Amator donosi: “Po co to wszystko?” – Kellys Cyklokarpaty, Dukla

Amator donosi: “Po co to wszystko?” – Kellys Cyklokarpaty, Dukla

Amator donosi: “to była lekcja pokory” – Kellys Cyklokarpaty, Kasina Wielka
Amator donosi: “to jest ciężki maraton” – Kellys Cyklokarpaty, Kluszkowce
Donosiciel poszukiwany!!!
Amator donosi: “kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie” – Kellys Cyklokarpaty, Koninki
Amator donosi: “Banany wywołują mieszane uczucia” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Miedziana Góra

W piątek, jak zwykle dzień przed zawodami, przyjąłem dwie porządne porcje węglowodanów. Przez moje gapiostwo idealnie przygotowana przedwyścigowa dieta nieomal poszłaby na marne, gdyż okazało się, że tym razem maraton był w niedziele.

W sobotę od rana lało. Wszyscy, którzy startowali w ubiegłym roku, wiedzieli co to oznacza na tej trasie. W sobotę rano, po wymianie zdań z teamowymi kolegami, podjęliśmy decyzję, że nie jedziemy, bo szkoda sprzętu. Zapowiadał się długi i wymagający wyścig. Zmagania na dystansie Mega mogłyby potrwać ponad 4 godziny. Jednak około godziny 15 organizator opublikował zmienione trasy wyścigu. Kolejna szybka narada i tym razem podjęta zostaje ostateczna decyzja o starcie w Dukli. W tym czasie zdążyłem znaleźć dwa alternatywne wyścigi w okolicy, ale ostatecznie nie żałuję wyboru Cyklokarpat. Decyzja o zmianach na trasie była najlepszą jaką mógł podjąć organizator. Dzięki niej udało się zaspokoić większość zawodników, i tych, którzy lubią błoto, i tych, którzy wolą szutry, asfalt czy każde inne opcje terenowe. W niedzielę budzik rozdzwonił się praktycznie w środku nocy. Taka jest cena startowania w ciekawych wyścigach, niekoniecznie pod domem. Szybko jednak przekonałem się, że warto było wstać tak wcześnie.

Po wyjeździe sprzed domu przywitał mnie piękny wschód słońca przebijający się pomiędzy mgłami pokrywającymi okoliczne tereny. Podobnie sytuacja wyglądała w Dukli, jednak tam, poza mgłą, nie było nic widać, nawet najmniejszych przebłysków słońca. Na rozgrzewce zagadałem się ze znajomym zawodnikiem przez co wszedłem do sektora na szarym końcu. Pierwsze kilometry trasy pokonaliśmy bardzo spokojnym tempem. Momentami było niebezpiecznie. Spowodowały to nadjeżdżające z przeciwka samochody. Kilka przejazdów przez rzeczkę i po zjeździe z asfaltu zaczął się szutrowy podjazd. Dosyć długi, naciągnął stawkę, każdy z zawodników odnalazł swoje miejsce w szyku, w większości także odpowiadającą tempu grupkę. Później bufet, kolejny krótki podjazd, trochę płaskich szutrów. Następnie wpadliśmy na najładniejszy, przynajmniej według mnie, element trasy – klimatyczny leśny singiel z tendencją lekko wznoszącą. Wyglądał niczym z bajki. W tym czasie wyszło słońce. Następnie pojawił się kolejny podjazd, początkowo po asfalcie, na końcu którego znajdował się ostatni bufet. Po jego minięciu okazało się, że jednak organizator nie usunął z trasy wszystkich błotnych odcinków. Podjazd nie był łatwy. Ślizgające się w miejscu koła, a także mijani zawodnicy z krótkiego dystansu nie ułatwiali jego pokonywania.

Tempo spadło, niektórzy biegli, inni powoli wtaczali się pod górę, niejednokrotnie klnąc pod nosem. Następujący po nim zjazd trawersem z kamieniami i korzeniami wystającymi z zbocza był bardzo śliski. Momentami trzeba było się zatrzymać i przebiec kawałek. Było to zdecydowanie lepsze niż perspektywa zsunięcia się po stromym stoku. Następnie pojawiły się koleiny. Niektórzy wpadali w kałuże i nie mogli się z nich później wydostać. Mam nadzieję, że nikt nie zgubił, ani nie utopił butów. Sporo osób przestrzeliło jeden z zakrętów. Dzięki temu wyjechali w pobliskiej wiosce trafiając akurat na trwającą w kościele mszę. Do mety pozostał jeszcze jeden podjazd i zjazd. Niestety warunki bliźniaczo podobne do tych na poprzednim podjeździe – jedno wielkie bagno. Mimo tego bawiłem się świetnie. Gorzej jechało mi się w pierwszej, łatwiejszej części, niż w drugiej, trudniejszej technicznie. Błoto z roweru udało się zmyć myjką, a z ubrań wyprać, więc nie ma tragedii.

Podczas drogi powrotnej, przy zachodzącym słońcu nurtowała mnie jedna myśl: “Po co to wszystko?”. Po co ten wysiłek? Cały dzień spędziłem poza domem i co z tego mam. Wiem jednak, że jest to po prostu pasja. Zamiłowanie do roweru, bez którego, od pewnego czasu, nie wyobrażam sobie życia. Ludzie, których spotykam na maratonach, pokonujący wiele trudności każdego dnia, jednocześnie czerpiący frajdę z tarzania się w błocie w swoim wolnym czasie, w odległej (dla mnie) Dukli.

COMMENTS

DISQUS: 0