Amator donosi: “pierwsze w tym roku góry szybko weryfikują co kto ma” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo

Amator donosi: “pierwsze w tym roku góry szybko weryfikują co kto ma” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo

Amator donosi: “kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie” – Kellys Cyklokarpaty, Koninki
Amator donosi: “rzeź” zwana również “pure mtb” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim
Amator donosi: to było MTB z prawdziwego zdarzenia – Mazovia MTB, Puławy
Amator donosi: “jak te konie po betonie…” – Bike Maraton, Zdzieszowice
Amator donosi: “frekwencja rośnie, ale umiejętności techniczne środka stawki już nie” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Pamiętam moje pierwsze wycieczki do Barda, czysto turystyczne, wiele lat temu. Klimat miasta był, cóż, nieco dresiarski. Już wtedy jednak fanom MTB lokalizacja była znana, zjazd z góry kaplicznej to lokalny klasyk – stromo, korzenie, spore głazy. Startujący w Sudety MTB Challenge wiedzą, o jaką trasę chodzi. Na przekór jednego i drugiego od paru lat lokalni “górale” zjeżdżają się do Barda i przemierzają trasę po drugiej stronie przełęczy.

Start spod nowo zbudowanego hotelu z roku na rok wygląda co raz mniej dziko a coraz bardziej… luksusowo. Okolica zmienia się nie do poznania, a do tego w 2019 otrzymujemy kolejne odcinki Singletrack Glacensis. Kontrast pogodowy między Bardem a Miękinią tydzień wcześniej jest porażający. Kominiarka, zimowe rękawiczki, nogawki i izotermiczny bidon zostawiłem w domu, a przed udaniem się na start rękawki wrzuciłem do auta. Połowa kwietnia, góry, a my jedziemy na krótko.

Start z “dołu”, czyli mostu w pobliżu rynku zapewnia nam rozciągnięcie stawki na starcie. Oprócz mnie, na zawody w Wielką Sobotę skusiło się ponad 400 osób. Całkiem nieźle, jak na taką lokalną zabawę w Święta. Pierwsze w tym roku góry szybko weryfikują co kto ma, bądź nie ma, w nogach, i to lubię. Otwierająca połowa pętli to kilka szerokich podjazdów, kawałek po płaskim – a wszystko to, by dojechać do nowo zbudowanych singli dosłownie kilka kilometrów od znanych na całą Polskę tras enduro w Srebrnej Górze.

Na singlach przypominam sobie, że jestem… amatorem. Wiem już, że o top 10 dzisiaj nie powalczę, to i nie ma sensu się spinać. Gdy widzę, że lokalny zawodnik za mną utknął, puszczam go po wewnętrznej bandy przy pierwszej okazji. W zamian dostaję słowa otuchy i zachętę do wspólnej gonitwy. Dobrze jest być amatorem, a przede wszystkim dobrze jest podchodzić na luzie do pasji. Końcówka pętli wywołuje mocny kryzys, bo na koniec dostajemy strome ścianki XC i po najcięższej trzeba podjąć decyzję – kończymy, czy wjeżdżamy na drugą pętlę. Ból zachęca do rezygnacji, zdrowy rozsądek i ambicje mówią – jedź dalej. Gdy po raz drugi przepycham rower po płaskim, z pozoru się poddaję – nie ma sensu samotnie tego ciągnąć, czekam aż złapie mnie dwójka za mną. Razem ucinamy sobie krótką pogawędkę i wjeżdżamy w góry.

Tam wracam w naturalne środowisko i im stromiej, tym mocniej oddalam się ponownie. W głowie siedzi mi cały czas, że nie można odpuszczać kumplowi z klubu, który uciekł z pola widzenia. Konsekwentna praca i rozluźnienie na płaskim robi swoje i po 3/4 trasy widzimy się. Czuję rezerwy, więc rozpoczynam dalszą walkę, doganiam kolejne osoby, ale gdy widzę ziomka na fullu, celowo puszczam go na singlach przodem – w zamian tym razem nic, żadnego dziękuję, zero reakcji. Trochę kontrast w porównaniu z tym, do czego przywykłem w środku stawki, no ale trudno… Mówię sobię “jeszcze mu pokażę”, trzymam się mu na kole, czekam na te końcowe ścianki XC i wtedy wyciskam wszystko co jeszcze zostało wyprzedzając jeszcze dwie osoby na ostatnią chwilę, w tym nieodzywającego się kolegę na fullu.

Z pełną satysfakcją wjeżdżam na metę i nie mogę się doczekać kolejnego startu w Pucharze. Na koniec majówki jedziemy do Walimia, które co roku oferuje wrażenia ekstremalne, blisko 2000 m przewyższeń na około 45 km i szlaki wokół Wielkiej Sowy, łącznie z widokami, to jest coś, co mocno trzyma mnie korzeniami na Dolnym śląsku.

COMMENTS

DISQUS: 0