Piotr Berdzik (IM-Motion Kross Team) – Sudety MTB Challenge 2016

Piotr Berdzik (IM-Motion Kross Team) – Sudety MTB Challenge 2016

REKLAMA
Puchar Strefy MTB Sudety startuje w najbliższy weekend
[PR] Zapowiedź Hurom MTB Series – Bardo
Amator Donosi: “świąteczny rowerowy zawrót głowy!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo
Amator donosi: “pierwsze w tym roku góry szybko weryfikują co kto ma” – Puchar Strefy MTB Sudety, Bardo
133 km Singletrack Glacensis

O starcie w Sudety MTB Challenge myślałem już od wielu lat. Jestem ogromnym fanem etapówek – atmosfery, która panuje na takich imprezach nie można porównać z żadnym wyścigiem jednodniowym. Przez te kilka dni można zupełnie odciąć się od codziennego życia w otoczeniu tak samo pozytywnie zakręconych ludzi.

Startowałem do tej pory już kilka razy w czterodniowych etapówkach (4x Bike Adventure i 2x Beskidy MTB Trophy), stąd wiem, że mój organizm dobrze znosi narastające zmęczenie i taki rodzaj ścigania mi po prostu „leży”. Teraz postanowiłem wejść poziom wyżej. Challenge to w końcu aż 6 dni ścigania, ponad 350 km i jakieś 12000 metrów w pionie. Dodatkowym utrudnieniem (ale jednocześnie chyba największą atrakcją) jest fakt, że wyścig przenosi się z miejsca na miejsce. W tym roku Organizator obrał nowy kierunek i wyścig po raz pierwszy w historii zawitał do Karpacza. Dzięki temu mieliśmy możliwość zaliczyć pełny przekrój sudeckich pasm górskich, począwszy od Masywu Śnieżnika przez Góry Bialskie, Złote, Bardzkie, Sowie, Suche, Kamienne aż po Karkonosze.

Po prologu i pierwszym etapie muszę przyznać, że byłem zawiedziony trasą. Pierwszy dzień to praktycznie same szutry z przerywnikiem w postaci niezjeżdżalnego zjazdu i w drugiej części fajnej sekcji z Czarnej Góry. Zdecydowanie brakowało jednak „flow” – było albo banalnie albo ekstremalnie. Pierwszy etap z kolei ze względu na całonocną ulewę został skrócony aż o 17 kilometrów i pozbawiony wszelkich trudności technicznych – ostał się jedynie czterokilometrowy odcinek szlaku granicznego. Prawdopodobnie była to jednak dobra decyzja, bo wycięte odcinki były ponoć zupełnie nieprzejezdne, a kolejne etapy zapewniły i tak moc atrakcji :) Ponadto etap stał się przez to niejako idealny pode mnie – dużo podjeżdżania i łatwe zjazdy zaowocowały najwyższym miejscem OPEN ze wszystkich etapów :)

Drugi etap – ze Stronia Śląskiego do Barda zapamiętam na długo. Po długim „rozgrzewkowym” podjeździe, już pierwszy zjazd zapowiadał, że będzie ciekawie. Najtrudniejsze było jednak dopiero przed nami – ponad 20 kilometrów singla granicznego po zielonym szlaku. Ciągle góra-dół, wąska ścieżka, niezliczona ilość kamieni i korzeni. Sprawne przemieszczanie wymagało pełnej koncentracji i dużej płynności. Organizator pisał w „race booku”, że współczuje posiadaczom hardtaili – oj nie były to czcze słowa. Myślałem, że odcinek ten nigdy się nie skończy. Dalsza część etapu była już zdecydowanie łatwiejsza technicznie i szybsza, aczkolwiek ostatni zjazd do mety z Góry Kalwarii do Barda wymagał maksymalnego skupienia, którego zabrakło wielu zawodnikom, w tym mnie. Na szczęście w moim przypadku skończyło się tylko na niegroźnym szlifie. Trudność tego etapu odzwierciedla czas – na przejechanie 68km potrzebowałem ponad 4 godzin!

Trzeci etap to już niemalże klasyka – Bardo-Głuszyca. Po pierwszym, dosyć szybkim odcinku do Srebrnej Góry, przejechaliśmy przez Twierdzę i wjechaliśmy na czerwony szlak prowadzący główną granią Gór Sowich. Uwielbiam ten odcinek – ciągle góra-dół, technicznie, ale bardzo płynnie, a do tego piękne widoki. Po drodze Przełęcz Woliborska, Kalenica, Przełęcz Jugowska i jako kulminacja Wielka Sowa. Następnie zjazd trudnym żółtym szlakiem do Rzeczki, ostatni wymagający podjazd i po kilku kilometrach szybkiego zjazdu meta w Głuszycy. Świetny etap!

Kolejny, czwarty już etap miał być tym królewskim – w końcu do pokonania było 90km i 2700m w pionie. Etapem tym byłem podekscytowany jak tylko zobaczyłem zapowiedź, że mamy ruszać z Głuszycy, a kończyć aż w Karpaczu! Człowiek jeździ już na rowerze tyle lat, wydawało mi się, że znam praktycznie wszystkie większe pasma górskie na Dolnym Śląsku, jednakże takich kierunków nigdy nie obierałem. I rzeczywiście – po Górach Kruczych jeździłem pierwszy raz w życiu i mam nadzieję, że nie ostatni. Wiele osób obawiało się, że będzie to etap przelotowy. Rzeczywiście – asfaltów tego dnia było naprawdę sporo, ale etap był urozmaicony, a ostatnie dwa podjazdy w rejonie Kowarskiego Grzbietu (pierwszy z różnicą wzniesień wynoszącą niemalże 700 metrów), tuż przed metą w Karpaczu, na pewno zapewniły nie jednemu zawodnikowi totalnego „zgona” :) Na deser zjazd Tabaczaną Ścieżką – przedsmak tego, co czekało na nas ostatniego dnia.

Nadszedł czas na ostatni etap – kultowy Karpacz z nieistniejącej już serii MTB Marathon. Jeśli ktoś myślał, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie to się mocno przeliczył. Etap zawierał wszystkie „must have” tego rejonu, jak np. „zielony do Borowic”, „czerwony w masywie Grabowca”, „żółty do Borowic”, Drogę Chomontową, sekcję XC w Karpaczu czy słynne „agrafki” tuż przed metą. Pojawił się też nowy odcinek – podjazd w stronę Odrodzenia i zjazd poprowadzony sekcją znaną z zawodów enduro. Tu łyżka dziegciu – odcinek ten był miejscami nieprzejezdny ze względu na tony zalegającego błota i ogólnie nie bardzo nadawał się do jazdy rowerem XC. Moim zdaniem trochę psuł on ogólnie świetną trasę. Na mecie słyszałem też jednak głosy bikerów, którym się on podobał, więc może po prostu ja wybrzydzam?:) W każdym bądź razie po prawie 4 godzinach w siodle (czasem obok) udało się dotrzeć do mety (a niby tylko 55km) i ukończyć całego „Challenge’a”.

Z wyniku jestem bardzo zadowolony – siódme miejsce OPEN i trzecie wśród Polaków (gratulacje dla Darka Porosia i Szymona Zacharskiego) brałbym przed zawodami w ciemno. Udało się zrealizować założenia przedstartowe – nie ryzykowałem nadmiernie na zjazdach, dzięki czemu dojechałem do mety w jednym kawałku, uniknąłem też defektów, co na etapówce ma ogromne znaczenie, a rozsądna gospodarka zapasami energii pozwoliła na uniknięcie „zgonów” – dużo łatwiej jest stracić 5minut niż je później odrobić :)

Teraz czas na chwilę odpoczynku, ale nie za długo, bo jeszcze sporo fajnych wyścigów do zakończenia sezonu :)

fot. Robert Urbaniak / Bikelife

COMMENTS

DISQUS: 0