Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia Wrocław) – Nova Cup, Czechy

Łukasz Klimaszewski (Mitutoyo AZS Wratislavia Wrocław) – Nova Cup, Czechy

Mateusz Rejch (SST Lubcza) – Cyklokarpaty, Pruchnik
Izabela Macutkiewicz (Trezado) – Cisowianka Mazovia MTB Marathon, Olsztyn
Michał Topór – Cyklokarpaty Dukla
Paula Gorycka (Struby BiXS) – Bike Race Langendorf, Szwajcaria
Mateusz Rejch (SST Lubcza) – Cyklokarpaty, Koninki

Nova Cup, Vena Hornych, Mistrzostwa Czech XCM… co to może zwiastować? Jeden z najbardziej przerąbanych maratonów jakie jechałem do tej pory.  Serio. Bardziej zniszczyła mnie chyba tylko trasa Mistrzostw Europy na słowackim Horalu trzy lata temu. 520TSS nieźle wchodzi w nogi. Jednocześnie jeden z bardziej satysfakcjonujących wyników. 20. miejsce open w tej stawce wstydu nie przynosi. Jakąś kategorię jeszcze przy okazji wygrałem, zgarniając żaroodporną brytfankę (sic!) i zapas batoników białkowych, których nie przeżrę chyba przez rok.

Do pokonania było 115 km i 4100m w pionie. Trasa w mniej więcej 1/3 prowadziła korzenistymi singlami szlaku granicznego, co z pewnością dodatkowo wysysało energię. Co ciekawe w niemal połowie przechodziła przez… terytorium Polski. Mieliśmy więc Mistrzostwa Czech niejako u siebie. Okolice Masywu Śnieżnika należą do moich ulubionych. Mam tu zjeżdżone chyba wszystkie szlaki. Jak się okazało, jednak nie wszystkie. Zielony graniczny, Mały Śnieżnik, Trójmorski Wierch. Kto jechał Challenge’a ten zna ten klimat.

Mega trasa, mega poziom sportowy naszych południowych sąsiadów. Umieją się bawić! Najdłuższy dystans ukończyło łącznie… około 170 zawodników! Z czego tylko mniej więcej pierwsza czterdziestka zamknęła się w czasie siedmiu godzin. Gdzie jesteśmy z naszym rodzimym “giga”?

W przygotowania do wyścigu i całego, nietypowego sezonu włożyłem sporo pracy i mogę ocenić, że byłem w naprawdę dobrej dyspozycji. Plan treningów od Cyclo Trener sprawdził się bardzo dobrze. Do ostatnich kilometrów byłem wstanie walczyć o wyrwanie jeszcze choćby jeszcze jednej pozycji wyżej. Ostatnie półtorej godziny były już katorgą. Ale to właśnie lubię najbardziej w długich dystansach. Ten moment wyścigu, gdy kończą się zapasy energii, przychodzi odwodnienie, skurcze, dekoncentracja. Nierzadko jedzie się wielokilometrowy podjazd z tymi samymi rywalami – koło w koło. Niby każdy jedzie swoje i nie ma bezpośredniego kontaktu między rywalami, ale wojna nerwów cały czas trwa. Spojrzenia ukradkiem, podkręcanie tempa, kto wytrzyma, a kto spuchnie. Warto wyszukiwać takie imprezy, warto dla nich trenować.

COMMENTS

DISQUS: 0