Anna Sadowska (Bike Atelier Team): “dalej mi się to w głowie nie mieści” | Bike Atelier MTB Maraton, Jeleśnia

HomeKomentarzeSport

Anna Sadowska (Bike Atelier Team): “dalej mi się to w głowie nie mieści” | Bike Atelier MTB Maraton, Jeleśnia

W niedzielę 4 lipca w Jeleśni odbyły się kolejne z zawody z serii Bike Atelier MTB Maraton. Najdłuższy dystans na którym rywalizowali zawodnicy liczył 51 km i ponad 2 tys metrów przewyższenia. Do tego pewnym urozmaiceniem był fakt, że fragment trasy poprowadzony został przez bike park Babia Góra Trails a dokładniej singlem Tabakowy. Najszybszymi zawodnikami tego dnia byli Adrian Brzózka, który kilka dni wcześniej zajął drugie miejsce w Bike Adventure oraz Anna Sadowska, która po przerwie ponownie sprawdziła jak się jej jeździ w terenie.


Komentarz postartowy:

Start bez oczekiwań. Chyba jednym był fakt, że mój zespół Bike Atelier Team walczy w klasyfikacjach generalnych i bardzo im zależało na moich punktach. Ja natomiast miałam spore wątpliwości czy pokonam ten dystans, bo w prawdziwym terenie jeździłam raptem dwa razy przed tym startem i to na zdecydowanie krótszym i w mniej wymagającym otoczeniu.

Tym razem do przejechania było ponad 50 km i około 2100 metrów przewyższenia. W Beskidzie Żywieckim, który łatwy nie jest. Strome podjazdy, trudne technicznie zjazdy. O ile o swoje umiejętności się nie obawiam, bo wiem że sobie z tymi zjazdami spokojnie radzę w normalnych warunkach, o tyle obecne warunki nie są normalne. Dodatkowo na wyścigu gdzie dochodzi udział dodatkowych osób, mijanie i uważanie na otoczenie, przy mocno ograniczonych możliwościach balansowania rowerem i wypinania operowanej nogi… cóż miałam spore obawy.

Pierwszy raz od bardzo dawna po prostu miałam wątpliwości czy w ogóle dojadę. Granice, które sobie wyznaczyłam to spokojne podjeżdżanie bez zbędnego obciążania nogi i bezpieczne zjazdy. Niech jadą Ci którzy chcą wyprzedzać, przepuszczę każdego, a jak będę omijać to możliwie najbezpieczniej. Jeśli gdzieś zbliżę się do nieakceptowalnej granicy to się po prostu wycofam. Strategia która mentalnie jest trudna do zaakceptowania dla mnie, duszy która lubi walczyć i dokopywać się do swoich granic. Jak staję na starcie to włącza mi się tryb wyścigowy. Tym razem nie zapaliła się żadna lampka, poza tą ostrzegawczą.

Ustawiłam się z gdzieś pod koniec pierwszego sektora, taki mi przysługiwał po wynikach z ostatniego roku. Początkowe kilometry były dość spokojne po względnie płaskim i szerokim terenie. Bez zbędnego rwania tempa i w dużej grupie. Dopiero gdy zaczęliśmy podjeżdżać pod pierwszy podjazd stawka zaczęła się rozciągać. Nie wiem jak szybko czy mocno jechałam, bo tak „skrupulatnie” się przygotowałam do tego startu nie chcąc dokładać sobie jakiejkolwiek presji, że zapomniałam założyć uchwytu do licznika. Full Ninety Six był po serwisie i stąd ten brak. W efekcie Garmina wiozłam przez cały czas w kieszonce koszulki i co jakiś czas pytałam osoby z którymi jechałam „Który to kilometr?”. Głównie by wiedzieć kiedy mogę się spodziewać bufetu by napełnić bidon, co w tym upale było istotne.

Podjazdy szły nadzwyczaj dobrze, bez hiperwentylacji mijałam stopniowo osoby przed sobą. Chciałam w miarę możliwości podjechać wszystko, bo łatwiej mi jechać niż prowadzić rower pod górę. Na całej trasie były raptem trzy odcinki gdzie musiałam zejść. Rzeczka którą każdy pokonywał z buta i końcówki dwóch podjazdów, gdzie po prostu już brakło mocy w silniku. Łącznie może było to 100 metrów na całym dystansie. Nieźle.

Na górze byłam pierwsza wśród kobiet i pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy – „No ale jak? Gdzie te walczące kobietki”. Zjazd do Koszarawy jadę bardzo wolno, dojeżdża do mnie Monika Wrona i wyprzedza. Zostawiam bezpieczną różnicę na zjeździe, bo odpukać gdyby się zatrzymała czy wywróciła to boję się, że ciężko mi będzie się wypiąć czy ominąć. Dojeżdżamy do asfaltu, chwile rozmawiamy, umawiamy się na rower (Monika mieszka niedaleko) i mówię: „Siadaj na koło pojedziemy razem”.

Na pierwszym bufecie widzę Olę Andrzejewską, normalnie to pewnie ona by jechała z przodu, ale leczy kontuzję po upadku i zaproponowała, że poda mi bidony na bufecie. Nie odmawiam i doceniam, piękny gest! Zaczynamy drugi podjazd, początkowo asfaltowy, potem szutrowy, który ciągnie się dość długo, ale można utrzymać sensowną kadencję. Można też nieco oszczędzić siły jadąc komuś na kole osłaniając się od lekkiego wiatru. I w takim zestawie dojeżdża do mnie Sandra Adamczyk, a właściwie jej gregario i Sandra za nim. Odjeżdżam kawałek, ale widzę za plecami, że bardziej walczę z parą niż kobietą więc dochodzę do wniosku, że to nie bardzo ma sens. Zwalniam, daję się wyprzedzić i zostaję za nimi. Tak pokonujemy 2/3 góry. Wjeżdżamy w teren i gdy Sandra słabnie, wyprzedzam ją i to w sumie był ostatni moment, w którym miałam okazję zobaczyć dziewczyny z dystansu PRO.

Środkowa część trasy nieco mi się dłużyła, choć na pewno widokowo była świetna. Ciężko mi się tylko było wyluzować, by je podziwiać. Cały czas skupiam się na przeszkodach, kamieniach, korzeniach, kałużach czy koleinach. One chwilowo nie dają mi spokoju. Po drugim bufecie źródełko w bidonie mi wyschło. Ciekawy odcinek po ścieżce Babia Góra Trails i kolejne kilometry przejeżdżam praktycznie na sucho. Żartujemy z Tomaszem Dygaczem, że coś nas oszukano z tymi ścieżkami, bo po enduro ścieżkach to raczej jeździ się w dół, a my już kolejny kilometr podjeżdżamy. Z jednej strony trochę mi to pomogło, bo zajęłam głowę myśleniem czy nie dopadnie mnie bomba z braku picia zamiast ciągłego myślenia czy przejadę bezpiecznie. Minęłam trzeci bufet czyli około 40 kilometr, wówczas pomału zaczęła się pojawiać myśl „Może jednak uda mi się dojechać?”. Może jednak to nie będzie za dużo dla nogi?

Ostatni podjazd asfaltowy, grał nieco na naszej wytrzymałości. Niby już się kończyła hopka, wypłaszczało się by za moment pojawiła się kolejna poprawka i tak kilka razy. Gdy zaczęliśmy zjeżdżać wiedziałam, że teraz to już będzie dojazd do mety. Lekko, łatwo i … oczywiście tak nie było. Koleiny na łąkach znów postawiły na baczność moją percepcję i skupienie. Dopiero gdy zobaczyłam asfalt prowadzący do mety naprawdę poczułam ulgę. Udało się, zrobiłam więcej niż się spodziewałam, więcej niż oczekiwałam.

Dziewiąty tydzień po operacji kolana. Dalej mi się to w głowie nie mieści. Wygrałam Open wśród kobiet, kilka minut przed drugą Moniką Wroną. Choć moja strata do mężczyzn jest mniej więcej o połowę za duża by myśleć o sensownych wynikach na ważniejszych imprezach. Cierpliwości i zdrowia, tego mi teraz potrzeba a reszta stopniowo przyjdzie. Taką mam nadzieję. Ładnie pojechali koledzy z zespołu – Filip Atłas, Filip Konieczny i Sebastian Globisz. Dziewczyny też dały radę, nie ominęły nas defekty ciała lub sprzętu. Niemniej jednak wszyscy cało na mecie mogliśmy się cieszyć z tej udanej zespołowo niedzieli.

COMMENTS

DISQUS: 0