Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia) – Ochotnica MTB 4 Towers, Ochotnica Dolnafot. Wiktor Bubniak

HomeKomentarze

Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia) – Ochotnica MTB 4 Towers, Ochotnica Dolna

Po czterech dniach wracam z piekła. Ochotnica MTB 4 Towers na dystansie HELL. Nazwa dystansu oddaje charakter wyścigu. Nic dodać, nic ująć. Nie licząc ITT na trzech etapach zrobiliśmy 8 250 m w pionie na niecałych 200 km. Można sobie wyliczyć nastromienie.

Gorczańskie ściany nie mają w sobie nic z finezji sudeckich singli. Pod górę brutalne pchanie po ziemno-kamienistych drogach. W dół nawalanka wymytymi rynnami i polami skalnych gruzowisk. Weryfikacja wytrzymałości sprzętu i zawodnika. Pod górę właściwie tylko dwie opcje: jeśli chcesz się ścigać zaginasz się na maksa i wypychasz, albo stajesz i idziesz z buta. Na pół gwizdka jechać się  po prostu nie da.  Jeden raz w roku, specjalnie na ten wyścig, chowam zębatkę 34 z przodu. Zjazdy to z kolei w znacznej mierze test na mocną psychikę. Niewiele było odcinków trudnych technicznie. Lepsze czasy osiąga ten, kto bardziej zaryzykuje na rozmytych, kamienistych drogach. Na szczęście w trybie wyścigowym wyłącza się myślenie i strach przed glebą.

Podobnie jak rok temu, rywalizacja na najdłuższym dystansie była spektakularnym pojedynkiem do ostatnich kilometrów wyścigu. Tym razem godnym rywalem okazał się Albert Głowa. Dwa etapy wygrałem, dwukrotnie byłem trzeci. Bilans czasów okazał się korzystniejszy dla rywala i rywalizację zakończyłem na drugim miejscu. Czy jest niedosyt? Pewnie tak. Rozczarowanie? Na pewno nie. Włożyłem w treningi dużo pracy, dobrze się przygotowałem i forma była zadowalająca. Przejechałem wyścig bezbłędnie, bez defektów lub upadków. Na wyścigu wykonałem swoją robotę. Jeśli ktoś wie, co znaczy „jechać głową”, to tak od połowy dystansu wyglądał ostatni etap. Z powodu upału i przegrzania wiedziałem, że nie mam żadnych szans na atak i nadrobienie straty niecałych dwóch minut w generalce. Musiałem jak najdłużej utrzymać się z rywalami, nie puszczać koła i nie okazywać, że jadę już na limicie. Czekać na ewentualne błędy, bo wyścig etapowy zawsze jedzie się do ostatniego kilometra. Dociągnąłem tak do połowy ostatniego podjazdu i tu siły mojego orgazmu zupełnie się wyczerpały.

Wyścig z piekła rodem. Póki co, sezon skazany na straty okazuje się obfity w mega atrakcyjne imprezy, dobrą dyspozycję i wyniki. W kalendarzu już czekają zapisane kolejne pozycje. Oby wszystko szło zgodnie planem.

COMMENTS

DISQUS: 0