Udany weekend startowy dla Taurus30 Cycling Team

HomeINFORMACJE PRASOWE

Udany weekend startowy dla Taurus30 Cycling Team

Bartosz Janowski (Romet Factory Team) – Bike Maraton, Wisła
Rekordowy Bike Atelier MTB Maraton w Gliwicach
Druga runda Pucharu Strefy MTB Sudety 2017 za nami
Buduj z POMBA w Zabrzu, czyli Hasiok do przodu
Bike Maraton Zdzieszowice już w najbliższą sobotę

W ostatni weekend odbyły się dwa maratony: Sobota – 2# Bike Maraton 2017 – Zdzieszowice, Niedziela – Bike Atelier MTB Maraton 2017 – Dąbrowa Górnicza. Niestety pogoda nie była dobrym sprzymierzeńcem dla zawodników. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i pomimo trudnych warunków pogodowych, trasy maratonów zostały świetnie przygotowane. Do zawodów w przystąpili dwaj nasi zawodnicy: Marcin Paproci oraz Tomasz Dygacz. Świetna dyspozycja oraz bardzo dobre przygotowanie pozwoliły na zajęcie bardzo wysokich pozycji. Tomasz Dygacz wywalczył 1 miejsce w swojej kategorii w Bike Atelier MTB Maraton 2017 – Dąbrowa Górnicza.

WYNIKI
2# Bike Maraton 2017 – Zdzieszowice
DYGACZ Tomasz, 4 – OPEN, M2 – 4, 01:46:54

Bike Atelier MTB Maraton 2017 – Dąbrowa Górnicza
DYGACZ TOMASZ, 4 – OPEN, M2 – 1, 02:40:13
PAPROCKI MARCIN, 15 – OPEN, M3 – 6, 02:55:33

KOMENTARZE:

Tomasz Dygacz – podsumowanie ostatniego weekendu

Sobota – 2# Bike Maraton 2017 – Zdzieszowice
Pogoda przed maratonem oraz zdjęcia trasy w śniegu zapowiadały istny terror dla sprzętu a wyścig tylko dla prawdziwych twardzieli. Jak się potem okazało nie było tak strasznie, a nawet całkiem ładnie, bo ostatecznie po starcie wyszło słońce a i śniegu na trasie nie było! Pierwsze zjazdy jechałem zachowawczo przez co straciłem kontakt z czołówką, ale na kolejnych kilometrach udało się ją dogonić. Tak też wspólnie przebiegła większość wyścigu. Na drugim podjeździe pod Górę Świętej Anny mocniej przycisnął na pedały Bartek Huzarski a wraz z nim Mikołaj Jurkowlaniec. Udało im się odskoczyć oraz utrzymać przewagę kilkudziesięciu sekund aż do mety. Mi pozostała walka o 2 miejsce, lecz nogi tego dnia nie bardzo chciały współpracować, co skończyło się jej przekroczeniem na niezbyt zadowalającej 4 pozycji open jak i w kategorii.

Niedziela – Bike Atelier MTB Maraton 2017 – Dąbrowa Górnicza
Inauguracja cyklu udała się w 100%. Jechało mi się dobrze i nie odczuwałem zmęczenia z soboty. Większą część trasy jechałem z Maćkiem Pitach, a dzięki dobrej współpracy szybko uciekały kilometry. Przed nami było 5 osób na szczęście z kategorii z licencją. Nie małym zaskoczeniem był fakt pojawienia się nowych zawodników na trasie, którzy powinni być za nami. Jak się później okazało przez przypadek skrócili oni trasę. Po raz kolejny wyścig zakończyłem 4 open, ale 1 w kategorii bez licencji, wiec kolejny puchar do kolekcji!

Marcin Paprocki – Niedziela – Bike Atelier MTB Maraton 2017 – Dąbrowa Górnicza
Z Bike Atelier Maratonem zetknąłem się po raz pierwszy w zeszłym roku – na imprezie otwierającej sezon dla tego cyklu, właśnie w Dąbrowie Górniczej. Wówczas impreza zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie – zapisy bez większych kolejek, brak opóźnień przy starcie, nieźle przygotowana i doskonale oznakowana trasa. To wszystko pozostawiło obraz naprawdę fajnego cyklu. W zeszłym sezonie kierowały mną jednak inne priorytety w stosunku do dnia dzisiejszego (o czym pisałem tutaj), przez co decydując się na jakiś start, regularnie wybierałem ofertę konkurencji. Teraz znowu stanąłem na starcie Maratonu MTB w Dąbrowie Górniczej. Jeszcze nigdy nie zwlekałem z ostateczną decyzją o wyjeździe na wyścig tak długo jak tym razem. Fakt – start był zaplanowany już dawno temu, ale ja nie mam żadnego sztywnego grafiku narzucanego przez kogokolwiek, dlatego każdy start przy kiepskiej pogodzie odpuszczam. Kiepska pogoda to oczywiście pojęcie względne – w tym przypadku nie miałem zamiaru jechać przy temperaturze poniżej 5’C i/lub padającym deszczu (lub śniegu bo, okazje się, że to wcale nie takie oczywiste). Prognozy poprawiały się przy każdej nowej publikacji… rano zapadła ostateczna decyzja – „jadę!”, mimo, że u mnie w mieście sypał w tym momencie śnieg ?? Śniadanie, szybkie pakowanie gratów i w drogę… a w drodze śnieg, grad, słońce i ostatecznie zachmurzone niebo. Dotarłem o 9:50, więc do startu pozostało ponad półtorej godziny.

Na miejscu parkingowi kierują ruchem. Miejsce postoju zostało mi wyznaczone 500m od biura zawodów, wskakuję na rower i po numerek. Na miejscu obeszło się absolutnie bez kolejek – mimo, że ruch w tym momencie był dosyć spory. Mega plus dla organizatora za ilość osób ogarniających ten temat! Wracając do samochodu stwierdziłem, że przez wiatr jest zimno. Jak dla mnie – cholernie zimno! Skoro jednak przejechałem 90 km samochodem to „trening trzeba odbyć” (najwyżej jak będę marznąć zjadę na dystans dla dzieci, kobiet w ciąży i weekendowych rowerzystów ?? czyli 23 km HOBBY/FAMILY). Alternatywa gorsza niż kąpiel w gorącym oleju, dlatego ubrałem się ciepło – bluza, długie spodnie, ochraniacze na buty… nawet chusta i czapka – i hop na rozgrzewkę. Przejechałem pierwsze 4 km trasy i… sypnęło śniegiem ?? Pięknie się zapowiada :/ Do sektora startowego – jak zawsze – przyszedłem jako jeden z ostatnich. Oj, zdecydowanie muszę popracować nad tym, żeby wcześniej pojawiać się na starcie. Kiedy tak stałem to garmin nagrzał się w słońcu nawet do 16’C – myślę „nie będzie źle”… i nie było?  Start bez opóźnień, ja jechałem z pierwszego sektora więc z ludźmi raczej ogarniętymi w temacie przepychanek, zajeżdżania drogi itp. Po starcie wszystko poszło bez najmniejszych problemów. Pierwsze kilka kilometrów sektor szedł w całości. Rozciągnęło go dopiero kiedy wjechaliśmy w węższą niż typowa szutrowa autostrada, leśną ścieżkę, a całkiem go rozwaliło kiedy pojawiła się na horyzoncie wielka bagnista kałuża. Nie dość, że trzeba było ją „przepłynąć wpław” – a ja z roweru schodzić nie lubię – to jeszcze wybrałem kolejkę, w której jakiś geniusz zahaczył rower o gałąź i blokował innych kilkanaście sekund. Już wtedy wiedziałem jak będzie wyglądać ten wyścig – będę gonić… zresztą jak zwykle. Coś jest z tymi moimi pierwszymi minutami wyścigu, że ja zawsze później muszę nadrabiać. Całe szczęście nie byłem w tym osamotniony – Jakub Cichy z Opony Serafinowski chyba też utknął i w zasadzie razem ciągnęliśmy przez prawie 15 km do momentu kiedy przed pierwszym poważniejszym podjazdem mi odjechał (to był ok. 25 km). Kolejne kilka kilometrów walczyłem solo i muszę przyznać, że całkiem nieźle mi to szło. W okolicach 30 km (w tym kilku podjazdów, zjazdów i technicznych singli) zauważyłem przed sobą kilkuosobową grupkę… tak się na nią zapatrzyłem, że (zupełnie nieświadomie) razem z nimi pomyliłem trasę. W zasadzie to od tego momentu nie działo się za wiele, oprócz tego, że w którymś momencie ponownie pomyliliśmy trasę (ale na baranków ingerujących w oznaczenie rady niestety nie ma). Ostatnie kilometry przed metą to rozgrywka między otaczającymi mnie zawodnikami – tym razem ja byłem dołem. Nie wiem dlaczego, ale podczas wyścigu bardzo mało piłem (0,7l izotoniku) a nowe żele w jakie się uzbroiłem okazały się absolutnym niewypałem zaklejającym gębę więc ich (sic!) nie jadłem. Dokładając do tego wystrzelanie się ciągnąc grupkę i jadąc solo na 5 km przed metą poskutkowało odcięciem prądu (na ostatnich 5 km średnia moc z prawie 3h spadła mi z 298 na 293) i skurczami. Niestety – za głupotę trzeba płacić. Na mecie chłopaki zrobili mnie na cacy, organizator dołożył 15 minut kary za skrócenie 3,3 km (wygląda na to, że niezły podjazd tam musiał być ?? ) i ostatecznie zająłem 6 miejsce w kategorii M30-39 i 15 OPEN.”

COMMENTS

DISQUS: 0