Amator donosi: “Rowerowy wybuch szaleństwa!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

HomeKomentarzeSport

Amator donosi: “Rowerowy wybuch szaleństwa!” – Puchar Strefy MTB Sudety, Walim

Amator donosi: “tylko las, cisza i BŁOTO” – MTB Cross Maraton, Miedziana Góra
Amator donosi: “najcięższa trasa tego cyklu” – Bike Atelier MTB Maraton, Brenna
Amator donosi: “lokalizacja godna Mistrzostw Polski” – Bike Maraton, Wałbrzych
Amator donosi: “Wiosna w pełni? Nie tym razem.” – METROBIKES.pl MTB Cross Maraton, Daleszyce
Amator donosi: Gwiazda Południa #4

Następny mocny akcent w Walimiu ze strony Pucharu Strefy MTB Sudety pokazał, że poprzednia edycja była tylko preludium do prawdziwego ścigania. Co to był za wyścig?! Pomimo dużo mniejszej frekwencji niż w Głuszycy, czyli pierwszej edycji pucharu, wystartowało sporo znanych twarzy i etap ten nabrał zdecydowanie mocniejszego tempa, jak i charakteru. Było przyjemnie, bo bardziej kameralnie, co zawdzięcza się sobotniemu wydarzeniu z cyklu Bike Maraton. Na starcie byli też tacy, dla których był to drugi start podczas tego weekendu, do których również i ja się zaliczałem. Startowałem na dystansie Mega, czyli miałem do pokonania dwie bardzo emocjonujące i wymagające pętle. Czekało na nas dużo przewyższeń i sporo niespodzianek o które zadbał Organizator.

Ustawiłem się nieco na końcu stawki i od początku musiałem narzucić większe tempo, tak aby przedostać się do czołówki, która w większości nie poprzestała na Mini, a chciała dać z siebie jeszcze więcej. Było to na tyle ważne, bo podchodząc do drugiej pętli wypadało mieć jakiegoś towarzysza, z którym będzie można przemierzać kolejne kilometry. Jestem pod ogromnym wrażeniem trasy, którą miałem przyjemność przejechać. Doświadczyłem niezłego „flow” na wielu odcinkach trasy, gdzie należało odpowiednio pracować na rowerze i niezbyt dużo kręcić, żeby móc przejechać płynnie daną sekcję techniczną. Odcinki te stanowiły łączniki pomiędzy szerokimi leśnymi, bądź trawiastymi drogami na których można było uspokoić oddech. W pewnych miejscach nie sposób było jechać, gdyż sztywne podjazdy pokryte błotem powodowały ześlizgiwanie się roweru z trasy. Ale co to za problem „pobiegać na rowerze”!? Takie momenty też dobrze się wspomina.

Po zmaganiach na maratonie poprzedzającym dzień startu czułem się nadzwyczaj dobrze i moja dyspozycyjność była na tyle duża, że walka o wyższą lokatę miała jak najbardziej sens. Po morderczych podjazdach w kierunku Wielkiej Sowy, a następnie trudnych technicznie zjazdach po „kamolach” w stronę Przełęczy Walimskiej naładowany adrenaliną podjąłem się powtórzeniu pętli chcąc poczuć jeszcze większą radochę z jazdy. Po kilku kilometrach samotnego kręcenia udało się złapać zawodnika z UKS KUSY Bardo, z którym przemierzałem kolejne kilometry, aż do około 2 ostatnich poprzedzających linię mety. Były momenty kryzysu, ale należało nadawać odpowiednie tempo albo pozostać samemu i się po prostu poddać. Wybrałem tą pierwszą i chyba właściwą drogę, co doprowadziło mnie do mety z zadowalającym wynikiem. Jazda po kamieniach jako powtórka z rozrywki była już nieco bardziej zachowawcza z uwagi na odczuwane zmęczenie organizmu i spadek koncentracji, ale jechało się dalej! Ostatnie 500 metrów było dla mnie zaskoczeniem, bo dojazd do mety stanowił trawiasty podjazd z dość dużym nachyleniem, co spowodowało, że aż obudziłem w sobie lwa!

Emocje wzięły górę i zacząłem wykrzykiwać coś w rodzaju spartańskiego „Auu”. Myślę, że ta reakcja była zwieńczeniem jak najbardziej pozytywnego wymęczenia organizmu, tak że po mecie tryskałem wręcz radością z przypływu endorfin. Doceniam starania Organizatora, bo trzeba się dobrze natrudzić, żeby wywołać taki efekt. „Czymże jest życie, jeśli nie szeregiem natchnionych szaleństw? – Trzeba tylko umieć je popełniać! A pierwszy warunek: nie pomijać żadnej sposobności, bo nie zdarzają się co dzień”. Taką właśnie sposobnością był niedzielny wypad do Walimia, gdzie poczułem jeszcze większą chęć do zbierania nowych, rowerowych przygód.

Na zakończenie przywitała mnie kolejna niespodzianka, czyli grochówka podawana na bufecie, poprzedzona słodką bułką z kawą i owocami. Na szczęście po tak intensywnym wysiłku wytrzymałościowym żadnych rewolucji nie było, organizm domagał się wręcz ładowania kaloriami po to żeby zaspokoić mój wilczy apetyt.

I równie głodny jestem kolejnych wyzwań, które czekają na nas na kolejnych zawodach w ramach cyklu Pucharu Strefy MTB Sudety.

COMMENTS

DISQUS: 0