Amator donosi: “niektórzy narzekają, że ciężko…” – Kellys Cyklokarpaty, Przemyśl

Amator donosi: “niektórzy narzekają, że ciężko…” – Kellys Cyklokarpaty, Przemyśl

Amator donosi: “pierwsze w tym roku góry szybko weryfikują co kto ma” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo
Amator donosi: “czuć wzajemny szacunek i wspólny cel” – Ultra Bike Maraton, Szklarska Poręba
Amator donosi: “To był niezły trening” – Bike Atelier Road, Psary
Amator donosi: “przewyższeń nie oszukasz” – Kellys Cyklokarpaty, Kluszkowce
Amatorzy Donoszą: “Ale jak to Challenge bez Śnieżnika!!??” Sudety MTB Challenge, Etap I

Zapowiadało się, że w tym roku to Przemyśl będzie dla mnie inauguracją startów w Cyklokarpatach. Jednak przez wcześniejsze problemy sprzętowe start w imprezie do samego końca stał pod znakiem zapytania. Na szczęście wszystko udało się dopiąć na ostatni guzik i w sobotni, słoneczny poranek siedziałem w busie mknącym autostradą w kierunku wschodniej granicy naszego kraju.

Trasa, mimo sporej odległości, minęła bardzo szybko. Właściwie była to najdalej położona miejscówka, względem mojego miejsca zamieszkania, gdzie miałem okazję startować. Są to dla mnie raczej nieznane tereny, ale po dzisiejszym starcie z wielką chęcią powrócę w te rejony. Jak się okazało, Przemyśl jest bardzo klimatycznym miastem, z ładnym zabytkowym rynkiem i dużą ilością kościołów. W bliskim sąsiedztwie biura zawodów znajdowała się również lodziarnia. Każdy kolarz dobrze wie, że jest ona stałym i najważniejszym punktem po zawodach, szczególnie przy tak pięknej pogodzie. Mile widziana jest również kawiarnia i/lub restauracja, ale nie przesadzajmy, lodziarnia z szeroką gamą smaków lodów rzemieślniczych bije je na głowę (przynajmniej w moim mniemaniu).

Trasa maratonu bardzo mi odpowiadała, chociaż mogłoby być na niej trochę więcej techniki. Start pod górę, niektórzy narzekają że ciężko i że na początek to nic przyjemnego, ale mi to odpowiada. W takiej sytuacji zawsze po starcie mijam dużą ilość zawodników. Po cofnięciu mnie, z nieznanej dla mnie przyczyny, na granicę przepełnionego drugiego i trzeciego sektora, podjazd ułatwił mi szybkie przebicie się w stawce i złapanie dobrego rytmu na początku zmagań. Trasa sama w sobie bardzo interwałowa, podjazd, zjazd, podjazd, zjazd i tak w kółko. Niestety, po awarii nie zdążyłem dobrze zgrać się z rowerem i kilka razy zdarzyło mi się przestrzelić zakręt, a asekuracyjna jazda na luźnych kamieniach również kosztowała mnie sporo czasu. Nie mówiąc już o tym, że spadł mi łańcuch, ale to każdemu się może zdarzyć. Dobrze, że trafiłem na trasie na brązowego medalistę niedawnych Mistrzostw Europy w maratonie, bo dyktował naprawdę solidne tempo na każdym podjeździe. Szkoda że wybrał najdłuższy dystans, a ja tylko średni, bo owocna współpraca trwałaby dłużej.

W ostatniej części organizator poprowadził trasę downhill’owym singlem w okolicy wyciągu narciarskiego. Niektórzy twierdzili, że był to trudny element i tworzyły się korki. Ja wcale tego nie odczułem. Wręcz przeciwnie, ten element techniczny jechało mi się bardzo dobrze. Należę raczej do grupy zwolenników takich fragmentów na trasie, bo to w końcu jest kolarstwo górskie, a nie jazda po asfalcie albo utwardzonych szerokich drogach pożarowych. Osobiście uważam, że trasa była dobrze oznaczona. Jednak na mecie, okazało się że nie do końca, bo kilku zawodników pomyliło się i zaliczyło DNF’a. Organizator oficjalnie przeprosił za niedopatrzenie, więc coś było na rzeczy.

Super, że dla wszystkich zostały udostępnione prysznice w lokalnej szkole. Fajną inicjatywą były również cegły wręczane na podium (lepsza cegła niż kolejny plastikowy pucharek na półce). Szkoda tylko, że zabrakło bonów, a zamiast nich były nagrody rzeczowe.

Podsumowując, był to kolejny udany wyścigowy weekend z genialną pogodą. Teraz czas chwilę odpocząć i pogrillować podczas majówki, a potem znowu brać się do treningów oraz wyczekiwać kolejnych startów, tym razem już bardziej wymagających.

COMMENTS

DISQUS: 0