Hej! #mtbxcpl jest na Google News - kliknij tu i bądź na bieżąco z tym, co słychać w kolarstwie!
REKLAMA
The show must go on! Akcja zaczęła się na dwa dni przed startem, gdy zaczął lać deszcz :) W planie na niedzielę miałem 82 kilometry maratonu Cyklokarpaty startującego z Kluszkowców, zapowiadała się więc ostra jazda w Gorcach :) Niby do kozaków świat należy, jednak do takiego wyzwania postanowiłem się trochę przygotować, a nie podchodzić na przysłowiowe „hura!”. Do roweru powędrował przedni błotnik, w napęd wlałem mnóstwo oleju i zamontowałem dobre opony na koła. Dobór odpowiedniego bieżnika spędza zawsze sen z powiek wszystkim zaprawionym w bojach maratończykom-forumowiczom :) Sam też postanowiłem zasięgnąć opinii i po konsultacjach na facebooku wystartowałem na komplecie poleconym mi przez znajomych i kibiców :), co kilkanaście głów to nie jedna! Wybór okazał się idealnym kompromisem na maratońską trasę, wszystkim dziękuję za trafną pomoc! :)
Warunki panujące w trakcie wyścigu oczywiście przerosły moje hardcorowe prognozy i przypuszczenia :). W tym momencie muszę się przyznać, że jest to związane z tym…że trochę się już odzwyczaiłem od jazdy na tak ciężkich kondycyjnie trasach. Świetnie, że ten wyścig wypadł tuż przed etapówką Beskidy MTB Trophy, gdyż stanowił dla mnie idealne wprowadzenie, dał obraz formy zarówno fizycznej, psychicznej jak i technicznej, zasiał w głowie niezbędną odrobinę respektu do gór. Dobrze było znów doświadczyć na własnym organizmie zjazdów tzw. „beskidzkimi rąbankami”, podjazdów ciągnącymi się w nieskończoność kilometrowymi piekielnie stromymi „sztajfami”, przy okazji również przetestować tempo jazdy i poczuć jak kręcą się nogi na prawdziwie maratońskim dystansie w czwartej godzinie jazdy. A lekko nie miały.
Niska temperatura oscylująca w okolicach 6-10 stopni wysysała energię z niesamowitą skutecznością, poza tym bystre rzeki lodowatej wody płynącej długimi kilometrami na zjazdach chlapiącej spod kół sprawiały, że dosłownie z zimna bolały mnie kości i skóra. Cóż, takie atrakcje tylko w prawdziwych górach :). Obok wspomnianych pewnych niedogodności oddziałujących na całe ciało, maraton z każdym przejechanym kilometrem niósł ze sobą niesamowite atrakcje dla duszy ;) Były genialne widoki, ten specyficzny zapach wilgotnego lasu, poczucie obcowania z dziką naturą i oczywiście również ogromna satysfakcja osiągana ze świadomości przejeżdżania „w siodle” morderczych metrów przewyższenia, unikania niebezpieczeństw, forsowania przeszkód na zjazdach i po prostu przełamywania własnych granic.
Maraton wyszedł epicki pod każdym względem! Dla mnie kropką nad „i” dopełniającą udanej całości jest podsumowanie dnia w dzienniczku treningowym, w którym widnieje pokonana wartość 3182 metrów przewyższenia :)
COMMENTS