Amator donosi: “wynik poniżej możliwości zawsze boli” – Bike Maraton, Zdzieszowice

Amator donosi: “wynik poniżej możliwości zawsze boli” – Bike Maraton, Zdzieszowice

Amator donosi: “Jesteś mgłą. Stań na peronie, znajdę tobie miejsce w wagonie…” – Bike Maraton, Wisła
Amator donosi: “Pole, pole, łyse pole…” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Piekoszów
Amator donosi: “Lubię Polanicę. Zawsze dobrze wspominam te zawody.”- Bike Maraton, Polanica Zdrój
Amatorzy donoszą: “Jest lekki niedosyt…” Bike Adventure, Etap I
Amator donosi: “Tym razem ja się zachowałem jak dzieciak” – Bike Maraton, Świeradów Zdrój

Zdzieszowice jakie są, każdy widzi. Wystarczy rzut okiem na mapę. Zawody MTB w Opolskim, ale wokół autostrady A4? Dystans Giga to 1500 m przewyższeń, ale by taką wartość uzyskać, dystans trzeba rozciągać do ponad 80 km. To, co sprawia, że co roku tu przyjeżdżam, to zdecydowanie nie jest techniczne wyzwanie i górskość trasy. To przede wszystkim głód ścigania, a wyjątkowy klimat górniczego miasteczka i dobry dojazd sprawia, że ciężko odpuścić i jakoś zawsze wrażenia z zawodów są zdecydowanie lepsze niż… wrażenia z trasy. A ta co roku jest praktycznie taka sama.

Pogoda była bliska załamania w okolicy dnia zawodów, w Katowicach od samego rana lało, we Wrocławiu poranek suchy, ale zachmurzenie pełne. Na miejscu też chmury i ledwo kilkanaście stopni. Po dojechaniu na parking nie chce mi się z auta wychodzić do ostatniej chwili. Dzięki osobnemu startowi Giga, też tak naprawdę nie jest to do niczego potrzebne, bo z nikim siłować w bramce się nie trzeba, kolejki chętnych na ten najcięższy dystans nie ma. Zbieram się do jazdy około 10-15 minut przed startem. Wycieczka w lasek i próba przejechania ostatnich kilkuset metrów trasy niestety przynosi przykre niespodzianki. Zawodnik absolutnie topowej drużyny mtb roznegliżowany do zera kuca przy drzewku. Jeśli budżet pozwala na dedykowanego busa, zapasowe koła, obsługę i wsparcie techniczne (ostatnio widziałem, że wożą ze sobą nawet karchera), to może pora zacząć jeździć z własnym toitoiem? Najwyraźniej te dostarczone przez organizatora i infrastruktura szkolna (kolejne toalety i prysznice) to za mało i grubsze potrzeby prosi załatwiają w lesie. Trochę wstyd!

Na szczęście z tym topowym teamem ścigać mogą się tylko wybitni i naprawdę mocno wytrenowani kolarze, więc mi to nie grozi i pozostawiam niesmak za sobą. 10:00, ruszamy i spokojnie mkniemy setką kolarzy na rowerach górskich w górę szosą szerokim… asfaltem. Pierwszy bruk dopiero faktycznie zaczyna realnie rozciągać stawkę. Objeżdżamy słynny amfiteatr, kolejna wspinaczka i bufet na 13 km mijamy bez zatrzymywania się. Na tym etapie “górskie” ściganie się ustępuje walce w grupkach od wsi do wsi, pod autostradą i nawrotka wokół niej. Na szutrach koło kamieniołomu w tylne koło wkręca mi się patyk. Gdyby nie to, że tętno od dłuższego czasu nie schodzi poniżej 170 bpm, to by co najmniej do tej wartości dobiło, bo taka przygoda kończy się często wycofaniem z wyścigu i drogim serwisem: szprychy, przerzutka, w najlżejszym przypadku tylko hak. Na szczęście patyk był duży, ale kruchy i jeszcze przed zatrzymaniem pękł na dwie części. Po walce z jego wydobyciem i ponownym założeniu jestem wybity z rytmu. Pozycja w stawce, o którą tak mocno walczyłem i która tak wiele znaczy na “płaskim”, spadła wyraźnie.

Prawdziwe problemy jednak spotykają mnie na 44 km, który okazuje się być 13 km dla krótszych dystansów, a że te ruszyły równo godzinę po nas, wpadam w tłum zawodników znacząco wolniejszych ode mnie – słabszych fizycznie i gorszych technicznie. Zaciskam zęby, uzbrojony w cierpliwość i szacunek pokonuję ciasne fragmenty, ale w wyścigu na moim dystansie po raz kolejny tracę czas do tych, z którymi ciągnąłem razem pierwsze półtorej godziny. Wynik, wiadomo, że nie byłby rewelacyjny, ale problem tkwi w tym, że będzie poniżej możliwości, a to zawsze boli, bez względu na to, czy jesteśmy olimpijskim medalistą, czy jedziemy drugi raz na zawodach MTB. Na szczęście na drugiej pętli udaje mi się znaleźć paru kolegów – dzieli nas 20 lat wiekowo, ale tempo mamy wspólne i razem nadrabiamy straty. Na metę wjeżdżam jednak głównie zniesmaczony, ale przede wszystkim wspomnieniem reprezentanta “pro teamu” w krzakach.

Zdzieszowice i organizator razem z lokalną orkiestrą jak co roku zrobiło wszystko co w ich mocy by klimat był. Szkoda niedopasowanego połączenia dystansów. Pojawia się pytanie, czy przerwa między startem giga i reszty nie powinna być innej długości pod tę trasę? Wystarczyłoby nas wypuścić 20 minut później i byłoby dużo lepiej, wpadlibyśmy wtedy na podobnych do siebie (mega vs giga). Jeśli trasy nie da się dostosować, są inne rozwiązania. Tak czy siak, za rok i tak tu wrócę. Może tym razem pogoda będzie dopisywać, a ja w pobliski lasek już na wszelki wypadek nie będę zaglądał.

COMMENTS

DISQUS: 0