Mikołaj Jurkowlaniec (IM-Motion Kross Team) – Bike Maraton, Obiszów

Mikołaj Jurkowlaniec (IM-Motion Kross Team) – Bike Maraton, Obiszów

Wyniki – 4-5 sierpnia 2018
Rafał Alchimowicz (KTM Złoty Stok) – Maja Race + Bike Maraton – Jelenia Góra
Bike Maraton 2016 – przystanek nr 3 – Zdzieszowice
Michalina Ziółkowska i Michał Ficek (Volkswagen Samochody Użytkowe MTB Team) – Bike Maraton, Myślenice
Wyniki – 9-10 września 2018

Bikemaraton w Obiszowie to jeden z niewielu wyścigów gdzie goście mojego pokroju, czyli 80+, mogą myśleć o zwycięstwie. Taktyka była więc prosta – walczyć o pierwszą lokatę OPEN. Obiszowska trasa jest specyficzna, każdy kto tu był wie, że ściganie na niej jest interesujące i na pewno nie ma nic wspólnego z nudnymi płaskimi maratonami. Tutejsza trasa sprawia, że wyścig odbywa się nieco jak brukowany szosowy klasyk, w którym szutry służą do walki o jak najlepszą pozycję przed wjazdem na sekcje XC. Fajnie! Podoba mi się, że Bikemaratony są tak zróżnicowane w tym sezonie i weryfikują pełen wachlarz umiejętności kolarza w trakcie całego cyklu.

Wracając jednak do samego startu. Po raz pierwszy trasa w Obiszowie została ułożona przez kogoś z kolarskim mózgiem i po starcie zamiast 300m, asfalt ciągnął się przez około 3km i to lekko pod górę. W końcu! Obecna, znacznie dłuższa, “rozbiegówka” pozwoliła mi przesunąć się z tyłu sektora na czub peletonu i na pierwsze szutry wjechałem tak jak planowałem, czyli na pierwszych pozycjach. Warto było przepychać się poboczem, bo jak to zwykle bywa na takich trasach – było szybko i nerwowo, grupa się naciągała, a ja cieszyłem się, że w niej jestem…

Choć byłem nieprzypadkowo, bo lubię takie trasy i wiem jak się na nich zachować. Przynajmniej tak myślę ;p Gdy po około 20 minutach wszystko się poukładało i Halej, Bartek Janowski, Michał Ficek oraz Paweł Kowalkowski czy Krzysiek Krzywy byli już z przodu, zaczęło się to czego się obawiałem. Moja taktyka była od tego momentu więcej niż prosta – utrzymać się jak najdłużej i to powinno wystarczyć do rywalizowania o OPEN na MEGA. Kolejne kilometry uświadamiały mi jakimi gośćmi są Ci których wymieniłem przed chwilą – zasmarkany pokonywałem kolejne fragmenty trasy i liczyłem kto z pierwszej grupy jedzie mega.

Jakieś kłopoty miał Piotrek Kurczab, więc zostało nas troje – Mikołaj Dziewa, Tomek Dygacz i ja. Wszystko szło więc zgodnie z planem. Pod koniec pierwszej rundy miałem przyjemność zobaczyć jaką nogą dysponuje Wojtek Halejak i z jakim luzem rwie naszą grupę oraz równie mocno się podniecić tym jak szybko Bartek Janowski jest w stanie zniwelować stratę około 30 sekund przybijając się z tyłu porozrywanej grupki do jej czoła. Tak więc gdy mężczyźni oddzielili już od siebie chłopców, wjechaliśmy na drugą rundę. Tempo sporo spadło, ale w niczym mi to nie przeszkadzało.

Jechałem wciąż w czołówce MEGA, pozbyłem się smaku krwi z ust, lekko odkwasiłem nogi. Wlałem w siebie kofeinę, przemyślałem co nas jeszcze czeka i ustaliłem strategię. Tam gdzie Wojtek rwał grupę na pierwszej rundzie przesunąłem się do przodu i przejechałem tą sekcję jako pierwszy by nikt mnie tam nie zaatakował. To wyszło, do sukcesu należało więc odpalić torpedę na “Babie Jadze” i dowieźć przewagę do mety. Niestety, okazało się, że jad którym miałem porazić rywali został chyba na pierwszym okrążeniu… owszem wstałem w korby, ale gdybym wam teraz nie powiedział, to nie uwierzylibyście, że chciałem tam atakować. Mikołaj Dziewa na jakieś 20 metrów przed szczytem zrzucił o dwa ząbki i po prostu mi odjechał… Traciłem około 10 sekund, ale powoli zaczynałem odżywać.

Liczyłem więc, że pod koniec zbiorę się w sobie i zniweluje stratę – lubię takie końcówki, szczególnie gdy jest o co walczyć! Marzenia o wiktorii pogrzebał jednak mój łańcuch, który na jednym ze zjazdów gdzie starałem się gonić Mikołaja, spadł i niefortunnie się pozwijał w trzech miejscach… Zaczął się drugi wyścig, lekko zdenerwowany zacząłem go rozplątywać, minął mnie Tomek Dygacz, byłem więc już 3, a defekt ciągle nie był naprawiony. Ostatecznie po 45 sekundach zabawy w mechanika wskoczyłem na siodło i wściekły ruszyłem chociaż po lokatę nr 2. Dogoniłem Tomka, odpocząłem chwilę jadąc z nim i końcówkę rozegrałem po swojemu rozstrzygając ten długi finisz na swoją korzyść. Plan był na więcej… Może nie dogoniłbym już Mikołaja, ale żałuję, że rozstrzygnął o tym defekt a nie moje nogi…

Tak czy owak, jestem zadowolony – to mój najlepszy wynik Open w tym roku, a jazda z krajową czołówką, chociaż przez 20 czy 30 km to dla mnie zaszczyt i przyjemność.

fot. Bike Maraton

COMMENTS

DISQUS: 0