Na koniec zaciskam zęby, dociskam, ale Tomek znika za zakrętem na szczycie… brakuje mi dosłownie 10 metrów. Walczę do końca. Wskakuję na górę, widzę że bierze ostatni wiraż do mety… nie zdążę :(

Zabrakło dosłownie czterech sekund. Gdyby podjazd był trochę dłuższy, gdybym wcześniej gdzieś mocniej przycisnął… No ale cóż, przyzwyczaiłem się już do czwartych miejsc :) Nie powtórzył się scenariusz z Wasilkowa, gdzie Tomka odczepiłem w ataku na ostatnim podjeździe przed metą i wygrałem. Z tym że tam mimo wygranej też zająłem czwarte miejsce, tu mogło być wreszcie pudło :) I co zrobisz, że najmocniejsi zawodnicy przyjezdnej drużyny są akurat w mojej kategorii? (Jusiński, Pepla, Skalski). Prawda jest taka, że jedziesz na miarę swoich przeciwników ;) Cały czas brakuje jakiegoś błysku, przełamania, ale to już był wyścig z którego mogę być zadowolony. 14 miejsce Open, więc nie ma co narzekać :)

Drohiczyn jest przykładem maratonu, który mimo z założenia słabego terenu do przeprowadzenia trasy, można jednak tak poprowadzić, zorganizować i stworzyć taką atmosferę, że chce się tam wracać i startować. Walory trasy są wykorzystane na maksa, a organizator z teoretycznej słabości (jazda po rundach) potrafił stworzyć atut :)

Pełna relacja z wyścigu i opis wrażeń jak zwykle na moim blogu, zapraszam!

PtaQnaBajQ

COMMENTS

DISQUS: 0