Amator donosi: “no, było to przepiękne!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Głuszyca

Amator donosi: “no, było to przepiękne!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Głuszyca

Amator donosi: “frekwencja rośnie, ale umiejętności techniczne środka stawki już nie” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim
Amator Donosi: “świąteczny rowerowy zawrót głowy!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo
Amator donosi: “to mogło przejść tylko na mniejszych zawodach” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bielawa
Amator donosi: “najcięższy podjazd w moim życiu” – Ochotnica MTB 4 Towers #2
Amator donosi: “trochę znudzony maratonami wybrałem XCO”- Mała Liga XC, Józefów

Po pięciu zaliczonych wyścigach w tym sezonie przebija się jeden główny motyw. Pogoda na naszym lokalnym podwórku rozpieszcza. Ulewy i burze przechodzą przez południowo-zachodnią Polskę zazwyczaj w środku tygodnia i do soboty i niedzieli wszystko już w miarę solidnie przesycha :) Dzięki temu, po raz pierwszy od paru dobrych lat, Głuszyca, miejscowość z bardzo długimi tradycjami MTB, doczekała się wyścigu w słońcu i z ilością błota, która była do przełknięcia dla każdego.

Sporo zamieszania było przed zawodami z trasą – niby wszystko było opublikowane, ale dwa źródła miały rozbieżność w dystansie około 5 km i kilkuset metrów w pionie. To dużo. Ludzie dopytywali na facebooku przed zawodami, zawodnicy siebie nawzajem też na trasie. Muszę przyznać, że jestem fanem tych rejonów i przyjeżdżam tu kilkukrotnie każdego roku, więc służyłem paru osobom jako lokalny nawigator-informator :) Opisowo kolegom na trasie przedstawiałem, co ich jeszcze czeka.

Co do samej trasy – no, było to przepiękne! Na mecie połowa stawki, mimo około 50 km i 1850 przewyższeń, zameldowała się po około 3 godzinach. 3/4 trasy to było dokładnie to samo co rok temu, ale o tyle inne i ciekawsze, że w lepszych warunkach. Gigantyczny plus należy się organizatorom za niemalże radykalne jak na lokalne standardy rozdzielenie dwóch dystansów. Wspólne było tylko pierwsze kilkanaście kilometrów, głównie podjazd i wypłaszczenia na szczytach. Przed metą trasa łączyła się na ledwo kilkaset metrów.

Maraton w Głuszycy wrócił też na single pod rybnickim grzbietem. To miejsce już chyba legendarne, do czego dokładają się działania leśników w tym rejonie, którzy niejeden fragment lokalnych tras w ostatnich latach przeorali, a wcześniej bywały one regularnie nieuprzątnięte z powalonych pni. Będę się nad tym rozwodził, ale serio warto. Segment na stravie ma około 3,3 km, w tym kierunku prowadził raczej w dół, a KOM miał średnią prędkość 26,6 km/h. Teraz, ci co nie byli, muszą sobie wyobrazić, że tym właśnie tempem pokonuje się wąski i kręty trawers wzdłuż stromego zbocza. Kilkukrotnie trzeba jechać po “bandzie”, bo przecinka na wprost sprawiłaby, że momentalnie zjechalibyśmy gwałtownie w dół. Podłoże jest ziemne, w tym miejscu bardzo suche, ale “przyozdobione” kamieniami i korzeniami. Singiel do tego stopnia zarósł, że miejscami jedziemy na ślepo przez chaszcze brzóz i leśnych krzaczków. Na krótkim fragmencie doświadczamy “rozróby leśników” i rozłożystego fragmentu całego w kamieniach z wielkimi pociętymi pniami rozstawionymi na skarpie – trochę smutny, ale niezapomniany widok. Niestety, mam wrażenie, że w ostatnich paru latach jakoś wzmogło się postrzeganie przez leśników lasu jako ich własnej gigantycznej uprawy, bez należnego szacunku dla pozostałych jego funkcji dla reszty społeczeństwa.

Zjawiam się na mecie, trochę zawiedziony własnym wynikiem, bo jakoś koncentracja nie sprzyjała – na pierwszych podjazdach ewidentnie się gubiłem, mimo tego, że technikę i sylwetkę do jeżdżenia stromo pod górę mam. No i kolega z teamu mi gdzieś połowie trasy uciekł, bo na kolejnym podjeździe włączyłem tryb oszczędzania. Jedyny znaczący minus należy się organizatorowi za bufet na mecie. Na innych edycjach Pucharu Strefy czekają na nas ciasta, pączki, owoce, ciepły posiłek, tutaj był chyba tylko makaron i izotonik, reszty mocno brakowało. Może Mini wszystko zjadło?

Maraton w Głuszycy pokazał jednak górski pazur i udowodnił, że “pure MTB” może być też szybkie – zwycięzca miał średnią 22 km/h. A stromych podjazdów i zjazdów wcale nie brakowało. Szutrów w dół było praktycznie zero, łącznie może 500 m asfaltu. Jedyne, co mi się nie spodobało, to fragment poprowadzony liściastym wąwozem, gdzie nawet nie było jak wykryć wzrokiem patyków, które podbijane niejednemu wlatywały między szprychy. Jak widać, w tej części Sudetów wszystko zależy od inwencji organizatorów w trasie :) A ci mieli odwagę wrócić na nieco zapuszczone i zapomniane odcinki lokalnych tras i też gdy stanęli przed wyborem wytyczenia trasy szutrem, bądź na dziko przez łąki i troszkę błota, byli nieustępliwi i wybrali to drugie. Chwała im za ich wybory.

COMMENTS

DISQUS: 0