Amator donosi: “abstrakcyjne marzenia o mecie” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba

Amator donosi: “abstrakcyjne marzenia o mecie” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba

Amator donosi: “trasa z pazurem” – Bike Maraton Wałbrzych
Amator donosi: “DNF, ale była walka do końca” – Bike Atelier MTB Maraton, Rybnik
Amator donosi – Bike Maraton, Kielce

Przełom czerwca i lipca upływa pod znakiem “ultra” i “extreme” maratonów. W Głuszycy niestety nie udało mi się pojawić, na szczęście wszystko zgodnie z planem poszło z wyjazdem do Szklarskiej Poręby. Naczytałem się relacji autorstwa Mikołaja Jurkowlańca, też od czasu do czasu udaje mi się pogadać z Łukaszem Klimaszewskim, więc stając się na starcie przy wyciągu bardzo chciałem być jak oni, mimo, że kondycyjnie brakuje mi do nich jeszcze paru lat świetlnych ;) Taka dola amatora, że porównujemy się nawet na lokalnym podwórku z tymi, których pewnie nigdy nie dogonimy. Ja też, podobnie jak Mikołaj, przed tym startem tylko 4 razy w tym roku pokonałem dystans dłuższy niż 100 km, ale poziom przygotowania mimo tego mam o połowę słabszy. Strava mówi, że różnica na 2018 wynosi 100 godzin spędzonych na rowerze, natomiast w dystansie jest dwukrotna. Lekko przeraża mnie jeszcze myśl, że nigdy w tak ciężkich zawodach nie uczestniczyłem. Jest spora niepewność czy w ogóle mi się uda, ale ustalam dla samego siebie cel – zmieścić się w 6h. Pakuję w kieszonki 6 żeli, dwa naturalne batony po kolejne 200 kalorii i tabletkę dekstrozy. Jak do tego dołożyć jeszcze bidony, to wychodzi, że samym pakunkiem prawie pokrywam średnie dzienne zapotrzebowanie człowieka na kalorie :) Cel – nie umrzeć z głodu, nie zajechać się w trupa wcześniej niż 2 km przed metą.

Ruszam chwilę po 11 razem z pierwszym sektorem. “Zawodnicy UCI” już gdzieś nam uciekli za zakrętem, ale tutaj jest wciąż się z kim ścigać i łatwo przeszarżować. Jadę swoje, ale z myślą o tym, że pierwszy podjazd nie jest tu długi, a pierwszy zjazd mocno techniczny i ciasny, jednak trochę dokręcam, żeby nie utknąć za kimś, bo niestety na Bikemaratonach nawet w towarzystwie pierwszego sektora technika często kuleje. Efekt to wyrównany Personal Record na tym segmencie o około 6 minut, podjazd też PR ;) I tak naprawdę to już na trasie czułem, że te osobiste rekordy wyrównuję bądź biję, więc szybko staram się siebie z samego zdyscyplinować – mamy dzisiaj 100 km do zrobienia i 3300 przewyższeń, nie o PRy tu chodzi. Około 20 km okazuje się jednak, że kulawa technika pierwszego sektora to nic przy zgrzycie, jaki zapewnił organizator. Rzut okiem na mapę dla tych, co nie byli. Na odcinku bardzo mocno technicznym pomiędzy szczytami i skałkami na południe od Piechowic, dystanse Mega i Giga łączą się Mini. Efekt jest prosty – nerwy, krzyki, pretensje. Dobrze jest, gdy tylko na tym się kończy, bo sytuacja jest po prostu niebezpieczna. Na ciasnych stromych fragmentach nagle obok siebie rywalizują zawodnicy na kompletnie innych poziomach. Ci szybsi spinają się o blokowanie drogi przez często dwukrotnie wolniejszych. Ci drudzy jadą i tak na maksa swoich możliwości, zestresowani trudnością zjazdu, są jeszcze ponaglani przez o wiele sprawniejszych zawodników. Totalny bezsens i niepotrzebna nerwówka. Z absurdalną ulgą wyjeżdżam w końcu na asfalt i “ostateczny rozjazd”.

Trochę się wkurzyłem na tę sytuację, ale nic na to nie poradzę. W Górzyńcu dogania mnie znajomy z centralnej Polski, który ma podobny poziom co ja, ale rzadko odwiedza nasze strony i efekt jest taki, że rozjeżdżają mi się priorytety. Na podjeździe zamiast grzecznie na zmianę pchać jeden za drugim ustawiamy się równolegle i ucinamy sobie kilkunastominutową pogawędkę. Z punktu widzenia wyniku – marnotrawstwo podwójne, z punktu widzenia radości z jazdy – dlaczego nie? Po krótkim zjeździe zostaję jednak sam. Jak się okazało, kumpla dopadł brak ciśnienia w oponie. Nie jest źle, bo akurat wjeżdżamy w szczytowe fragmenty i jazdę singlami. Może dogonię kolegę z teamu, który mi uciekł akurat nieco skutecznie przebijając się przez zawodników mini? Próbuję, na dłuższych fragmentach sięgam go wzrokiem, dzielą nas około dwie minuty. Cisnę, cisnę non stop, ale cały czas sam. Na przemian też jem, jem i piję ;) I tak w kółko. Samotna jazda jednak w drugiej połowie daje się we znaki. Słabnę, każdy kolejny podjazd jedzie mi się coraz ciężej. W pewnym momencie już mocno odpuszczam, bo jakoś muszę przeżyć cały dystans. Nawet gdy w końcu mnie ktoś “łapie”, nie jestem w stanie utrzymać się na kole – jest niedobrze, jest źle, jest ciężko.

Wymuszona aktywna regeneracja trwa do ostatniego bufetu, który jest 19 km przed metą i zapowiada ostatnie 600 m podjazdu, w tym 400 do pokonania od razu za jednym zamachem. A ja bym chciał już do domu :) Odpoczynek jednak pomógł i te 400 metrów podjazdu pokonuję w stanie, który można względnie nazwać “świeżym”. Nogi nie protestują, zadyszka nie łapie, tętno nie szaleje. Wcinam tabsa z dekstrozą, ale to nie pomaga i zaczynam powoli odpadać na ostatnich 50 metrach pod górę. Ostatnie 5-10 kilometrów to już niestety agonia. Batony i żele się skończyły, energia też. Zostały tylko marzenia o mecie, które wydają się równie abstrakcyjne i odległe, co chęci zostania strażakiem z pierwszej klasy podstawówki. Nie pomaga też to, że kompletnie brakuje tabliczek odliczających dystans do mety. Nie było ani jednej. Co poszło nie tak? Mimo ogłoszeń i ostrzeżeń dla pieszych na co drugim drzewie, na szybszym szutrowym fragmencie muszę się wydzierać na grupkę siedmiu turystów, którzy akurat postanowili maszerować całą szerokością zmuszając mnie do hamowania. Wściekłość mnie bierze niemała, że znowu muszę dokręcać, teraz gdy każdy obrót korbą jest dziesięciokrotnie cięższy niż zwykle. Mam nadzieję, że mi wybaczą, ale że też następnym razem będą się nieco rozważniej przemieszczać, gdy znajdą się na trasie wyścigu.

Wyczekuję jakichkolwiek znaków wskazujących na metę, tabliczek nie ma, więc wytężam słuch i szukam w głowie wspomnień z poprzednich edycji. Gdzieś ten koniec musi być. W końcu słyszę spikera, coraz bliżej i bliżej. Wjeżdżam na metę i kładę się na trawie. Nie mam siły jeść, nie mam chęci się ruszyć. Gdy w końcu decyduję się na ryż, okazuje się być mocno bez smaku. Dostaję w prezencie też suszonego ananasa – ten już lepszy, ale również nie powala. No i przy okazji kolejne doświadczenie – jak się dowiaduję kolejnego dnia rano, ten sam ananas potrafi smakować zupełnie inaczej. Warto pamiętać o tym, że taki wysiłek też może nam redukować działanie receptorów, również tych smakowych, gdy kolejny raz będziemy wylewać pomyje opiniami na temat posiłków serwowanych przez organizatora. Czy za rok zdecyduję się na to samo? Na pewno warto z myślą o takich zawodach o wiele wcześniej rozpocząć budowanie formy. Jeśli jednak ponownie trasy różnych dystansów będą się łączyć w niespodziewanych miejscach, to mimo sytości tych fragmentów, nie jestem pewien czy warto.

COMMENTS

WORDPRESS: 0
DISQUS: 0