Amator donosi: “Lubię Polanicę. Zawsze dobrze wspominam te zawody.”- Bike Maraton, Polanica Zdrój

Amator donosi: “Lubię Polanicę. Zawsze dobrze wspominam te zawody.”- Bike Maraton, Polanica Zdrój

Amator donosi: “po każdej edycji mówiłem, że trudniejsza już być nie może” – Kellys Cyklokarpaty, Rzyki
Amator donosi: “to mogło przejść tylko na mniejszych zawodach” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bielawa
Amator donosi: “Walim po łydach walim!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim
Amator donosi: “bo brudne dzieci to szczęśliwe dzieci” – Gorce Champion, Waksmund, Łopuszna
Amator donosi: “niektórzy narzekają, że ciężko…” – Kellys Cyklokarpaty, Przemyśl

Już myślałem, że 2018 wraca do normy znanej z zeszłego sezonu, przynajmniej jeśli chodzi o pogodę. Przez każdy z trzech dni przed zawodami prognozy pogody na Dolny Śląsk zapowiadały burze. I jakie to było pozytywne zaskoczenie, gdy praktyka pokazała, że aż do sobotniego startu, ostatnia przeszła w czwartek! Jeśli chodzi o zabawę, nie mam nic przeciwko jeździe w mokrym, ale chcąc nie wywalać całej masy pieniędzy dosłownie i w przenośni w błoto, jednak cieszę się, gdy jest szansa wystartować w suchych warunkach. Budżet rowerowy pozwoli wtedy na parę startów w roku więcej, a i czasu w tygodniu więcej na jeżdżenie się znajdzie, bo konieczność serwisu dużo mniej prawdopodobna.

Na zawody w Polanicy pod względem rekonesansu byłem przygotowany niczym lokales bądź profesjonalista. Niejedna wycieczka i niejeden start w tych rejonach pozwolił mi poznać tereny do tego stopnia, że spory kawał drogi w aucie tęskniliśmy za starymi dobrymi czasami, gdy trasę można było prowadzić na znacznie cięższych i ciaśniejszych szczytach Piekielnej Góry i Szczytnika. Na szczęście organizator zadbał o fragmenty na Wolarzy i Ostrej Górze. Wiedząc gdzie jadę i jak ciasny jest zjazd z pierwszego szczytu, cisnąłem w miarę możliwości od samego startu. Pomogła w tym spora dawka kofeiny z kawy typu specialty, oczywiście bez mleka ;) Było bardzo dobrze, po 40 minutach jazdy około 20 pozycji Giga Open, ponownie po długiej przerwie widzę, że mam szansę dojechać na metę przed pierwszą zawodniczką. Jak się okazuje i to jednak nie pomogło drugi weekend z rzędu utknąć w korku na zjeździe. Zachowałem spokój, co jednak gorsze, nie oszczędziłem i nie skalkulowałem sił. Kolejny długi podjazd poprowadzony był po starej wyboistej przysypanej kostce i wyszedł na jaw kolejny błąd w przygotowaniach – za wysokie ciśnienie w oponie. Kompletnie o tym zapomniałem dopompowując dzień przed do 2 barów. Tak, przy 70 kilo nikt rozsądny chyba nie jeździ zawodów przy rekomendowanych przez producentów wartościach.

Gdy z top 20 zrobiło się top 50, trzeba było zrzucić na dużo niższy bieg. Kolejny podjazd i na bufecie 39 km z około 78 km dostaję kubek izotoniku od samego głównodowodzącego imprezą, Macieja Grabka. Zatrzymuję się za jego plecami, zaliczam minutowy pitstop na redukcję ciśnienia z przodu i z tyłu. Magia, nagle nie muszę szarpać się z rowerem na każdej nierówności, nieco się zregenerowałem i ruszyłem z pościgiem na miarę moich możliwości. Kamienny podjazd wchodzi dużo lepiej, wyprzedzam z prędkością jeden zawodnik na kilometr. Konsekwentnie odzyskuję pozycję w stawce, tym razem na płaskim rozsądnie nie ciągnę całych fragmentów grupy, nie próbuję też nikogo urwać. Pogoda w tym momencie też zaskakuje. Miała być burza, wyszło słońce. Na szczęście kamizelka z pełnym zamkiem rzucona na wierzch krótkiego rękawa pozwala zachować komfort termiczny w dosyć sporym zakresie temperatur. Nogi nie dają wyboru, do ostatniego długiego podjazdu muszę podejść na spokojnie. Pod koniec, gdy nieco jednak dokręcam, miga mi nawet parę minut przed oczami kolega, którego już nie miałem nadziei dziś dogonić. Pojawia się motywacyjny kop.

Ostatnie 10 km jest bardzo szybkie. Udaje się minąć parę znanych twarzy z krótszych dystansów, to zawsze wywołuje uśmiech. Gorzej, że kolegę z teamu, który to tempo top 20 giga cały czas trzymał, również mijam, gdy ten wykonuje w krzakach przysiady z dętką w ręku. Świadomość, że jest już bardzo blisko pozwala uruchomić ostatnie rezerwy sił, utrzymać pełne skupienie na zjazdach, dokręcać na króciutkich wzniesieniach. Przejeżdżam przez metę, czuję szczęście mimo tego, że cel w wynikach nie został osiągnięty. Lubię Polanicę. Zawsze dobrze wspominam te zawody, nawet jeśli pogoda nie dopisuje, czy też sprzęt. Tym razem zabrakło tylko kondycji i sił na te ponad 3,5 godziny jazdy. Nie bez powodu jednak wspomniany Maciej Grabek tylko raz w przeciągu 18 lat nie zorganizował tu edycji Bikemaratonu. Jest po co wracać, nawet jeśli wiemy, że sporo trasy to na ten moment szutry. Atmosfera i korzystne niskie i ciepłe położenie gór pozwala co roku np. właśnie już na początku maja zorganizować bardzo przyzwoite zawody. Tylko tego Szczytnika i Piekielnej Góry żal, ale niestety to nie są miejsca, gdzie 1000 kolarzy jednocześnie da się wcisnąć. Może by tak za rok osobna pętla Giga chociaż na końcówce? ;) Wtedy byłoby tu idealnie.

COMMENTS

DISQUS: 0