Arkadiusz Posmyk (Diversey Team) – Puchar Niemiec, Kleinmachnow, Niemcy

HomeSportKomentarze

Arkadiusz Posmyk (Diversey Team) – Puchar Niemiec, Kleinmachnow, Niemcy

Od czego by tu zacząć… Jest szczyt sezonu przełajowego. Wszyscy szlifują formę szykując się, a to do kolejnych pucharów, a to do mistrzostw. Imprez w kalendarzu mnóstwo. Jest w czym wybierać.
A może jednak nie?

No bo jak porównać rozgrywany w ramach Pucharu Polski wyścig w Nielubii czy Zielonej Górze do kolarskiego święta, jakim w naszych oczach były zawody w Kleinmachnow pod Berlinem.
Za udziałem w zawodach w Nielubii przemawiałaby możliwość rywalizacji z kolegami z krajowego podwórka oraz możliwość zdobycia kilku punktów do krajowego pucharu. Nie bez znaczenia jest też lokalizacja. To w końcu przysłowiowy „rzut beretem”. My jednak wybraliśmy Kleinmachnov. Wyścig ten od kilku lat gości w naszym kalendarzu. Jeździmy tam po naukę, a nie po puchary. To ważny punkt w przygotowaniach do MŚ. Trzymamy się swego i szukamy jak największej ilości startów u sąsiadów.

W tym roku zawody na wzgórzu Kiebitzberge rozłożono na dwa dni. Na listach startowych interesujących nas kategorii Masters 2 i 3 po przeszło 50 nazwisk. Polaków poza nami brak. Dla sprawiedliwości dodam, że na zawody oprócz nas z Polski przyjechali Wrocławianie: Piotr Rakiewicz i Cecylia Czartoryska, a w niedzielę dołączył Grzegorz Grabarek.



Trasa. Ciekawa. Bo trochę szybka, trochę siłowa, trochę techniczna. Tu korzonek, tam piasek. Jest techniczny zjazd i dynamiczny podjazd. Strat – finisz po asfalcie. kilka przeszkód, które można spróbować przeskoczyć – jak szkoła to szkoła. Wszystko ogrodzone, otaśmowane, przejścia dla kibiców pilnowane przez wolontariuszy-wartowników. Wiadomo, „ornung muss sein”. Wszystko regulaminowo, przepisowo, ale jakoś tak sprawnie, bez chaosu. Na trasie żadnych śmieci, ba nawet liści nie uświadczysz. Nie to, że wygrabione, ale wręcz wymiecione! No cóż, tu wiedzą, że sprzęt kosztuje. Tu każdy się szanuje i to widać i czuć wszędzie. Zapisy sprawnie, szybko. Licencja, kasa, chip i numer… Uśmiech, danke. W biurze termosy z herbatą, kawą, świeże kanapeczki dla wszystkich. Wiadomo, wyścig przełajowy, a tu czysto, pachnie. I tak cały czas. Listy startowe wywieszone. Sędziowie mili, uśmiechnięci. Nawet jeśli zwracają ci uwagę, bo akurat wjechałeś na trasę bez kasku na głowie to zawsze dodadzą na końcu zdania „bitte”. Strefa startu jasno wyznaczona: boksy, linie… Czytają kolejne nazwiska. Wchodzisz do boksu, sprawdzenie szerokość gum, tak profilaktycznie. Nikogo nie dyskwalifikują, no bo jak?… Tu przecież wszyscy wiedzą, że do CX guma max 33 mm. Wszyscy zajmują miejsca w boksach startowych, Nikt się nie pcha. Czuć adrenalinę, cisza…

Jako pierwsi z nas startują Wojtek Bartolewski i Arek Pawłowski. Punktów w ichnim pucharze brak. Ostatnia linia – wiadomo, nikogo to nie dziwi. Start! 300 m pełnym piecem po asfalcie lewy łuk i wjazd w trasę, a na dzień dobry podbieg, tak z 70 m po głębokim piachu. Wojtek start ma dobry przebija się do połowy stawki, może nieco wyżej, goni, ale czołówka idzie strasznie mocno. Po pierwszej rundzie stawka nieco się układa, ale nadal wszystko idzie w kołach. Wojtek dobrze, jest 18-sty. Odrabia, ale co z tego. Przed nim sznur zawodników. Z tyłu też napierają. Nie ma lekko. Na podbiegach idzie mu bardzo dobrze. Arek walczy trochę ze sobą, trochę z trasą. Jak na pierwszy raz po dłuuugiej przerwie to i tak ładnie jedzie. Płynnie pokonuje kolejne metry. Z przodu walka o pierwsze miejsce. Ci goście maja po pięć dych na karku, a idą jak konie! Brawa. Brawa dla wszystkich, bo tu kibice szanują zawodników, ich wysiłek i wolę walki. Nieistotne, czy jesteś pierwszy, czy ostatni biją brawo, dopingują. Spiker, któremu usta się nie zamykają uwija się między kibicami, podgrzewa i tak gorącą atmosferę. Ludzie, przecież to tylko mastersi! Co tu się będzie działo, jak elita będzie leciała?

Stawka układa się, ale walka trwa. Jeden błąd i tracisz 3,4 pozycje. Po czterech rundach pierwsi finiszują. Wojtek 19, Arek 42… Później, po wyścigu Wojtek mówi: „To jest jakiś kosmos! Mistrzostwa Europy w Trnavie w porównaniu do tego co tu przeżyłem to pikuś!”

Przychodzi czas na Masters 2. Na starcie czterdziestolatkowie. Nic się nie zmienia. Znowu ostatnie linie. Startują Marek Bonecki, Tomek Ostojicz i Arek Posmyk. Start! Marek i Arek mocno idą. Pierwszy łuk, trochę na bandytę, sporo odrabiają. Na pierwszym podbiegu są w połowie stawki. Idą razem, Marek z przodu, Arek za nim. Marek mija kolejnych zawodników, Arkowi zaczyna brakować sił. Coś nie idzie. Płaci za mocne otwarcie. Teraz to jego mijają. Tomek walczy trochę dalej. Z przodu poziom kosmiczny. Danowski wkłada Stenzel-owi prawie 40 sek. Marek 20, Arek 30, Tomek 39.

Na koniec elita, a w niej nasz Michał Józkowicz. Nic dziwnego, bo tu „trzydziestka” jeździ w elicie. Przecież to jeszcze bardzo młodzi ludzie. W stawce jeszcze jeden Polak, nasz znajomy z Wrocka Piotrek Rakiewicz. Reszta teamu w „strefie kibica” dopinguje. Atmosfera gęstnieje, ludzi coraz więcej. Spiker nadaje bez przerwy. Jest fajnie.

Start! Michał nadspodziewanie dobrze! Jest wysoko, bo ok. 15-tego miejsca. Z przodu biało-czerwone stroje. Nie, to nie polska kadra, a 6 chłopaków z Team Stevens. Układają sobie rywalizację. Miło patrzeć jak jadą: niby miękko, ale bardzo dynamicznie. Michał troszkę traci. Chyba za mocno poszedł po starcie. Za to Piotrek przebija się do przodu. Dobrze jedzie ten chłopak. Może niezbyt efektownie, ale bardzo skutecznie. W końcu dopada go pech. Pęka żyłka w bucie – musi zejść z trasy. Szkoda. Michał jedzie dalej. W końcówce jakby trochę ożył. Poprawia swoją pozycję. Po godzinie z okładem wyścig dobiega końca. Jest wieczór, robi się szarówka. Michał kończy na 31 miejscu. Super! Zadowoloną ma minę.

Oj, pokazali nam Germanie jak się jeździ, ale po to tu przecież przyjechaliśmy.

Zaczyna padać. Pakujemy się i jedziemy do hotelu.



Rano od nowa. Na trasie niespodzianka. Wszystko idzie w przeciwna stronę. Niby ta sama trasa, a jakże inna. I znów pierwsi na starcie stają Wojtek Bartolewski i Arek Pawłowski. Wojtek niestety przesadził. Leży, podnosi się i jedzie dalej. Jest w połowie stawki, ale narzeka na ból żeber. Arek spokojnie, pewniej niż wczoraj. Jedzie kilka pozycji wyżej. Mijają minuty. Wojtka nie ma. W końcu jest. Rozbita twarz. Niedobrze. Kończy wyścig, ale pozycja daleka. Na mecie jest 38. Arek nieco lepiej, niż dzień wcześniej.

Przychodzi czas na „czterdziestkę”. Ludzi jeszcze więcej niż wczoraj. I znowu stoimy z tyłu, ale gdzie niby mamy stać. Start! Marek ostro rwie do przodu. Koniecznie chce poprawić wynik z poprzedniego dnia. On też nie był zbyt zadowolony. Arek trochę spokojniej wjeżdża w trasę. „Bonen” przeskakuje kolejne pozycje. Arek też pcha się do przodu. Chłopaki fajnie jadą. Marek w pobliżu pierwszej piętnastki. Arek kilka pozycji dalej. Tomek niestety defekt – nie kończy wyścigu. Końcówka. Spikerowi chyba się spodobało: „Marek Boneki aus Pollen!” Arek też walczy. Co z tego, że o dwudziestektóreśtam miejsce. Ciągle napierają. Odpuścisz na moment i jesteś 5 pozycji w plecy. Marek na mecie jest 18. Arek jeszcze walczy. Do mety ma 300 m. Niestety popełnia błąd na podbiegu. Traci 4 pozycje. Na mecie jest 27…

Czekamy jeszcze chwilę, oglądamy elitę. Naprawdę miło popatrzeć. Nasz Michał dziś odpuszcza- musi odpocząć, ale jedzie przecież Piotr Rakiewicz, jest też Grzesiu Grabarek. Oglądamy, dopingujemy. Polacy ładnie jadą, trochę zespołowo. W końcówce Grzesiek nieco lepszy. Kończy wyścig na 16 miejscu. Piotr jest 18. To dobry wynik!

Dziś było trochę lepiej, choć szału nie ma. Jedno jest pewne: to była prawdziwa lekcja cyclocross-u. Na licznikach każdego dnia nabite po 45 i 48 min ścigania na pełnym gazie.

Czas do domu. Trzeba odpocząć, potrenować, bo za chwilę jedziemy do Mol na Mistrzostwa Świata Mastersów.

COMMENTS

DISQUS: 0