Zgrupowanie w ciepłych krajach – warto?

Zgrupowanie w ciepłych krajach – warto?

REKLAMA
Anna Urban (TRW Cloudware) – Club La Santa, Lanzarote
Wyniki 1. etapu Mediterranean Epic 2020
Sara Piasecka (JBG-2 CryoSpace Team): “najgorzej dziś było na teoretycznie najłatwiejszych odcinkach”
Sergio Mantecón Gutierrez nowym zawodnikiem Kross Racing Team
Zawodnicy Kross Racing Team na podium w Hiszpanii

Okres zimowy po nowym roku to moment, w którym tradycyjnie już nasi znajomi przebywający akurat w jakimś ciepłym kraju na południu Europy zaczynają zalewać nas swoimi zdjęciami, niekiedy z dopiskiem “No jak tam w tej Polsce hehe…” Przez większość swojej życiowej przygody z rowerem okres przygotowawczy do sezonu spędzałem zawsze w kraju, uważając tego typu wyjazdy za zbędną fanaberię. Przełom nastąpił w zeszłym roku, kiedy sam po raz pierwszy spróbowałem takiego wypadu, dlatego dzisiaj chciałbym spróbować odpowiedzieć na pytanie “Czy warto” wszystkim osobom będącym w podobnej do mnie sytuacji, czyli nie do końca przekonanym o sensowności takich “zgrupowań”.

Jakoś się tam żyje w tej Hiszpanii…

Pogoda to zła kobieta jest

Pierwszym i najbardziej oczywistym argumentem jest chęć zabezpieczenia się przed warunkami pogodowymi typowymi dla Polski o tej porze roku, znanymi szerzej pod nazwą “zima”. Ta jednak przez ostatnie lata staje się coraz bardziej łaskawa, co może skłaniać do stwierdzenia, że w zasadzie to nie ma potrzeby uciekać w ciepłe miejsca, bo jak ktoś ma trochę samozaparcia, to tak samo może trenować w Polsce. No i rzeczywiście, dopóki sytuacja wygląda tak jak teraz (temperatury nie spadające poniżej lekkiego minusa oraz brak deszczu) jest to całkowita prawda i na tym założeniu opierałem również swoje przygotowania do sezonu przez kilka lat. Wyleczył mnie jednak z niego rok 2018, kiedy cały kluczowy miesiąc przed rozpoczęciem sezonu startowego spędziłem na zmianę walcząc z piętnastostopniowym mrozem oraz deszczem i roztopami, kiedy akurat temperatura wzrosła. Skutek był taki, że przez ten czas nie wykonałem praktycznie żadnego treningu zgodnie z założeniami, w najlepszym razie robiąc jego okrojoną wersję na zewnątrz lub też zaciskając z bezsilnej wściekłości zęby na rolce w garażu. I to jest właśnie problem, który nie dotyczy oczywiście wszystkich, może jednak łatwo dotknąć tych, którzy do swojej formy i wyników sportowych w nadchodzącym sezonie przykładają więcej wagi. Nieprzewidywalność polskiej pogody. Oczywiście można opierać się na prognozach, te jednak bardzo często bywają mylne, tym bardziej im dłuższy czas obejmują. No i jasne, w innych krajach zdarzają się też dziwne wybryki pogody, nie zmienia to jednak faktu, że szansa iż na Majorce spadnie śnieg i będzie -5*C jest nieporównywalnie mniejsza niż na to samo zjawisko w Tarnowie… Sprawa jest więc prosta – jeśli podchodzicie do ścigania i trenowania “na poważnie” i chcecie mieć możliwie dużą pewność, że zrealizujecie swoje treningi, to według mnie profilaktycznie lepiej gdzieś “uciec”.

Tam w tle widać morze

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że w trenowaniu liczy się jakość. Osobną kwestią jest więc to czy da się zrobić 4 – godzinny trening na mrozie, a osobną to jaki przyniesie on realny efekt. Tutaj są różne tezy i opinie i wiele osób twierdzi, że nie ma to żadnego znaczenia i “haratanie” przy każdej pogodzie jak najbardziej ma sens. Ja osobiście widzę jednak po sobie, że w moim przypadku fakt czy przez kilka godzin będę myślał o odmarzających mi palcach lub wodzie chlupiącej w butach, czy też jechał sobie na spokojnie w temperaturze chociażby 10*C ma pewne przełożenie na wykonaną przeze mnie pracę.

Spacerki w wolnym czasie

Ride, eat, sleep

Ten niezwykle ważny aspekt uświadomiło mi dopiero parę tygodni spędzonych w Maladze. Wcześniej zupełnie o nim nie myślałem, okazało się jednak, że ma równie wielkie znaczenie jak samo zabezpieczenie pogody. Mówi się bowiem, że nigdzie nie ma tak dobrze jak w domu, tylko że… czasem dobrze zrobić sobie małą odmianę. Znamy to wszyscy, w życiu codziennym, nawet po powrocie z pracy/szkoły/uczelni zawsze znajduje się masa rzeczy do zrobienia, które nie ważne jak małe, to jednak absorbują nasz czas i energię. Wiecie, takie totalne pierdoły jak sprzątnięcie tego, załatwienie tamtego itd. I nie zrozumcie mnie źle, to jest nieodłączna część naszego życia i nie chodzi mi tutaj o jakieś uciekanie od normalnych obowiązków, faktem jest jednak, że na takim wyjeździe człowiek funkcjonuje zupełnie inaczej. Jeździsz, jesz, śpisz. Oczywiście w dużym uproszczeniu, bo nie wszystko da się porzucić na te kilka, kilkanaście dni (jak na przykład naukę). To jednak była jedna z różnic, które najmocniej zapadły mi w pamięci. Mogłem się skupić na jeżdżeniu i regeneracji, odpadło mnóstwo czynników, które na co dzień “niepotrzebnie'” absorbowały moją energię. Jeśli do tego masz możliwość pozostawienia za sobą swojej pracy bez bycia nieustannie dręczonym telefonami, to jesteś prawdziwym szczęściarzem. Dzięki temu od razu poprawia się nastawienie psychiczne, tak przecież ważne w sporcie.

Nie samym trenowaniem…

Trenowanie trenowaniem, ale oczywiście nie można zapomnieć także o walorach turystyczno – krajoznawczych. Jeśli podchodzicie do tematu “bez napinki” to świetnie, macie wolną rękę i nic nie trzyma Was przed tym, aby swoje rowerowe wypady podporządkować pod zwiedzanie okolicy. Nawet jeśli jesteście jednak ukierunkowani na hardcorowy trening, można przy okazji wiele zobaczyć i czerpać ogromną frajdę z odmiennego krajobrazu. Ilość i typ atrakcji zależy oczywiście od miejsca w jakie pojedziemy, ja mogę tylko z całego serca polecić okolice Malagi. To miejsce jest wspaniałe, z jednej strony mamy nadmorskie plaże, a kilka kilometrów w głąb lądu znajdują się potężne góry oferujące niesamowite widoki. Poza samą Malagą pełną turystycznych atrakcji, około 100km w głąb lądu znajduje się pełna zabytków Grenada, a pobliska Sierra Nevada to już totalny odjazd… Mimo że podczas swojego pobytu nie miałem zbyt wiele dni wolnych, które mogłem poświęcić na zwiedzanie rejonu, to każdy trening był dla mnie przeżyciem samym w sobie z uwagi na krajobraz jaki mnie podczas niego otaczał. To również działało na mnie jak potężny zastrzyk energii i motywacji do pracy. Odczuwam dużą różnicę pomiędzy trenowaniem “z konieczności” w naszej szarej i ponurej o tej porze roku scenerii, a wychodzeniem na każdy, nawet najcięższy trening z uśmiechem, gdzieś w cieplejszym i bardziej słonecznym miejscu.

W Hiszpanii nikt Cię nie rozjedzie (raczej)

Jednym z większych zaskoczeń była dla mnie kultura hiszpańskich kierowców. Sam do teraz zastanawiam się, czy to dlatego że region w którym miałem okazję przebywać jest stosunkowo popularny wśród kolarzy, czy też po prostu tak jeździ się w Hiszpanii. Nie wiem. Faktem jest jednak, że jeżdżąc tam na rowerze można poczuć się jak pełnoprawny uczestnik ruchu, równorzędny z samochodami. Podjeżdżając po niezbyt szerokiej, górskiej drodze z prędkością 15km/h, nigdy nie zostałem wyprzedzony przez samochód w sposób chociaż trochę budzący wątpliwości. Wręcz przeciwnie, przyzwyczajonemu do polskiego stylu jazdy, było mi często wręcz głupio, kiedy ktoś jechał za mną przez 0,5km, mimo że ja jechałem już praktycznie po poboczu, żeby tylko zrobić mu miejsce i nie blokować biedaka. Nic z tego, dopóki nie było (przesadnie) długiej prostej, wszyscy potulnie toczyli się za moimi plecami. Szacun, sam na ich miejscu nie dałbym tak rady. Co ciekawe jadąc w drugą stronę, czyli w dół często miałem sytuacje, że kierowcy przepuszczali mnie życzliwie, kiedy ich doganiałem. Niesłychane.

To nie są dzikie góry, tam jeździłem trenować

Głęboki wdech

Jak słusznie zauważył w komentarzu Michał Ficek, wyjazd poza Polskę w okresie zimowym grzewczym wiąże się z jeszcze jedną zaletą. Zanieczyszczenie powietrza w naszym pięknym kraju często o tej porze roku przekracza wartości krytyczne. Wdychanie składu opału stosowanego przez niektórych mieszkańców niewiele ma wspólnego ze zdrowiem, a niestety jesteśmy na to skazani na dużej części treningów wykonywanych na zewnątrz. Trochę czasu spędzonego w czystym miejscu z pewnością pozwala nieco oczyścić płuca, a przy okazji oddychanie czystym powietrzem przekłada się na lepszą jakość naszego treningu.

Gdzie jechać?

Na to pytanie niestety Wam nie odpowiem. Jak wspomniałem wyżej, w ubiegłym roku przetestowałem na własnej skórze miejscowość Torrox w pobliżu Malagi i z czystym sumieniem mogę polecić ten rejon każdemu. Fotki użyte w tym tekście pochodzą właśnie stamtąd, a wykonał je RoobiShot na obozie organizowanym przez UltraLight. W tym roku prawdopodobnie spróbuję słynnej i najbardziej oklepanej z oklepanych miejscówek, czyli Calpe. Zobaczymy czy rzeczywiście są jakieś realne powody, dla których 1/4 Polski przenosi się tam w lutym ;) Kilku moich znajomych poleca także Majorkę. Świat nie kończy się oczywiście na samej Hiszpanii i do popularnych krajów należą także na przykład Włochy czy Chorwacja. Oferta zorganizowanych wyjazdów jest bardzo szeroka i każdy znajdzie coś dla siebie, w zależności ile czasu oraz pieniędzy chce przeznaczyć na taką “wycieczkę”. Jeśli natomiast chcecie jechać na własną rękę, myślę że przy wyborze miejsca warto kierować się między innymi odległością do najbliższego lotniska. Ten środek transportu jest zdecydowanie wygodniejszy niż jazda samochodem/autokarem 2-3tys. km w jedną stronę, w dodatku przy odrobinie sprytu można znaleźć na prawdę tanie bilety, a na miejscu wypożyczyć po prostu samochód w rozsądnych pieniądzach. Wypożyczyć można także rowery, a apartamenty do wynajęcia wcale nie są drogie, jeśli więc macie kilku znajomych do podziału kosztów, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby zorganizować się samemu.

No to warto?

To już indywidualna kwestia każdego z Was. Ja przedstawiłem jedynie moje spostrzeżenia spostrzeżenia, które nabyłem w zeszłym roku, kiedy sam przełamałem się i zdecydowałem na taki wyjazd. Moja subiektywna opinia brzmi więc: Jeśli tylko macie taką możliwość oraz pozwala Wam na to budżet, to nie powinniście się zastanawiać CZY JECHAĆ, ale KIEDY I NA ILE :)

Czy warto jechać w takie miejsce? Nawet dla samych widoków

COMMENTS

DISQUS: 0